Milioner, który zaczynał w PRL

analityk Bankier.pl

Przygodę z biznesem zaczynał w 1985 pod przykrywką spółdzielni rzemieślniczej. Prowadzi biznes w myśl powiedzenia: „Gdy będziesz robił jak wszyscy, będziesz miał jak wszyscy”. Dziś firmę Krzysztofa Pruszyńskiego tworzy ponad 20 spółek działających na Ukrainie, Litwie, Białorusi, w Rumunii i Czechach.

Krzysztof Pruszyński
Krzysztof Pruszyński

Kiedy rozpoczęła się Pana przygoda z biznesem? Czy blachy to był pierwszy biznes? A może wcześniej były inne działalności?

Pierwsze pozwolenie na działalność gospodarczą dostałem w 1985 r. Dzięki niemu mogłem legalnie zajmować się konwisarstwem, czyli wyrobem i naprawą naczyń blaszanych. Urzędowy dokument uprawniał też obywatela Pruszyńskiego do sprzedaży swoich wyrobów na targowiskach w województwie białostockim, ale tylko w poniedziałki i czwartki. Szczęśliwie nigdy nie musiałem z tego prawa korzystać - lejki, których produkcją zająłem się jeszcze w trakcie studiów w warszawskiej Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, trafiały do zorganizowanych sieci dystrybucji.

Wytwarzałem również bardziej skomplikowane urządzenia, np. pompy do paliwa. Muszę przyznać, że całkiem nieźle się z tego żyło. Zlecenia pochodziły od jednej ze spółdzielni rzemieślniczych z Podlasia, gdzie mieszkałem. Ówcześni przedsiębiorcy, zwani pogardliwie prywaciarzami, żeby poprawić swój wizerunek w oczach władzy, występowali pod przykrywką spółdzielni rzemieślniczych. Obie strony na tym korzystały. Przedsiębiorcy, bo mając dostęp do surowca, mogli produkować i sprzedawać, a spółdzielnie, bo inkasowały 5 procent od obrotu, nie wykonując w zasadzie żadnej pracy.

Działalność związana z produkcją lejków trwała do 1990 r. Na moje nieszczęście po zmianie ustroju Państwa stały się one bezużyteczne. Kierowcy nie musieli już zatrzymywać się w drodze i napełniać baków, przelewając paliwo z kanistrów. Było ono dostępne na każdej stacji benzynowej.

Budżet państwa to współczesny Janosik» Budżet państwa to współczesny Janosik

Jak zrodził się pomysł stworzenia firmy Blachy Pruszyński?

Z konieczności - na początku 1990 r. budownictwo w Polsce niemal stanęło. W tym czasie zajmowałem się już dekarstwem. Zdałem egzamin czeladniczy, a następnie mistrzowski. Przeniosłem się też pod Warszawę, gdzie popyt na tego typu usługi był znacznie większy niż na Podlasiu. Mimo wszystko na własnej skórze odczułem bolesny okres przemian gospodarczych w naszym kraju. W pewnym momencie musiałem wymyślić nowy sposób na przetrwanie. Tak zrodziła się idea uruchomienia produkcji pokryć dachowych.

Jak wyglądały początki firmy? Z jakimi trudnościami się Pan spotykał?

W czerwcu 1990 r. wraz ze współpracownikiem skonstruowałem pierwszą własną maszynę do trapezowania blach. Choć w sąsiedztwie funkcjonowały już co najmniej dwie firmy, które się tym zajmowały, biznes się rozkręcał. Trudno się dziwić. W tamtych czasach brakowało niemal wszystkiego, a duzi państwowi producenci bankrutowali. Niezależnie od tego, co by się wybrało - produkcję mebli, przetwórstwo blachy czy wywóz śmieci - miało się sporą szansę na powodzenie. Oczywiście pod warunkiem, że biznes był prowadzony porządnie i roztropnie, bez podejmowania nadmiernego ryzyka. Firma Blachy Pruszyński rozwijała się powoli, ale systematycznie. Krok po kroku zdobywaliśmy coraz silniejszą pozycję. Wydaje mi się, że to skuteczna strategia. Tych, którzy próbowali w ekspresowym tempie zawojować rynek z reguły już na nim nie ma.

Skąd miał Pan materiał do produkcji? Wówczas jego uzyskanie nie było takie proste.

Dokładnie 16 lipca 1990 r. wybraliśmy się do Huty im. Sendzimira po swój pierwszy transport blachy. Razem z sąsiadem o 2 w nocy samochodem marki ZiŁ, z gotówką w kieszeni, pojechaliśmy do Krakowa po osiem ton stali. Na tyle było nas stać. Pamiętam, że gdy, płacąc za towar, położyłem pieniądze w okienku, wiatr rozrzucił banknoty po całym pomieszczeniu. Pani kasjerka je pozbierała, ale okazało się, że jednego brakuje. To była rozpacz, bo gotówkę mieliśmy dokładnie wyliczoną. Zaczęliśmy szukać po kieszeniach, wyciągać każdy grosz, żeby uzbierać całą sumę. Jakoś się udało.

Po kolejny transport zjawiliśmy się miesiąc później. Tym razem załadowaliśmy już 14 ton blachy. Przy okazji odnalazły się zaginione podczas pierwszej wizyty pieniądze. Pani kasjerka - niezwykle uczciwa osoba - zwróciła nam banknot. I to nie byle jaki, bo o nominale 2 mln zł.

Skoro mowa o pieniądzach, to skąd miał Pan kapitał na start i rozwój firmy?

Dziś może się to wydawać mało prawdopodobne, ale na początku lat 90. XX w. większość biznesów uruchamiana była niemal bez kapitału. Tak też było w moim przypadku. Nawet pierwszą maszynę, o której wspominałem - prostą prasę hydrauliczną - zbudowałem praktycznie własnoręcznie. Wciąż stoi ona w naszej firmie, służąc za eksponat - pamiątkę pionierskich czasów.

Czy nie żałował Pan decyzji o rozkręceniu biznesu?

Nigdy. Zakładając firmę, trudno przewidzieć, jak potoczą się jej losy. Mam jednak wrażenie, że w przypadku Grupy Pruszyński potoczyły się one nie najgorzej.

Do ilu krajów obecnie sprzedaje Pan swoje produkty?

Całą Grupę Pruszyński tworzy ponad 20 spółek działających, poza Polską, m.in. na Ukrainie, Litwie, Białorusi, w Rumunii i Czechach. Na wszystkich tych rynkach odgrywamy znaczącą rolę.

Czy pamięta Pan czas kiedy na firmowym koncie pojawił się pierwszy milion zysku?

Pierwsza prawdziwa stabilizacja finansowa przyszła w 1993 r. Wtedy to mogliśmy pozwolić sobie na większe inwestycje. W firmie pojawiły się nowe samochody, m.in. TIR Mercedes. Poczuliśmy, że nabieramy wiatru w żagle.

Niedawno Pana firma została laureatem Rankingu Firm Rodzinnych 2012 r. Czy rzeczywiście w kierownictwie Pana firmy znajdują się w większości członkowie rodziny?

Kluczową firmą w całej grupie jest Pruszyński sp. z o.o. Większość, bo 70 proc., udziałów w niej należy do mnie. Natomiast pozostałe są podzielone między moje dzieci. Poza tym jeden z synów jest głównym udziałowcem firmy Extral Aluminium - wchodzącego w skład Grupy Pruszyński producenta profili aluminiowych. Jak więc widać spełniamy wszelkie wymogi, aby móc się nazywać przedsiębiorstwem rodzinnym.

Jestem przywiązany do takiej formy prowadzenia biznesu. Szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie oddania zarządzania firmą w ręce kogoś z zewnątrz. I nie chodzi mi wcale o brak wiary w czyjeś kompetencje. Miałbym po prostu problem z odnalezieniem się w innym niż obecny układzie.

Czy może Pan wskazać bariery, które przeszkadzają w prowadzeniu biznesu w Polsce? Jakich regulacji by Pan oczekiwał?

Od ustawodawcy nie oczekiwałbym niczego szczególnego, tylko prostych i jasnych przepisów. Niestety stanowione w Polsce prawo jest dokładnie odwrotne. Przedsiębiorcy muszą borykać się z gigantyczną biurokracją, która na każdym niemal kroku blokuje funkcjonowanie firm. Wystarczy wspomnieć o prawie podatkowym czy też regulacjach związanych z uruchamianiem inwestycji. To jest koszmar każdego biznesmena.

Gdyby mógł Pan cofnąć czas, jakie decyzje zmieniłby Pan w swojej firmie?

Nietrafionych decyzji, owszem można parę znaleźć. Prowadząc biznes po prostu nie da się uniknąć błędów. Jednak co do szczegółów wolałbym się nie wypowiadać. Konkurencja przecież nie śpi

Co może Pan poradzić osobom, które dopiero myślą o własnym biznesie?

Mam takie powiedzenie: "Gdy będziesz robił jak wszyscy, będziesz miał jak wszyscy". Trzeba się czymś wyróżnić od otaczającego nas tła. Kreatywność w biznesie jest niezwykle ważna.

Poza tym jedną z podstawowych cech gwarantujących sukces jest przywiązanie do realiów. Nie można patrzeć na firmę jak na wirtualny byt, wyłącznie poprzez słupki i wykresy obrazujące jej wyniki finansowe. Przedsiębiorstwo to przede wszystkim ludzie i cała infrastruktura, którą oni zarządzają.

Z doświadczenia wiem, że tego rodzaju myślenie częściej preferują absolwenci studiów inżynierskich niż szkół biznesowych. Ci drudzy skupiają się na czytaniu bilansów. Tuż przed wybuchem światowego kryzysu gospodarczego w 2008 r. jeden z doradców przekonywał mnie, że powinienem zdecydowanie zwiększyć poziom zadłużenia i przeprowadzić prawdziwą ekspansję na rynek. Gdybymgo posłuchał, dziś najprawdopodobniej musiałbym zamknąć interes, bo nie byłoby mnie stać na spłatę kredytów. Taki byłby efekt zarządzania firmą za pomocą teoretycznych schematów.

Inną cechą dobrego biznesmena powinien być szacunek dla pracowników. Zdarzają się oczywiście sytuacje, że trzeba komuś udzielić reprymendy, ale należy uważać, żeby przy okazji go nie poniżyć.

Rozmawiał Grzegorz Marynowicz

Grzegorz Marynowicz

Źródło:

Newsletter Bankier.pl

Dodałeś komentarz Twój komentarz został zapisany i pojawi się na stronie za kilka minut.

Nowy komentarz

Anuluj
0 2 ~martencja

To jest super facet jakich mało w tych czasach. Pozdrawiam!

! Odpowiedz
0 3 ~OLEKSY

To prawda Panie Krzysztofie trzeba miec szacunek do pracownika. Tak Pan go ma ,pracowalem i moge sie pod Pana slowami podpisac .Szanuje Pana i zawsze milo wspominam pomimo ze minelo juz 8 lat jak zlozylem wypowiedzenie.pozdrawiam wszystkich pracownikow Blachy Pruszynski

! Odpowiedz
0 1 ~user

Drogie jego blachy, konkurencja nie spi

!

Kalendarium przedsiębiorcy

Brak wydarzeń

Kalkulator płacowy

Oblicz wysokość pensji netto, należne składki oraz podatek.