REKLAMA
PROMOCJA

Pokonać Mackenzie... i siebie

2006-05-12 15:34
publikacja
2006-05-12 15:34
Płynę kompleksem wodnym, w skład którego wchodzą rzeka Athabaska wraz z jeziorem Athabaska, Rzeka Niewolnicza i Wielkie Jezioro Niewolnicze oraz gigantyczna Mackenzie. Nazwy tych wód niosą surowy posmak przygody. Bajkowa sceneria z książek Jacka Londona. Rzeki przecinają puste i nieprzyjemne rejony najbardziej wysuniętej na zachód części kontynentu amerykańskiego. Doświadczam dotyku opiewanej przez Londona szorstkiej ręki Północy.

Dokończenie relacji z poprzedniego numeru „PŚ”

Na jeziorze Athabaska sztorm. Kilkumetrowe fale uniemożliwiają rozpoczęcie spływu. To z tego miejsca wybitny podróżnik Sir Alexander Mackenzie wyruszył na podbój Północy.

Dookoła pustka. Przechodzę ulicami osady. Spotykam Roberta Ceradjanbe, Indianina. Jego indiańskie imię to Psia Głowa. Mieszka w rezerwacie indiańskim parę kilometrów za wioską. Hoduje psy zaprzęgowe. Właśnie wrócił z polowania. Olbrzymi czarny niedźwiedź leży na pace rozwalającego się forda.

Robert dużymi obcęgami wyrywa z łapy niedźwiedzia największy pazur. Robi mi naszyjnik: - To dla ciebie. Niech cię chroni na Mackenzie.

Rzeka niewolników

W restauracji na skalistym brzegu w Fort Chipewyan spotykam uczestników kanadyjskiej ekspedycji. Płyną w górę rzeki Yellowknife, a później rzeką Coppermine aż do osady eskimoskiej Kugluktuk.

Phil ma 28 lat. Na co dzień jest nauczycielem. Północ jest jego ulubionym rejonem eksploracji.

- Tu nie ma ludzi. Można usłyszeć, jak bije serce.
Postanowiłem, że będę z nimi płynął do Fortu Fitzgerald.

Athabaska łączy się z Rzeką Pokoju, tworząc Rzekę Niewolniczą. Szeroka na dwa kilometry, wije się swym korytem na długości pięciuset kilometrów - aż do Wielkiego Jeziora Niewolniczego. To wciąż system wodny Mackenzie.

Rzeka Niewolnicza jest jeszcze bardziej dzika niż Athabaska. Od pięciu dni nie widzieliśmy żadnych ludzi. Gęsta puszcza wrzyna się w koryto rzeki. Świerki płyną z nurtem Niewolniczej. Bobry uderzają ogonami o taflę wody. To jedyny odgłos, który niesie się kilometrami po rzece. W nocy słyszę wycie wilka.

Przypominają się młodzieńcze lektury Jacka Londona. Rzeka przepływa przez Park Narodowy Wood Buffalo. To największy rezerwat na świecie, wielkości połowy Francji. Żyje tutaj obecnie około dwustu tysięcy bizonów. Wieczorem niespodzianka. - Happy Birthday, Martin! - po lesie roznosi się śpiew. Na dwudzieste siódme urodziny dostaję czekoladowe ciasto.

Ech, Krutynio...

Pogoda się załamała. Półtorametrowa fala uniemożliwia spływ. Rozbijamy się na noc na skalistej wyspie. Przy pomocy liny wciągam canoe na skały. Nazajutrz wstajemy o trzeciej rano. Możemy płynąć tylko o tej porze, kiedy wiatr jest słaby. Umawiam się z Kanadyjczykami, że spotkamy się w Forcie Fitzgerald. Czuję, jak rzeka nabiera prędkości. Fort Fitzgerald to ostatni przystanek przed bystrzami Slave River. To największe i najbardziej spektakularne bystrza w Kanadzie i całej Ameryce Północnej. Woda pędzi z dziką wściekłością. Spada w dół o trzydzieści trzy metry, czterema odnogami. Bystrza kończą swój dziki bieg koło Fortu Smith.

Dookoła nas Indianie. Patrzą na łódki. Z politowaniem kiwają głowami.

Starym fordem omijamy 25-kilometrowy odcinek rzeki. Fort Smith do roku 1967 był stolicą administracyjną Terytoriów Północno-Zachodnich. Potem kanadyjskie władze federalne przeniosły wszystkie urzędy do Yellowknife. Miasto wyraźnie podupadło.

Najkrótszą drogą do Fortu Resolution, leżącego nad Wielkim Jeziorem Niewolniczym, jest kanał Nagle. Rzeka przypomina tu naszą Krutynię. W powietrzu unosi się mgła. Woda paruje. Czarne gawrony wydają przeraźliwy krzyk. Czuję lekki powiew wiatru. Wielkie Jezioro Niewolnicze mieni się w świetle księżyca.

W stronę Mackenzie

Woda chlupocze w woderach. Przeciągam canoe po piaskowych łachach. Jezioro od północnej strony jest bardzo płytkie. Płynę kilometr od brzegu. Powierzchna tego giganta jest równa Belgii. Miejscowi mówią, że to wewnętrzny ocean Kanady. To piąte co do wielkości jezioro tego kraju. Jest wolne od lodu tylko przez cztery miesiące w roku. Można tu złowić gigantyczne pstrągi o wadze do dwudziestu ośmiu kilogramów.

Do wypływu Mackenzie mam trzysta kilometrów wiosłowania. Zrywa się wiatr. Drugiego brzegu nie widać. Dostrzegam dwie motorówki.

- Dokąd płyniesz? Arctic Ocean?! Zwariowałeś!- nie pamiętam, ile już razy słyszałem te słowa.

Fale spychają łódkę na mieliznę. Przecinam niewielką zatokę. Na wielkich przestrzeniach Kanady z łatwością można dostrzec wszystko, co nie ma koloru zielonego. Biały punkt mieni się na wzburzonych wodach. To łódź.

- Przywiąż canoe do mojej łódki! - krzyczy posiwiały mężczyzna. Wyglądem przypomina postać Hemingwaya z opowiadania ,,Stary człowiek i morze”. Broda do piersi. Oczy przekrwawione. Twarz pomarszczona, poorana bruzdami. Bill ma sześćdziesiąt jeden lat. Pochodzi z Hay River. Parę lat temu postanowił wybudować łódkę i zapuścił się na pięć lat na Wielkie Jezioro. Pływał również po Mackenzie. Jego syn mieszka w Tuktoyaktuk. - Napijesz się kawy? - zaprasza mnie na swoją łódź. Krypa przypomina rybacki kuter. Pod podkładem są dwa spalinowe silniki. Kuchenka na gaz. Bill ma też małą płaskodenną łódź motorową. Nie nocuje na łodzi. - Muszę zasmołować kadłub, coś przecieka - śmieje się. Na podziurawionym pokładzie rozkłada mapy. Ostrzega i objaśnia mi dalszą trasę wyprawy.

- Miej się na baczności na tym morzu. Letnie burze przychodzą niespodziewanie. Kiedy dostaniesz się na Mackenzie, będziesz widział co jakiś czas pomarańczowe znaki. Mackenzie jest oznaczona dla dużych barek, które płyną aż do Tuktoyaktuk. Są tam fale do dziesięciu metrów. Trzymaj się blisko brzegu. To jest rzeka Północy!

Noc jest bardzo zimna. Bill to twardy typ: chrapie na derce obok dogasającego ogniska. Ja, w namiocie i śpiworze, drżę z zimna. Na głowie mam wełnianą czapę, dodatkowo założyłem opaskę i kaptur. Wiatr przeszywa mnie na wylot.

Jestem o jakieś dwieście metrów od brzegu. Za plecami półtorametrowa fala. Z całej siły odpycham się wiosłem z lewej burty. Ustawiam łódkę na prostoliniowy kurs. Traaaach! Wiosło pękło na pół. Wyciągam spod worków z żywnością zapasowe, drewniane.

- Dalej, dalej, nie oglądaj się! - krzyczę sam do siebie.

Duży grzywacz zalewa canoe, drugi wypełnia łódkę. Dopływam do brzegu. Zęby dygoczą. Wszystko mokre. Polar zrobił się potwornie ciężki. Zakładam mokre, ale lżejsze ciuchy. Łyk żubrówki odrobinę rozgrzewa. Po sześciu godzinach walki z falami i wiatrem padam ze zmęczenia przy menażce. Dzisiaj na obiad makaron z dżemem.

W Hay River uzupełniam zapasy żywności. Miasto jest głównym portem rzecznym na południowym wybrzeżu. Ładuje się tu towar na barki, aby dostarczyć go rzeką Mackenzie do porozrzucanych osad. W sklepie ze sprzętem rybackim kupuję wiosło.

Witaj, gigancie!

Wypływam z jeziora królewską bramą szerokości trzydziestu pięciu kilometrów. Przede mną gigantyczna Mackenzie! Przepływam koło promu. Przewozi samochody: to jedyna droga na północ. W Forcie Providence, w miejscowym urzędzie, korzystam z Internetu. Przy okazji dowiaduję się, że w wiosce mieszka Polak. - Cześć! - pojawia się zarośnięty mężczyzna.

Maciek pracuje dla instytucji rządowej. Zajmuje się psychologią dziecięcą. - Dzieci Indian nie mają łatwego życia. Nie mają wzorca - podkreśla. W domu zamiast chleba jest alkohol, szerzą się narkotyki, prostytucja. Maciek Napiórkowski przez wiele lat mieszkał w Tuktoyaktuk nad Morzem Beauforta.

Teraz zgodził się na pracę w Forcie Providence. Chce poznać życie nad Mackenzie.

Korzystam z zaproszenia. Po blisko miesiącu spania w namiocie beztrosko zasypiam na wygodnym łóżku.

Śladem Alexandra

Kolejne dni wiosłowania niczym się od siebie nie różnią. Płynę po jedenaście do trzynastu godzin, codziennie pokonuję siedemdziesiąt, dziewięćdziesiąt kilometrów. Pogoda zmienna. Deszcz przeplata się z wiatrem i słońcem.

Przeglądam dzienniki Alexandra Mackenzie. Ten wielki podróżnik zasłużył się dla dziedzictwa Kanady swoimi wyprawami, eksplorując rzekę, która nosi jego nazwisko. W 1789 roku rozpoczął podróż z Fortu Chipewyan wraz z kilkunastoma Indianami dwudziestopięciometrowym canoe na północ. Szukał drogi do Oceanu Spokojnego. Zamiast tego po trwającej sto dwa dni podróży Mackenzie uświadomił sobie, że jego wyprawa odkryła drogę do... Oceanu Arktycznego. Nieznane dotąd tereny zostały otwarte dla rozwoju i handlu.

Jestem u ujścia rzeki Liard, głównego dopływu Mackenzie. Cumuję canoe przy mulistym brzegu Fortu Simpson. Fort to najdłużej zamieszkiwany obszar w Northwest Territories. W miejscowym kościele odnajduję polskie ślady. Ulotki o Janie Pawle II.

- Śmierć Ojca Świętego była dla nas wielkim szokiem. Tu, w tej kaplicy, modliliśmy się za jego duszę. On nas tak mocno kochał... - opowiadała czterdziestoletnia Indianka. Jan Paweł II odwiedził miasteczko dwukrotnie: w latach 1986 i 1988. Dwie trzecie populacji tych rejonów to czerwonoskórzy katolicy.

- Za pierwszym razem pogoda nie pozwoliła papieżowi bezpiecznie wylądować. Udało się dwa lata później. Ojciec Święty, w indiańskim stroju, odprawił mszę na wielkim placu. Jego głos roznosił się po całej Mackenzie - mówiła z przejęciem.

Górskie łańcuchy Nahanni są pokryte śnieżnymi czapami. Północna odnoga Nahanni wpada z dzikich gór w mętne wody Mackenzie. Olbrzymi blok skalny wrzyna się w koryto rzeki. Położony niemalże w samym sercu Gór Skalistych Narodowy Park Nahanni jest jednym z najbardziej dzikich obszarów Kanady.

Gore!

Drobne, spalone igły sosnowe spadają mi na głowę. Nad Mackenzie unoszą się chmury dymu. Pożar trawi hektary tajgi. Mieszkańcy wioski Wrigley są właśnie ewakuowani.

- Musisz jak najszybciej uciekać - słyszę w miejscowym sztabie ratunkowym. Straż pożarna z całego Northwest Territories gasi z samolotów buchający ogień. Na lewym brzegu rzeki puszcza stoi w płomieniach. Trzymam się kurczowo prawej strony. Gęsty dym ogranicza widoczność. Pot ścieka po plecach.

Wiosłuję rytmicznie, szybko. Aby dalej od pożaru, przecież nie mogę zawrócić. GPS pokazuje, że woda płynie z szybkością czterech kilometrów na godzinę. Przez piętnaście i pół godziny przepływam 148 kilometrów. Rekord!

Za sobą mam prawy dopływ Mackenzie, Wielką Rzekę Niedźwiedzią. Na kamienistej plaży rozbijam namiot.

- How are you? - pyta niebieskooka blondynka o słowiańskiej urodzie. Jennifer przyjechała do Norman Wells w celach zarobkowych. Pracuje w porcie lotniczym.

- Chcesz wziąć prysznic? No problem - uśmiecha się. Takiej propozycji nie mogłem odmówić.

Firma płaci jej cztery tysiące dolarów. Takiej sumy nigdy by nie zarobiła w Edmonton.

Norman Wells jest zdominowane przez białych mieszkańców. W 1945 roku było największym miastem na północy Kanady. Obecnie mieszka tu tysiąc pięćset osób. Miasto w zasadzie należy do Esso, koncernu naftowego. Tutaj stanęły pierwsze szyby naftowe na dalekiej Północy.

Mam dosyć

Wiatr jest tak silny, że wyrywa wiosło z dłoni. Fale uniemożliwiają żeglugę. Biwakuję na wyspie. Północny wiatr szarpie namiotem. Do tego deszcz ze śniegiem. W namiocie zapalam dwie świeczki. Temperatura podnosi się o pięć stopni.

Myślę o życiu. Jak ono będzie wyglądało? Czy założę rodzinę, czy wyjadę na jeszcze jedną zwariowaną ekspedycję? Może polecę w kosmos? Dla mnie ekspedycja ,,Mackenzie” to dojrzewanie, istne przebudzenie.

Dzwonię z telefonu satelitarnego do Polski.

- Tato, sprawdź w Internecie prognozę pogody. Będzie poprawa? Męczę się w tych warunkach już trzy dni.

- Przez kolejne dwa dni będziesz miał deszcz ze śniegiem i siłę wiatru pięć w skali Beauforta.

Najgorsze jest czekanie. Bezczynność trawi umysł. Około drugiej w nocy wiatr osłabł. Podejmuję decyzję. Płynę!

Nocna żegluga po Mackenzie nie jest łatwa. W końcówce lipca nie ma już długich dni. Zimno, dwa stopnie Celsjusza. Ręce kostnieją. Oczy pieką. Organizm nie może się przestawić na nocny tryb płynięcia. Marzę o Forcie Good Hope. Teraz wiem, dlaczego osada tak się nazywa. Porywiste wiatry z północy są największą przeszkodą w tej części Mackenzie.

W oddali dostrzegam duże masy granitu. Wygląda to tak, jakby chciały rzekę powstrzymać. To kanion Ramparts, największe zwężenie koryta Mackenzie. Nurt jest szeroki zaledwie na sześćdziesiąt metrów. Rzeka wije się aż do Fortu Good Hope. W wiosce poznaję Roya, pastora. Zaprasza mnie do siebie. Korzystam z propozycji noclegu. Potworny ból w kręgosłupie nie pozwala zasnąć. Mam dość tej rzeki. Kiedy patrzę na nią, zbiera mi się na wymioty. Odpoczywam trzy dni.

O mój Boże, dopłynąłem!

Do oceanu sześćset kilometrów. Mam teraz tylko jeden cel: Ocean Arktyczny. Przez trzy dni pokonuję trzysta czterdzieści kilometrów - to kolejny mój rekord w płynięciu canoe. W Arctic Red River padam ze zmęczenia. Nad ranem nie mogę rozprostować zaciśniętej pięści.

Tańczę z wiatrem. Pokonam cię, Mackenzie! Znalazłem się w olbrzymiej delcie. Woda nie płynie. Dookoła rozciągają się rozległe moczary. Rozbijam się na gliniastej wyspie. Nagle... widzę ociekającą wodą czarna bryłę. Niedźwiedź! Idzie w moją stronę!

Zamieram. Jest jakieś pięć metrów od namiotu.

Wyciągam racę. Próbuję wystrzelić. Nie działa! Zaciskam dłoń na siekierze, tak jakby miało to mi coś pomóc. Ze strachu o mało nie wskakuję do ogniska.

Olbrzym węszy koło namiotu. Po piętnastu minutach znika w puszczy.

Delta Mackenzie to sieć odnóg wielkiej rzeki. Każda płynie w inną stronę. Łatwo się zagubić. Płynę wschodnim korytem. Plaga komarów i bąków próbuje wyssać ze mnie ostatnie krople krwi. Mam wątpliwości, czy dobrze płynę. Gdzie ja jestem?

Brzegiem biegnie wilczyca z młodymi. Czuję zapach dymu. W niewielkim tipi wędzą się ryby. Otwieram spróchniałe drzwi traperskiej chaty. - Sorry, daleko do Inuvik? Zdezorientowani Indianie nie wiedzą, co powiedzieć.

- Około dwudziestu mil - odpowiada wreszcie mężczyzna.
Do miasta dopływam koło północy.
Herbatę zalewam zimną wodą. Żywność liofilizowaną jem na sucho.

Miasto zamieszkują Indianie Dene oraz Inuici, Eskimosi. Wszędzie liczne rury, które doprowadzają do każdego domu ciepłą wodę i centralne ogrzewanie. Przez wiele miesięcy temperatura spada tu do minus pięćdziesięciu stopni Celsjusza!

U ujścia Mackenzie dostrzegam stado fok. Przede mną olbrzymia przestrzeń: Morze Beauforta, część Oceanu Arktycznego! Płynę w dużym skupieniu. Po raz pierwszy w tej wyprawie mam wiatr w plecy. Dobry Bóg zlitował się wreszcie nade mną. W oddali widzę Tuktoyaktuk. Zaczynam śpiewać piosenkę: ,,O mój Boże, dopłynąłem do Tuktoyaktuk”... U brzegu wskakuję do wody. Nie czuję zimna. Patrzę w bezkres oceanu. Podnoszę głowę. Zrobiłem to!

Po dwóch i pół miesiąca płynięcia mam za sobą kilka efektownych przygód, parę zwątpień. Ponad cztery tysiące kilometrów przepłyniętego systemu rzecznego Mackenzie. Tymczasem - nie czuję żadnej radości. Być może przyjdzie w domu, kiedy już będę siedział w wygodnym fotelu....

Tekst i zdjęcia: Marcin Gienieczko

Wyprawę sponsorowali: Alpinus, MTI Furninova Polska, Philips Kętrzyn

Źródło:
Tematy
Weź udział w promocji i zgarnij premię
Weź udział w promocji i zgarnij premię

Komentarze (1)

dodaj komentarz
~hf
Jestem pełen podziwu dla autora! Ja znam Mackenzie tylko z książki Wernica! Czy można gdzieś obejżeć fotki z tej wyprawy lub przeczytać dziennik z niej?

Powiązane: Podróże

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki