Rządowy plan pomocy gospodarce nie podoba się branży motoryzacyjnej. Rozgoryczeni polscy importerzy zabiegają o spotkanie z Michałem Bonim, szefem doradców premiera. Chcą namówić go, by przekonał premiera do wycofania się z pomysłu zwiększenia akcyzy od samochodów z silnikami o pojemności powyżej 2 litrów. Jest już jednak za późno.
Dziś projektem ma zająć się rząd. Nic nie wskazuje na to, żeby ministrowie zmienili zdanie. Pozyskane z podwyżki środki mają trafić do tworzonej Rezerwy Solidarności Społecznej. O jakie pieniądze chodzi? Jak ustalił „WSJ Polska", rząd liczy na ok. 300 mln zł. Oparł jednak swoje plany na założeniu, że uda się utrzymać poziom importu używanych i sprzedaży nowych na takim samym poziomie jak obecnie.
Branża motoryzacyjna nie ma wątpliwości, że będzie inaczej. – Ten typowo polityczny krok nie przyniesie na pewno rządowi spodziewanego efektu – uważa Adam Pietkiewicz, prezes Polskiej Grupy Dealerów. Według niego wraz ze wzrostem podatku sprzedaż nowych samochodów może nawet spaść. – Nie chodzi nawet o wzrost ceny, bo 10 tys. zł w przypadku aut o wartości 200 tys. zł ma raczej drugorzędne znaczenie. Chodzi przede wszystkim o efekt psychologiczny, jaki nastąpi wraz z tą podwyżką. Kupujący pomyślą sobie, że lepiej poczekać z zakupem – mówi Pietkiewicz. Jak długo? Nie wiadomo, ale przynajmniej dwa lata, bo na taki okres przewidziany jest rządowy program pomocy dla gospodarki.
W przypadku aut używanych będzie podobnie. – Z powodu wzrostu akcyzy będą kupowane auta starszych roczników – prognozuje Wojciech Drzewiecki, szef Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego Samar. – Jest to sprzeczne z wcześniejszymi zapowiedziami dla sektora motoryzacyjnego składanymi przez rząd Tuska. Przecież jeszcze niedawno obiecywał, że zrobi wszystko, żeby poprawić sprzedaż nowych aut w Polsce, tymczasem w ten rynek właśnie uderza – mówi Marek Konieczny z Dealer Consulting Group.
Chodzi mu o ujawniony przed kilkoma dniami przez sejmową komisję Przyjazne Państwo projekt zmian w podatku akcyzowym idący w stronę uzależnienia obciążenia fiskalnego nie od pojemności silnika tak jak teraz, lecz od poziomu emisji spalin. Takie rozwiązanie jest preferowane w Unii Europejskiej. – Tymczasem znów zafundowano nam protezę zamiast długofalowego rozwiązania, które i tak wcześniej czy później wymusi na nas Unia – mówi Wojciech Drzewiecki.
Cezary Pytlos
Dziennik Finansowy
Więcej na ten temat

























































