„Pośniadaniowe” oczekiwanie wypełniła mi lektura prasy oraz wiadomości znalezionych w globalnej sieci. Tuż po wybiciu południa ruszyłem jednak w stronę samochodu, zaparkowanego nieopodal. Dzień wcześniej nie znalazłem żadnego zacienionego miejsca, więc już spodziewałem się najgorszego - zetknięcie dłoni z kierownicą grozi poparzeniami pierwszego stopnia. Wiele nie przesadzam, gdyż pierwsze pół godziny prowadziłem bardzo niebezpiecznie, co chwilę zmieniając „kierującą rękę”.
Spikerzy radiowi z każdym kilometrem przerażali mnie coraz bardziej, przestrzegając przed wielokilometrowymi korkami. Niestety, mieli rację. W pierwszy wpadłem w okolicach Karlsruhe. Ale po prawie 30 minutach znów ruszyłem z kopyta, więc naprawdę nie trafiłem najgorzej. Nie wiedziałem za to, że to było dopiero preludium. Gdy dotarłem do Frankfurtu, moich uszu dobiegła informacja o ponad 20-kilometrowym postoju. Półtorej godziny poruszania się w tempie żółwia, przy tropikalnych wręcz temperaturach, zmieniło mój nastrój w podły. Niech o skali dramatu świadczy fakt, iż Niemcy posłali na pomoc specjalne pojazdy z płynami do uzupełnienia! 420 kilometrów pokonałem tego dnia na autostradzie niemieckiej w rekordowo wolnym tempie niemal siedmiu godzin wiedziałem już o spóźnieniu po odbiór dziennikarskiej wejściówki, wystawionej na moje nazwisko. To spowodowało ogromną nerwowość, ale doskonale zdawałem sobie sprawę, iż 90 minut przed pierwszym gwizdkiem w centrum prasowym się nie stawię. Tym bardziej, że u bram Dortmundu powitał mnie kolejny korek: „Nie, tego już za wiele!” – pomyślałem, złorzecząc na głos. Wtem blisko mnie zobaczyłem trzech osobników w „blaszanej puszce na kołach”, ozdobionej flagami gospodarzy mistrzostw. Poprosili gestem, bym otworzył okno: „Pokonamy was 3:0!” – dostrzegając polską rejestrację, pokrzykiwali mocno rozbawieni. Za chwilę zbliżył się do mnie „polski samochód” i oznajmiając sygnałem klaksonu swoją obecność, załoga pozdrowiła mnie serdecznie.
W końcu zaparkowałem i udałem się w stronę obiektu Borussii. „Którędy na stadion?” – zapytałem starszego pana wyprowadzającego psa na spacer. „Proszę skręcić w prawo, a później kierować się słuchem” – zażartował brodaty jegomość, mając na myśli donośny doping kibiców. Odbierając bilet, minąłem się z Tomaszem Iwanem, wyglądającym – trzeba przyznać – dość dziwnie. Eleganckie, pewnie bardzo drogie okulary przeciwsłoneczne zdobiły strój wybitnie sportowy. Co kraj, to obyczaj.
Na trybunach panowała doskonała atmosfera. Polacy i Niemcy zgodnie przesiadywali obok siebie, raz po raz zagrzewając do walki swych ulubieńców. Już podczas grania hymnu miejscowych, zapanowała spora konsternacja. Rozumiana ze wszech miar pozytywnie. Niemcy spoglądali po sobie, doszukując się sensu w oklaskach polskich kibiców. Takiego przyjęcia „muzycznej wizytówki kraju” nie spodziewali się. W czasie całego spotkania fani z obu państw zgotowali zawodnikom prawdziwy „kocioł czarownic”, wydawało się, że dopuszczalna granica decybeli została dawno przekroczona. Mimo ogromnych emocji, zarówno piłkarze, jak i sympatycy zachowywali się fair. Cudowne obrazki oglądaliśmy po końcowym gwizdku. Najpierw na murawie Metzelder, Klose, Podolski, Ballack, Lehmann pocieszali przegranych piłkarzy, by po chwili razem z nimi ramię w ramię podążyć przed polski sektor i podziękować kibicom za gorące wsparcie. Brawa! Jeszcze raz brawa! Około 23:15 znajdowałem się w drodze powrotnej do samochodu. Przed stadionem Niemcy rozprawiali jeszcze o meczu, ciesząc się z trzech punktów, wzmacniając swą wiarę w medal mistrzostw świata. Oni skryli się pod dachem, natomiast ludzie przybrani na biało-czerwono – podążając do oddalonych o kilka przecznic autokarów – przemokli do ostatniej suchej nitki. Ulewa zapłakała nad wiecznymi ostatnio przegranymi wielkich imprez piłkarskich. Zanim o 4:30 zajechałem do Stuttgartu, sam zastanawiałem się jeszcze nad potyczką z… Ekwadorem. To był klucz!
Marcin Gabor



























































