Węglowa hossa dotarła także na warszawską giełdę, gdzie inwestorzy poszukują sposobów podpięcia się pod rajd cen czarnego surowca. Problem w tym, że na GPW nie jest tak łatwo o „czystą” ekspozycję na ceny węgla.


Światowe ceny węgla ustanowiły nowy rekord wszech czasów, przełamując poprzednie szczyty z lipca 2008 roku. W środę, 6 października, surowiec z odbiorem w porcie w Rotterdamie osiągnął rekordową cenę 280 USD za tonę, po czym jego notowania spadły aż o 15% (co wygląda jak oznaka krótko- lub średnioterminowego przesilenia i początek korekty). Więcej o tej węglowej hossie pisaliśmy już nie raz – miesiąc temu na stronach Bankier.pl oraz w połowie czerwca na łamach „Pulsu Biznesu”.
Ujmując sprawę w telegraficznym skrócie: na skutek potężnego wzrostu światowej produkcji przemysłowej po koronawirusowych lockdownach oraz w efekcie antywęglowej krucjaty w wykonaniu lobby klimatycznego na świecie zaczęło brakować węgla. Problem ten dotyczy zwłaszcza Chin, gdzie „czarne złoto” wciąż jest podstawowym surowcem wykorzystywanym do produkcji energii elektrycznej. W rezultacie odbiorcy z Chin i Europy rzucili się na rynek, aby zabezpieczyć dostawy węgla na zimowy sezon grzewczy. Efekt jest taki, że ceny surowca w Rotterdamie sią obecnie trzykrotnie wyższe niż jeszcze w maju oraz czterokrotnie wyższe niż rok temu.
ReklamaZobacz także
Węglowa hossa na GPW
Zdawać by się mogło, że nie ma lepszego miejsca do inwestowania w węgiel niż warszawska GPW – czyli giełda kraju będącego największym producentem tego surowca w Europie. Tyle teorii. W praktyce największe kopalnie węgla energetycznego w Polsce – czyli Polska Grupa Górnicza – znajdują się w rękach państwa i ich akcje nie są notowane na warszawskiej giełdzie.
Na placu boju pozostaje producent wyraźnie mniejszy, czyli lubelska Bogdanka. Tyle tylko, że LWB sprzedaje węgiel do swojego głównego akcjonariusza – kontrolowanej przez Skarb Państwa Enei. Ceny surowca ustalane są na podstawie długoterminowego kontraktu i często nie mają zbyt wiele wspólnego z notowaniami węgla na światowych giełdach. Mimo to akcje Bogdanki od października 2020 roku potroiły się w cenie i tylko od początku września dały zarobić prawie 80%.
Flagową firmą węglową na GPW jest jednak wchodząca w skład indeksu WIG20 Jastrzębska Spółka Węglowa. Od dołka z końca zeszłorocznego października walory JSW zyskały przeszło 380%. Tyle że większość tego ruchu zmaterializowało się między listopadem a lutym. Najnowsza „noga” hossy rozpoczęła się dopiero pod koniec sierpnia i jak dotąd pozwoliła na zarobek rzędu 67%.
Przeczytaj także
Warto jednak pamiętać, że drożejący ostatnio węgiel energetyczny odpowiada za niespełna 30% wydobycia w JSW. Jastrzębska spółka jest przede wszystkim producentem wysokiej jakości węgla koksującego wykorzystywanego w hutnictwie. Owszem, ceny tego ostatniego też rosną, ale to już inna historia niż w przypadku węgla energetycznego.
Na Bogdance i JSW kończą się „czyste” i w miarę oczywiste węglowe spekulacje. Mimo to inwestorzy z GPW potrafili znaleźć kilka innych spółek, na których można by się podczepić pod węglowy ekspres. Po pierwsze jest to Bumech, który w styczniu tego roku zawarł umowę na zakup kopalni PG Silesia. Miesiąc temu spółka zaraportowała, że jej kopalnia ma umowy na sprzedaż węgla o szacunkowej wartości 10,5 mln zł netto. Od początku września do 5 października giełdowa wycena Bumechu wzrosła niemal siedmiokrotnie!
Węglowa egzotyka na warszawskim parkiecie
O ile jednak Bumech faktycznie oferuje jakąś ekspozycję na ceny węgla, to już inne giełdowe typy są bardziej obiektem czystej spekulacji aniżeli mocnych fundamentów. Na GPW notowana jest na przykład ukraińska spółka Coal Energy (a więc z węglem w nazwie), której kurs od czerwca do 5 października podskoczył z 1,65 zł do 7,80 zł. Problem w tym, że Coal Energy od lat raportuje jedynie kosmetyczne przychody ze sprzedaży po tym, jak na skutek wojny w Donbasie utracił kontrolę nad większością aktywów. Przy obecnej wycenie (prawie 265 mln zł) wykazuje ujemny wynik EBITDA.
Innym typem polskich inwestorów jest Famur, którego walory przez niespełna rok podwoiły się w cenie. Famur jest producentem maszyn i urządzeń górniczych i faktycznie może stać się beneficjentem węglowej hossy. Wymaga to jednak tego, aby kopalnie rozpoczęły długotrwałe procesy inwestycyjne, do których realizacji potrzebne jest utrzymanie się wysokich cen węgla w kolejnych kwartałach. Jest to więc raczej zakład długoterminowy, a nie czysta spekulacja na wyższe ceny węgla w przyszłości. Podobnie jak w przypadku spółki MOJ, której notowania na przełomie września i października podskoczyły z 1,60 zł do 3,10 zł. Spółka oferuje sprzęgła przemysłowe oraz tzw. urządzenia małej mechanizacji dla górnictwa.
Jeszcze bardziej pośrednim typem są walory Prairie Mining, czyli australijskiej spółki, która miała w planach wydobywać w Polsce węgiel koksujący. Ostatecznie z różnych przyczyn nic z tego nie wyszło, co jednak nie przeszkodziło podbić notowań Prairie o 40% na przestrzeni kilku poprzednich sesji.
O tym, że spekulanci z GPW gotowi są podbić notowania wszystkiego, co choćby odlegle kojarzy się z węglem, była historia akcji Clean & Carbon Energy, które na przełomie września i października podrożały o 70%. Choć, jak wykazał Kamil Zatoński z „Pulsu Biznesu”, spółka ma obecnie raczej niewielkie związki z węglem (czy jakąkolwiek działalnością zarobkową). Ale z taką nazwą do spekulacyjnej „pompki” nadawała się znakomicie.
Reasumując, „modne” wśród spekulantów giełdowe spółki wcale nie muszą okazać się dobrą inwestycją, nawet jeśli ceny węgla dalej będą rosły. Po drugie, warto wziąć poprawkę na fakt, że węglowa hossa jest już bardzo dojrzała, o czym świadczy m.in. fala spekulacyjnych zakupów każdego papieru, którego emitent choć trochę kręci się wokół węgla.

























































