REKLAMA
TYLKO U NAS

Dramatyczny finisz ponadrocznej gorzkiej kampanii wyborczej

2016-11-06 07:30
publikacja
2016-11-06 07:30

Dramatycznym finiszem z udziałem FBI kończy się we wtorek ponadroczna, gorzka kampania prezydencka w USA, w której personalne ataki między dwojgiem nielubianych kandydatów oraz niewybredne komentarze zajęły nie mniej miejsca niż debata o przyszłości kraju.

fot. Jim Young / / FORUM

Gdy ponad rok temu Hillary Clinton ogłaszała start w wyborach prezydenckich, była zdecydowaną faworytką do uzyskania nominacji Demokratów. Nikt nie mógł wówczas przewidzieć, że w wyścigu do Białego Domu rywalem byłej sekretarz stanu z ponad 40-letnim doświadczeniem w służbie publicznej będzie nowojorski biznesmen i telewizyjny celebryta o niewyparzonym języku Donald Trump, który nigdy nie piastował żadnego urzędu. Oboje łączy dość podeszły wiek (Clinton ma 69 lat, Trump - 70) i bardzo niskie wskaźniki zaufania społecznego. Jeszcze nigdy w wyborach prezydenckich we współczesnej historii USA kandydaci na najwyższy urząd w państwie nie byli tak nielubiani.

Wiele odróżniało obecną kampanię od poprzednich, począwszy od rekordowej liczby 16 pretendentów do Białego Domu z ramienia Partii Republikańskiej (GOP). Media za faworyta uznawały byłego gubernatora Florydy Jeba Busha, brata i syna byłych prezydentów, jednak nie pomogło mu ani znane nazwisko (niektórzy twierdzą, że wręcz zaszkodziło), ani gigantyczne pieniądze, jakie na jego kampanię przekazali partyjni sponsorzy. Bush ani żaden z innych wspieranych przez partyjny establishment kandydatów nie przewidział, że w tej kampanii przestanie się liczyć obrona konserwatywnych postulatów, takich jak niskie podatki czy ograniczenie rozmiarów rządu, a zacznie - złość Amerykanów nieradzących sobie w realiach nowej, globalnej gospodarki. Ich frustrację i niechęć do imigrantów świetnie odczytał natomiast Trump.

Z uwagi na szokujące wypowiedzi Trumpa żaden znany komentator przez długi czas nie traktował go poważnie. Szybko zraził on do siebie mniejszość latynoską, nazywając Meksykanów handlarzami narkotyków i gwałcicielami. Zupełnie zignorował tym samym zalecenia republikańskich analityków, którzy po porażce Mitta Romneya w 2012 roku ocenili, że bez otwarcia się na mniejszości GOP nigdy nie zdobędzie Białego Domu. Tymczasem Trump obiecał budowę muru na południowej granicy USA i deportację nielegalnych imigrantów, a ponadto wielokrotnie obrażał kobiety, groził zakazaniem muzułmanom wjazdu do USA i przedrzeźniał niepełnosprawnego dziennikarza.

Rywale Trumpa - przekonani, że ten "narobi trochę hałasu" i prędzej czy później odpadnie z wyścigu - prawie nie atakowali go w pierwszej fazie prawyborów, nie chcąc zrazić do siebie jego zwolenników. Widząc, że Trump rośnie w siłę, sami z czasem zaostrzyli retorykę w sprawie imigracji i walki z terroryzmem, jednak do ofensywy przeszli za późno. Trump triumfował, korzystając dodatkowo z bezpłatnej reklamy, jaką zapewniły mu media, oferujące mu więcej czasu antenowego niż pozostałym kandydatom. Barwny, kontrowersyjny Trump sprawiał, że rosły słupki oglądalności. Jaki inny kandydat w historii wyborów prezydenckich USA zapewniałby telewidzów w partyjnej debacie, że ma dużego penisa?

Po stronie Demokratów na poważnego rywala Clinton nieoczekiwanie wyrósł szerszej nieznany senator z Vermont Bernie Sanders, jedyny polityk w Kongresie określający się jako socjalista. 76-letni Sanders przyciągał na swoje wiece tłumy rozentuzjazmowanej młodzieży, uwiedzionej obietnicą "politycznej rewolucji". Podobnie jak Trump był kandydatem protestu, a jego popularność napędzało rozczarowanie Amerykanów kiepską sytuacją gospodarczą i arogancją waszyngtońskich elit, do których Sanders zaliczał także Clinton.

Clinton, która początkowo liczyła, że prawybory zakończy najpóźniej w marcu, aż do czerwca musiała walczyć z Sandersem, odpierając ataki o zbyt bliskie związki z Wall Street. Ostatecznie, za cenę jego poparcia, musiała przejąć część jego lewicowych obietnic.

Lipcowe konwencje Demokratów i Republikanów, na których Clinton i Trump formalnie otrzymali prezydenckie nominacje swych partii, były kompletnie różnymi widowiskami. W Cleveland, do którego zjechali się delegaci GOP, zabrakło niemal całego przywództwa partyjnego (nie licząc spikera Izby Reprezentantów Paula Ryana, który otworzył zjazd) - tak wielkie było rozgoryczenie partyjnych przywódców osobą nominata. Nie przyjechał też żaden z żyjących republikańskich byłych prezydentów ani John Kasich, gubernator stanu Ohio, gdzie odbywała się konwencja. W komplecie stawiły się za to dzieci Trumpa i to ich przemówienia oceniono najwyżej. Komentatorzy byli jednak zszokowani niespotykanym poziomem nienawiści, wyrażanej zarówno na scenie, jak i wśród widowni pod adresem prezydenta Baracka Obamy oraz Clinton (skandowano m.in.: "Zamknąć ją! Zamknąć ją!"). Nie obyło się bez skandali - żona Trumpa, Melania, splagiatowała znaczny fragment przemówienia Michelle Obamy sprzed ośmiu lat, a senator Teksasu Ted Cruz, były rywal Trumpa w prawyborach, został wybuczany, bo odmówił zadeklarowania, że zagłosuje na Trumpa.

Po stronie Demokratów również nie brakowało nieprzyjemnych momentów, gdy zwolennicy Sandersa zaczęli organizować protesty na znak sprzeciwu wobec zhakowanych maili Partii Demokratycznej, z których wynikało, że partyjne elity faworyzowały Clinton w prawyborach. Część delegatów Sandersa do końca sprzeciwiała się nominowaniu Clinton, jednak podczas konwencji udało się zachować pozory zgody i jedności. Kolejni mówcy - prezydent Barack Obama, jego żona Michelle, wiceprezydent Joe Biden, były prezydent Bill Clinton - prześcigali się w pochwałach dla partyjnej kandydatki, a były burmistrz Nowego Jorku, miliarder Michael Bloomberg wytknął Trumpowi, że podaje się za zamożniejszego, niż jest. Za najważniejszą mowę konwencji uznano emocjonalne wystąpienie ojca muzułmańskiego żołnierza, który zginął w Iraku w służbie USA; mężczyzna zarzucił Trumpowi, że nie zna amerykańskiej konstytucji, która gwarantuje wolność religii.

Rozczarowali się ci, którzy myśleli, że po konwencjach kampania prezydencka skoncentruje się na programach dwojga kandydatów. Najpierw Trump wprawił w szok wszystkich, łącznie z własnym obozem, obrażając rodziców muzułmańskiego żołnierza, którzy wystąpili na konwencji Demokratów. Potem wpadkę zaliczył sztab Clinton, ukrywając przed mediami, że Demokratka zachorowała na zapalenie płuc. Choroba i tak wyszła na jaw, gdy 69-letnia Clinton zasłabła i prawie upadła po ceremonii z okazji rocznicy zamachów z 11 września 2001 roku.

Trzy prezydenckie debaty oglądała rekordowa liczba Amerykanów. W pierwszej, obejrzanej przez 80 mln osób, Clinton niemal znokautowała - przeciwnika, który - jak przyznały nawet osoby z jego otoczenia - zupełnie się nie przygotował. W drugiej oboje wdawali się w zażarte spory i wzajemnie atakowali. Trzecią debatę Trump być może wygrałby, gdyby na koniec nie odmówił zadeklarowania, że uzna wynik wyborów nawet w razie własnej przegranej.

Do samego końca kampanię, zamiast rzeczowej debaty o przyszłości USA, zdominowały przecieki i kolejne afery. "New York Times" opublikował fragment zeznania podatkowego Trumpa, z której wynikało, że przez lata nie płacił podatków federalnych, jednak prawdziwym zwrotem okazało się nagranie z 2005 roku, ujawnione przez "Washington Post", w którym Trump, używając bardzo wulgarnego języka, przechwala się obmacywaniem kobiet bez ich zgody. Trump zaprzeczył, by kiedykolwiek zachowywał się w ten sposób, ale kilkanaście kobiet publicznie oskarżyło go o napaść seksualną. Notowania republikańskiego kandydata mocno spadły, bo od Trumpa odwróciły się popierające go dotąd kobiety bez wyższego wykształcenia.

Clinton nie miała łatwiej. W ostatnich tygodniach kampanii portal WikiLeaks niemal codziennie publikował maile wykradzione ze skrzynki pocztowej szefa jej sztabu, Johna Podesty. Ujawniono m.in., że kandydatka co innego mówi publicznie, a co innego prywatnie oraz że znała wcześniej pytania, jakie padły w debacie z udziałem jej i Sandersa. Maile zdawały się też potwierdzać, że Clintonowie wykorzystywali piastowane stanowiska publiczne, by pozyskiwać znaczące darowizny na rzecz swojej fundacji, i przy okazji sami się na tym bogacili.

Być może ciekawsze od treści maili są podejrzenia, że zostały one wykradzione przez hakerów działających na zlecenie Kremla z zamiarem wpłynięcia na wynik wyborów w USA. Tak przynajmniej twierdzi sztab Clinton, który utrzymuje, że przywódca Rosji Władimir Putin wolałby, by prezydentem USA został Trump. Nie byłby to pierwszy raz, gdy Rosja próbowała mieszać się w amerykańskie wybory. W połowie października administracja USA oficjalnie oskarżyła Moskwę o hakerski atak na serwery mailowe Krajowego Komitetu Partii Demokratycznej. Putin odrzucił ten bezprecedensowy zarzut, ale o powiązaniach Trumpa z Rosją mówiło się w tej kampanii bardzo dużo, m.in. przy okazji dymisji szefa jego kampanii Paula Manaforta, który w przeszłości doradzał prorosyjskiemu prezydentowi Ukrainy Wiktorowi Janukowyczowi i miał powiązania biznesowe w Rosji. Ostatnio pojawiły się też doniesienia, że w należącym do niego drapaczu chmur Trump Tower zainstalowane były serwery do tajnej komunikacji z rosyjskim bankiem.

Na 10 dni przed wyborami wybuchła prawdziwa "bomba", która może z kolei zaszkodzić Clinton. Dyrektor FBI James Comey poinformował Kongres o wznowieniu dochodzenia w sprawie korzystania przez nią - wbrew przepisom o bezpieczeństwie - z prywatnego serwera pocztowego, gdy była sekretarzem stanu. Nawet jeśli nie było to jego intencją, Comey dostarczył Trumpowi i Republikanom amunicji do ataków na Demokratkę. Jej notowania bardzo spadły.

Na dramatycznym finiszu kampanii to Clinton znalazła się więc w defensywie i musi tłumaczyć się ze swej skrytości, sprawiającej wrażenie, że coś ukrywa. W marcu 2015 r., gdy "New York Times" napisał o aferze mailowej, część Demokratów przekonywała, że sprawa jest zbyt duża i proponowali, by zamiast Clinton partia postawiła w wyborach na wiceprezydenta Joe Bidena. Clinton postanowiła jednak zaryzykować - we wtorek okaże się, czy słusznie.

Biegunowo odmienne wizje polityki zagranicznej

W historii USA dawno nie było sytuacji, by kandydujący w wyborach prezydenckich politycy obu głównych partii tak bardzo różnili się wizją świata i stosunków międzynarodowych jak Hillary Clinton i Donald Trump.

Działania Clinton jako pierwszej damy, senatora i sekretarza stanu oraz jej wypowiedzi i publikacje sugerują, że jako prezydent zamierza prowadzić politykę zagraniczną będącą kontynuacją kursu jej poprzedników w Białym Domu w tym i minionym stuleciu. Jest to polityka umacniania interesów USA poprzez sojusze, wspierania ewolucji państw w kierunku liberalnej demokracji i stania na straży przestrzegania przez nie uzgodnionych wspólnie norm współistnienia na arenie międzynarodowej.

W swojej autobiografii "Hard Choices", opisującej jej pracę sekretarza stanu, Clinton opowiada się za użyciem smart power, czyli kombinacji siły militarnej, narzędzi gospodarczych, dyplomacji i promowania demokratycznych wartości. W Partii Demokratycznej uchodzi jednak za jastrzębia. Jako senator głosowała za inwazją na Irak, a jako szefowa dyplomacji popierała interwencję NATO w Libii i większe zaangażowanie USA w Syrii. Jest też zwolenniczką zacieśniania więzi USA z Europą, umacniania NATO i pryncypialnej polityki wobec Rosji.

Hillary będzie bardziej skłonna do +muskularnego+ podejścia do wyzwań międzynarodowych i do użycia sił zbrojnych niż prezydent (Barack) Obama. Była pierwszą damą, gdy jej mąż (Bill Clinton) zapraszał Polskę do NATO. Należy do pokolenia, które pamięta Solidarność i docenia rolę Lecha Wałęsy i innych bohaterów Europy Środkowo-Wschodniej. Jako senator konsekwentnie popierała dalsze rozszerzanie NATO. Jej atlantyckie +referencje+ są dobre, lepsze nawet niż Obamy - powiedział PAP Ian Brzezinski z waszyngtońskiego think tanku Atlantic Council.

Jako sekretarz stanu Clinton realizowała politykę resetu w stosunkach z Rosją, wytyczoną przez Biały Dom i motywowaną potrzebą współpracy z Moskwą w uchwaleniu sankcji na Iran i w tranzycie wojsk amerykańskich z Afganistanu przez Azję Środkową. Popierała jednak opozycję w Rosji w czasie demonstracji przeciw Putinowi w 2012 r., a po rosyjskiej agresji na Ukrainę porównywała ją do działań Trzeciej Rzeszy w Europie.

Retoryka Clinton w kampanii prezydenckiej niepokoi nawet ekspertów wzywających do dialogu i niezaostrzania konfliktów z Moskwą. Kandydatka Demokratów oskarżała Rosję o próby wpływania na wynik wyborów w USA, a wcześniej opowiadała się za dostawami broni na Ukrainę.

Gdyby traktować jej wypowiedzi dosłownie i na ich podstawie przewidywać przyszłą politykę w Białym Domu, USA i Rosja mogą się znaleźć w stanie poważnego, nawet zbrojnego, konfliktu. Jeżeli USA bardziej zaangażują się w wysyłanie broni na Ukrainę, Rosja na to odpowie, bo to dla niej +czerwona linia+ - mówi ekspert Matthew Rojansky z think tanku Wilson Center.

Clinton wzywała w kampanii, by w Syrii stworzyć bezpieczne strefy dla ochrony cywilów przed atakami wojsk reżimu i wspierających je rosyjskich sił powietrznych. Wymagałoby to większego zaangażowania militarnego USA niż obecnie, co naraziłoby Amerykanów na konfrontację z Rosją.

Przewiduje się, że w Azji administracja Clinton będzie kontynuowała politykę powstrzymywania Chin, których roszczenia terytorialne na zachodnim Pacyfiku zagrażają ich sąsiadom i swobodzie żeglugi. USA starają się tam zacieśnić więzi z sojusznikami, ale są w trudnej sytuacji wobec wyłamywania się ze wspólnego frontu niektórych państw, takich jak Filipiny. Sytuację komplikuje też brak poparcia w USA dla układu TPP o wolnym handlu z krajami Pacyfiku, z wyłączeniem Chin.

Osobnym wyzwaniem jest konflikt z Iranem i Koreą Północną. Jeśli wygra wybory, Clinton odziedziczy po Obamie kontrowersyjny układ z Iranem, który przyhamował jego prace nad produkcją broni nuklearnej, ale nie doprowadził do odwilży na linii Waszyngton-Teheran. Wysiłki na rzecz powstrzymania zbrojeń atomowych Korei Północnej za pomocą wysiłków dyplomatycznych lub sankcji poniosły fiasko.

Eksperci w USA są zgodni, że następnego prezydenta USA czekają wyjątkowo trudne wyzwania wobec chaosu na Bliskim Wschodzie, nieprzejednanej postawy Iranu, niestabilnej sytuacji w Azji Południowej (Afganistan, Indie i Pakistan), rosnącej asertywności Rosji i Chin, kryzysu w Unii Europejskiej i regresu demokracji na świecie. Hillary Clinton, jeśli zamieszka w Białym Domu, będzie im stawiać czoła tradycyjnymi, sprawdzonymi metodami. Jej atutem są kontakty międzynarodowe i doświadczenie - jej własne i całego establishmentu polityki zagranicznej. Jej posunięcia można przewidzieć.

Donald Trump - uważają obserwatorzy - jest nieprzewidywalny. Nie ma żadnego doświadczenia jako polityk pełniący publiczną funkcję. Głosił sprzeczne opinie - opowiadał się na przykład zarówno za, jak i przeciw wojnie w Iraku. W kampanii prezydenckiej wypowiadał się chaotycznie, niejasno i niespójnie. Debaty telewizyjne z jego udziałem potwierdziły, że łatwo go sprowokować, a jego skłonność do ulegania impulsom do natychmiastowego rewanżu nie rokuje - zdaniem krytyków - dobrze w sytuacjach konfliktów dyplomatycznych.

Z wypowiedzi Trumpa wyłania się jednak obraz jego światopoglądu i wizji ładu międzynarodowego. Od Trumpa dostajemy wyraźne sygnały, że nie rozumie on wartości NATO. Wskazywał, że nawiąże +specjalne+ stosunki z Rosją i nie sądzi, by niepodległość Ukrainy była znacząca dla żywotnych interesów wspólnoty atlantyckiej i USA. Sugerował nawet, że (prezydent Rosji Władimir) Putin miał prawo napaść i zaanektować (ukraiński) Krym - przypomina Ian Brzezinski, który jest Republikaninem.

Trump postrzega stosunki międzynarodowe w znanych mu z biznesu kategoriach transakcji finansowych. Dlatego sugerował, że amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa wynikające z przynależności do NATO uzależni od zwiększenia nakładów na zbrojenia przez zagrożone agresją kraje. Dlatego też uważa, że gwarancje dla amerykańskich sojuszników w Azji - Japonii i Korei Południowej (wojska amerykańskie w tych krajach) - kosztują USA za dużo i że kraje te mogą bronić się same, za pomocą broni jądrowej. Krytycy zwrócili mu uwagę, że zachęciłoby to inne kraje, nie tylko w Azji, do zbrojeń nuklearnych.

Trump zapowiada zwiększenie budżetu na armię i jej wzmocnienie, zgodnie z zasadą pokój przez siłę. Obóz republikańskiego kandydata powołuje się tu na prezydenta Theodore'a Roosevelta, architekta globalnej ekspansji USA. Zapowiada też zniszczenie dżihadystycznej organizacji Państwo Islamskie (IS), choć nie podaje, w jaki sposób skłonny byłby to zrobić. Niektórzy podejrzewają, że byłby gotów do nalotów dywanowych na terytoria kontrolowane przez IS. Oznaczałoby to jednak niezliczone ofiary wśród ludności cywilnej i zaostrzenie konfliktu Zachodu ze światem islamu.

Obojętność Trumpa na kwestię przestrzegania praw człowieka, podziw dla Putina i innych autorytarnych przywódców oraz podkreślanie, że USA powinny zrezygnować z nation building, czyli pomocy państwom upadłym w odbudowie ich instytucji, wskazują, że kandydat Republikanów chce zerwać z dotychczasowymi zasadami amerykańskiej polityki zagranicznej. Zasady te nakazywały wspieranie sił demokratycznych na całym świecie w przekonaniu, że kraje, których ustrój upodabnia się do modelu amerykańskiego, będą prowadziły pokojową politykę przyjazną wobec USA.

Podważanie przez Trumpa sojuszy USA, z sojuszem z NATO na czele, kwestionowanie ładu międzynarodowego opartego na wielostronnej współpracy i otwieraniu granic oraz postrzeganie interesów USA w wąskich, nacjonalistycznych kategoriach oznaczałoby wyrzeczenie się przez USA przywódczej roli na świecie. Jak zauważają eksperci, zbliża to republikańskiego kandydata do amerykańskich izolacjonistów z lat 30. ubiegłego wieku i nie przysparza mu popularności wśród przywódców krajów demokratycznych.

Z Waszyngtonu Inga Czerny (PAP)

icz/ akl/ ala/ tzal/

Źródło:PAP
Tematy
Nawet 6 miesięcy za 0 złotych
Nawet 6 miesięcy za 0 złotych

Komentarze (16)

dodaj komentarz
~zyta
A za te wszystkie"bezstronne"komentarze/poniżej/płaci niejaki władimirowicz.
~hehehe
Kampania gorzka - jak "cygaro" Clintona u Moniki Levinski :)
~mama-clintona
Monika mówiła że Clinton jadł dużo winogron i jego nasienie było słodkie.
~mande2
Ciekawe ile bankier dostał kasy za ten artykuł...
~Rafik
Oczywiście po raz kolejny artykuł opublikowany na stronie www.bankier.pl opatrzony jest pewnymi słowami, które maja nakierować czytelnika na "właściwe" myślenie. Innymi słowy Pani Clinton dobra a ten Trump zły... Ale ludzie nie ślą głupi i widzą i słyszą co sie dzieje w stanach i nie tak łatwo juz zmanipulować Oczywiście po raz kolejny artykuł opublikowany na stronie www.bankier.pl opatrzony jest pewnymi słowami, które maja nakierować czytelnika na "właściwe" myślenie. Innymi słowy Pani Clinton dobra a ten Trump zły... Ale ludzie nie ślą głupi i widzą i słyszą co sie dzieje w stanach i nie tak łatwo juz zmanipulować czytelnikow.
~Adamek
:( zmarnowalem pare minut na czytanie tyh propagandowych bredni. 1984 sie zbliza...
~agogo
Udupiona Europa nie wyjdzie już pewnie z błędnego koła nielegalnej imigracji, wysokich podatków i plaszczenia się przed krajami 3-go świata co wyraża się w masowym odstepowaniu im naszych miejsc pracy. I to samo lewicowe elity i media chcą zrobić Stanom Zjednoczonym. Przyjdzie kiedyś i nas was czas, Udupiona Europa nie wyjdzie już pewnie z błędnego koła nielegalnej imigracji, wysokich podatków i plaszczenia się przed krajami 3-go świata co wyraża się w masowym odstepowaniu im naszych miejsc pracy. I to samo lewicowe elity i media chcą zrobić Stanom Zjednoczonym. Przyjdzie kiedyś i nas was czas, Towarzysze.
~Adam
Pani Inga Czerny często przytaczana na łamach bankiera na twiterze aż kipi sympatią do cioci Clinton. Naciągany w jedną stronę artykuł pokazuje prawdziwe oblicze pseudo dziennikarskiej profesji. Niestety na łachmanach bankiera coraz więcej tej ideologii. Bankierze nie idź tą drogą.
~Ama
O ile początek artykułu jeszcze można było uznać jako tako obiektywny tak końcówka to cytowanie liberalnych mediów i ich ekspertów z USA.

Piękne słówka i pisanie co chcieliby zrobić kandydaci zamiast analizy jakie faktycznie skutki przyniosą ich działania.

Słaby artykuł. Bardzo mocno odczuwalne sympatie polityczne autora
O ile początek artykułu jeszcze można było uznać jako tako obiektywny tak końcówka to cytowanie liberalnych mediów i ich ekspertów z USA.

Piękne słówka i pisanie co chcieliby zrobić kandydaci zamiast analizy jakie faktycznie skutki przyniosą ich działania.

Słaby artykuł. Bardzo mocno odczuwalne sympatie polityczne autora do Pani Clinton.
~adam239
kolejne komunistyczne brednie.

Powiązane: Wybory w USA

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki