
Najbogatsze kluby polskiej ligi nie wykluczają, że same będą sprzedawać prawa telewizyjne. To ich reakcja na zmianę zasad, do jakich może dojść w kierowaniu Ekstraklasą SA.
Centralizacja praw telewizyjnych to wielka zdobycz polskich klubów z przełomu wieków. Oznacza, że cała liga sprzedaje prawa medialne jako jeden wspólny produkt, dzięki czemu kluby łącznie dostają większe pieniądze z tej transakcji, choć wielkie kluby mogłyby dostać więcej, handlując indywidualnie. Ewentualna decentralizacja oznacza więc, że kluby o najbardziej uznanej marce, takie jak Lech Poznań, Wisła Kraków i Legia Warszawa na pewno zyskałyby finansowo, ale kluby biedniejsze i nie tak medialne dostawałyby mniej pieniędzy niż teraz. Decentralizację niekorzystnie odczułby też statystyczny telewidz, bo aby mieć dostęp do wszystkich meczów ekstraklasy, prawdopodobnie musiałby mieć wykupiony abonament kilku platform cyfrowych i kablówek.
Chcą szefa
- Na razie to tylko delikatny sygnał ostrzegawczy, że największe kluby nie zgodzą się na zmianę obecnych zasad w funkcjonowaniu Ekstraklasy SA, które zostały ustalone w drodze mozolnego kompromisu - mówi nam osoba doskonale zorientowana w realiach ligowej piłki.
Zobacz także
O jakie zasady chodzi? Przede wszystkim o sposób wybierania przewodniczącego rady nadzorczej Ekstraklasy SA. Do tej pory obowiązywała reguła, że zostaje nim przedstawiciel klubu, który w ostatnim sezonie zdobył mistrzostwo Polski. Teraz ma być zmieniona. Mówi się, że szef miałby być wybrany spośród siedmioosobowej rady nadzorczej. Dla grupy G-3 (to umowna nazwa dla nieformalnej koalicji Lecha, Wisły i Legii) to absolutnie niedopuszczalne. Sęk w tym, że w radzie nadzorczej oprócz reprezentantów wspomnianych trzech klubów są ludzie, na których wpływ może mieć PZPN: Cezary Kulesza z Jagiellonii, Janusz Paterman z Ruch Chorzów oraz oficjalnie reprezentujący piłkarską federację Zdzisław Drobniewski.
Przeważać będzie więc głos Sylwestra Cacka, właściciela Widzewa, który mimo burzliwej historii kary degradacji za grzechy korupcyjne łódzkiego klubu, jest w stanie porozumieć się z władzami PZPN. Z powodu możliwego kompromisu właśnie Cacek, którego popiera także część biedniejszych klubów (dzięki nim dostał się do rady nadzorczej), jest w stanie de facto decydować o istotnych decyzjach piłkarskiej spółki, nawet jako jej przewodniczący.
Bogate kluby obawiają się, że byłby to dopiero początek nowych porządków. W dalszej perspektywie mniejsze i biedniejsze kluby, stymulowane przez PZPN, mogłyby zażądać innego podziału środków ze sprzedaży praw telewizyjnych, które byłyby jeszcze bardziej niekorzystne dla wielkich klubów. - Jeżeli nawet w najmniejszym stopniu zostaną naruszone nasze interesy, nie będziemy na to patrzeć z założonymi rękami - mówi nam proszący o anonimowość przedstawiciel G-3.
Nie chcą PZPN-bis
Nazwa G-3 jest nieformalna i nawiązuje do słynnej inicjatywy G-4 sprzed siedmiu lat, kiedy to Legia, Wisła, Amica Wronki i Groclin Grodzisk Wlkp. zaczęły domagać się większych przywilejów dla siebie, a roszczenia argumentowały faktem, że spośród wszystkich klubów inwestują w ligowy futbol najwięcej prywatnych pieniędzy.
Więcej w dzisiejszym "Przeglądzie Sportowym".
Antoni Bugajski, "Przegląd Sportowy"


























































