Prezes NBP Adam Glapiński uważa repolonizację za coś naturalnego. - W kraju naszej wielkości i na naszym poziomie rozwoju, gdy polska gospodarka staje się powoli eksporterem kapitału, naturalne wydaje się, że rodzimy kapitał powinien dominować i w bankach, i w mediach, i w przemyśle obronnym – powiedział w wywiadzie dla „Forbesa”.
Glapiński odniósł się też do zakupu przez PFR i PZU akcji Pekao. – 55-proc. udział w polskim sektorze bankowym praktycznie stawia nas już w bezpiecznej pozycji. Więcej nie trzeba – ocenił. Po przejęciu kontrolnego pakietu akcji w Pekao SA państwo będzie miało kontrolę nad dwoma największymi bankami w Polsce pod względem aktywów. Dominujący gracze na polskim rynku bankowym - PKO BP i Pekao SA - będą mieli tego samego właściciela. Rząd pośrednio sprawuje kontrolę nad Bankiem Pocztowym (7,2 mld zł) oraz Bankiem Ochrony Środowiska (21,1 mld zł). Aktywa banków kontrolowanych przez rząd wynoszą ok. 560 mld zł, co stanowi przeszło jedną trzecią aktywów sektora bankowego w Polsce.
Największy skok udziału kapitału zagranicznego w polskich bankach nastąpił pod koniec XX wieku. Było to związane z prywatyzacją Pekao, BPH, PBK oraz przejęciem BRE, BIG Banku i Banku Handlowego. W szczytowym momencie (2008 r.) udział inwestorów zagranicznych wynosił 72,3%. Kryzys finansowy na Zachodzie, a także rosnąca pozycja polskich banków (wzrost BGK, PKO BP czy Getinu, przejęcie Nordei) doprowadziły do odwrócenia trendu i na koniec 2015 r. proporcje wynosiły już 59% do 41%. Po repolonizacji Banku Pekao większość sektora bankowego znajdzie się w polskich rękach.
- Repolonizacja jest naturalna – twierdzi prezes NBP. – W kraju naszej wielkości i na naszym poziomie rozwoju, gdy polska gospodarka staje się powoli eksporterem kapitału, naturalne wydaje się, że rodzimy kapitał powinien dominować i w bankach, i w mediach, i w przemyśle obronnym. Nas na to stać. Najlepiej, żeby repolonizował kapitał prywatny, ale skoro go nie ma, muszą ten teren odzyskać podmioty kontrolowane przez państwo. Przejęcie Pekao zamyka problem – dodał Glapiński
"Majstrowanie przy pieniądzu ma negatywne skutki"
Glapiński zastrzega jednak, że jeżeli banki zasygnalizują brak płynności, NBP dostarczy im odpowiednie narzędzia. - Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że mamy odpowiednie instrumenty i że potrafimy je w sposób skuteczny i zdecydowany wykorzystywać – zapewnia prezes banku centralnego w wywiadzie dla „Forbesa”. – Jako ekonomista mam daleko idącą niechęć do jakiegokolwiek majstrowania przy pieniądzu – dodaje jednak. Wierzy bowiem, że takie działanie może w długiej perspektywie mieć negatywne skutki uboczne. Co go najbardziej niepokoi w takim scenariuszu? – Fakt, że nie widać inflacji – odpowiada Glapiński. - Po wpompowaniu w gospodarkę nadwymiarowego pieniądza, powinny zacząć drożeć towary i usługi. Ale te pieniądze w ogóle nie dochodzą do rynku, do konsumentów i producentów – mówi.
Rada Polityki Pieniężnej w grudniu pozostawiła stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Rok 2016 przejdzie więc do historii jako rok bez zmiany stóp. Oznacza to też, że żyjemy w najdłuższym okresie stabilizacji stóp procentowych ustalanych przez RPP, która zadanie to realizuje od 1998 r. Poprzedni porównywalnie długi okres rozciągał się od czerwca 2009 r.
- Chciałbym, aby nastąpił moment, w którym rada zaczęłaby się zastanawiać, w sytuacji, gdy wzrost będzie szybszy, a inflacja będzie zmierzać do poziomu, przy którym zechcemy interweniować – mówił Glapiński podczas konferencji po grudniowym posiedzeniu RPP. - W przyszłym roku, według istniejącego stanu prognoz, nie zanosi się, abyśmy zastanawiali się nad stopami. Z olbrzymim prawdopodobieństwem przewiduję, że stopy będą na tym samym poziomie – dodał. Podobną opinię wyraził w wywiadzie, podkreślając, że obecnie obowiązujące stopy procentowe są najniższe w historii. – Nie boję się o wzrost gospodarczy w Polsce i potrzeby zmiany stóp nie widzę – uzasadnia.
Przeczytaj także
Glapiński podczas konferencji po posiedzeniu RPP ocenił także, że ostatnie 28 miesięcy deflacji nie były szkodliwe. – Deflacja nie wyrządziła nam najmniejszych szkód. Nawet najbardziej wnikliwi analitycy nie wskazują, żeby były szkody w wyniku deflacji – powiedział. W poniedziałek GUS opublikował dane o inflacji, z których wynika, że deflacja w Polsce się skończyła. Zgodnie z konsensusem, w listopadzie wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych nie zmienił się w ujęciu rocznym i wzrósł o 0,1% w ujęciu miesięcznym.
Prezes NBP ocenia, że brak pieniędzy z UE co prawda nie spowodowałby w Polsce recesji, zdecydowanie jednak obniżyłby perspektywy wzrostu. – Są one w pewnym, bardzo ogólnym sensie, naszym odpowiednikiem luzowania ilościowego, bo umożliwiają i ułatwiają realizację wielu ważnych projektów. U nas na szczęście nie ma potrzeby dyskutowania o luzowaniu ilościowym i mam nadzieję, że taki moment nie przyjdzie również po 2020 r., gdy skończą się pieniądze z UE, bo polska gospodarka rozwija się samodzielnie – ocenia.
AŚ




























































