
Image licensed by Ingram Image
Obecnie wyroki wydawane w zawieszeniu stanowią 60% wszystkich wydawanych przez polskie sądy. Teoretycznie to surowa kara, jednak bardzo popularna, wręcz wydawana z automatu za niektóre przestępstwa, np. posiadanie marihuany. W praktyce, o ile nie popełnimy w czasie zawieszenia innego przestępstwa, wyrok taki nie ma większego znaczenia. Z drugiej strony w Polsce nie ma tylu miejsc w więzieniach, aby każdego przestępcę można było umieścić za kratami. W jednostkach penitencjarnych przebywa obecnie ponad 84 tys. ludzi, obłożenie sięga prawie 100%.
Pomysł, by za pewne uczynki niezgodne z prawem karać inaczej niż więzieniem to ciekawe i pożądane rozwiązanie. Przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, grzywna, czyli kara finansowa, będzie miała rzeczywisty, bolesny dla portfela wymiar. Co prawda nie dla każdego - biednego zaboli grzywna w wysokości 500 zł. Bogatego lepiej wysłać na obowiązkowe prace społeczne. Po drugie - pieniądze z grzywien to dobry sposób na podreperowanie budżetu.
Kolejna fala deregulacji zawodów
W pierwszej kolejności resort zajął się likwidacją barier w dostępie do takich zawodów jak pośrednik w handlu nieruchomościami, trener, detektyw, geodeta, adwokat. Niestety nie udało się zlikwidować licencji taksówkarzy. Deregulacja nie jest wolna od wad, ale w ogólnym rozrachunku oceniana jest raczej pozytywnie.
| »Co nam obiecuje rząd Donalda Tuska? |
Następna deregulacja zawodów ma objąć m.in. doradców podatkowych i maklerów giełdowych. Pomysł jest dobry, ale powinno oceniać się wykonanie. Wg szacunków resortu uwolnienie zawodów pozwoli na stworzenie ponad 100 tys. nowych miejsc pracy, zwiększy konkurencyjność oraz obniży koszty wykonywanych usług. Jednak pozostają wątpliwości, czy przypadkiem resort nie działa zbyt pochopnie. Duże ustawy mają spektakularny charakter. Niestety czasami są niedopracowane, pełne błędów i nieścisłości, które w ostatecznym rozrachunku stają się źródłem dochodu dla wszelkiej maści oszustów. Stopniowe uwalnianie zawodów może zostać niezauważone w sondażach.
Amerykanizacja sądów
To pomysł rodem z Hollywood, który niewiele wspólnego ma z amerykańskimi bajkami o triumfie sprawiedliwości. Rozprawa za oceanem to teatr, gdzie główną rolę odgrywa obrońca i oskarżyciel, spektakl reżyseruje sędzia, a rolę publiczności oceniającej wystąpienie przyjmuje ława przysięgłych. W Polsce nigdy tak nie będzie. Ministrowi chodzi raczej o niuanse, które mają odciążyć sędziów od obowiązku gromadzenia materiału procesowego. Strony mają „walczyć” ze sobą, co zmusi zarówno obrońcę, jak i prokuratora do bardziej czynnego udziału w procesie.
| »Iluzja premiera Tuska, czyli rząd wyciąga miliardy z kapelusza |
Zwolnienia to najbardziej drażliwy temat. Dwa tysiące osób ma stracić pracę. Wbrew pozorom to dużo. Jednak nie oznacza to zmniejszenia kosztów. Jeden urzędnik zastąpi drugiego. Nowy zawód asystenta sędziego to tak zastąpienie jednego etatu drugim. Nie zdziwiłbym się, gdyby został on szybko objęty regulacjami, które za kilka lat resort triumfalnie zlikwiduje.
Obetniemy wam głowy
Zwolnienia nie przynoszą chwały. Powodują opór i mogą prowadzić do paraliżu w wielu sądach. Cel ambitny, ale nie zostanie zrealizowany. Urzędnicy raczej zachowają etaty. Minister sprawiedliwości to polityk, który wie jak przeprowadzać trudne reformy. Środowisko będzie w takim szoku lakoniczną wiadomością o zwolnieniach, że skupi się tylko na tym. Resort sprawiedliwości spokojnie przeprowadzi wszystkie zmiany dotyczące funkcjonowania sądów, a na koniec „odpuści” zwolnienia. Coś na zasadzie – „odbierzemy wam majątki i obetniemy głowy. Jak to głowy? Nie, prosimy. Dobrze, to odbierzemy wam tylko majątki. Hurra!”
Łukasz Piechowiak
Bankier.pl


























































