
Ryzyko groźnego wypadku na drogach krajowych jest dwadzieścia razy bardziej prawdopodobne niż na niemieckiej autostradzie.
Najłatwiej rozstać się z życiem możemy, jadąc krajową „ósemką” z Warszawy, przez Wrocław, do granicy w Kudowie-Słonem lub podróżując tzw. szosą lubelską, czyli drogą krajową nr 17. Niewiele lepiej jest na drodze krajowej nr 7 do Kielc i dalej Krakowa czy na drodze nr 2 z Warszawy do Siedlec. Natomiast najbezpieczniej jeździ się po autostradzie A2 między Poznaniem i Łodzią, a także fragmentem drogi nr 1 z Gdańska do Grudziądza.
Obliczyli to dokładnie, w trakcie trzyletnich badań, naukowcy z Politechniki Gdańskiej i eksperci z Polskiego Związku Motoryzacyjnego. Brali pod uwagę liczbę ofiar śmiertelnych, przypadających na liczbę przejeżdżających samochodów na danym odcinku. Wyniki opublikowali w raporcie EuroRAP. Jest to pierwszy w Polsce atlas bezpieczeństwa na drogach. Podobne w Europie zachodniej powstają od lat.
– Najgorzej jest na drogach w województwach położonych w południowo-wschodniej i południowo-zachodniej Polsce – mówi Kazimierz Jamroz, autor raportu z Fundacji Rozwoju Inżynierii Lądowej.
Dlaczego? Tam jest duży ruch przygraniczny i wiele krętych górskich odcinków.
– Jednak na tle Europy zachodniej cały nasz kraj wypada fatalnie – kwituje naukowiec.
Nasze drogi krajowe są wąskie, wokół nich jest gęsta zabudowa. Prowadzą przez małe miejscowości, w których przejścia dla pieszych są nieoznakowane.

Nawet te fragmenty dróg, gdzie auta rozwijają największą prędkość, nie mają barierek oddzielających jezdnie. To była jedna z przyczyn tragicznego wypadku w ubiegłym tygodniu na autostradzie A18 na Dolnym Śląsku. Kierowca tira z Kazachstanu zawracał, bo nie było tam barierek rozdzielających. Podczas manewru wjechały w niego trzy auta. Zginęły cztery osoby, sześć zostało rannych.
Rocznie na polskich trasach ginie ponad 5,5 tysiąca osób. Statystycznie najczęściej w godz. 17–18 w letni, piątkowy wieczór.
Dróg szybko nam nie naprawią – poprawmy więc technikę jazdy
Rozmowa z Tomaszem Kucharem, kierowcą rajdowym i instruktorem Akademii Bezpiecznej Jazdy
Polskie drogi krajowe są jednymi z najbardziej niebezpiecznych w Europie. Czy to tylko wina ich fatalnego stanu?
W dużej mierze – tak. Jednak biorąc pod uwagę polskie realia, musimy pogodzić się na razie ze stanem dróg. Są za wąskie i za gęsto zabudowane. Szybko się to nie zmieni. Dlatego dopóki nie będzie wyraźnej poprawy, musimy liczyć na siebie i swoje umiejętności, bo one tak naprawdę decydują o naszym bezpieczeństwie. Ponad połowa wypadków jest wynikiem rutyny i braku wyobraźni, np. podczas wyprzedzania.
W takim razie, co możemy zrobić, żeby – jeżdżąc autem po niebezpiecznych drogach – minimalizować ryzyko wypadku?
Zacznijmy od najprostszych spraw, np. trzymania kierownicy. Zdecydowana większość kierowców robi to źle, podczas gdy prawidłowy chwyt może nam uratować życie. Jeśli trzymamy kierownicę lewą ręką, to może i nagle skręcimy w lewo, ale już do końca w prawo nie mamy szans. Inna kwestia to zwracanie uwagi na zachowanie pozostałych kierowców. Sami możemy jechać bezpiecznie, ale zawsze istnieje ryzyko, że pojawi się jakiś szaleniec, który w nas wjedzie. Trzeba starać się przewidywać najgorsze scenariusze na drodze.
Czy płynna jazda gwarantuje bezpieczeństwo?
Na pewno pomoże nam uniknąć groźnych sytuacji. Starajmy się jechać bez szarpania, gwałtownych ruchów kierownicy czy hamowania. Dzięki płynnej jeździe mamy szansę uniknięcia poślizgu, co czasami decyduje nawet o naszym życiu. Takich rzeczy nie uczy się na kursach na prawo jazdy, dlatego uważam, że młodzi kierowcy po zdaniu egzaminu powinni być jeszcze szkoleni z techniki bezpiecznej jazdy.
Autor: Janusz Krzeszowski

























































