REKLAMA

Chiński skok na kasę

Maciej Kalwasiński2020-10-14 09:20analityk Bankier.pl
publikacja
2020-10-14 09:20
fot. The_Molostock / Shutterstock

Pekin coraz szerzej otwiera drzwi przed zagranicznymi inwestorami, a ci nie wahają się skorzystać z zaproszenia. Wygłodniali spekulanci ostrzą sobie zęby na większy kawałek ogromnego tortu, ale chińskie władze zachowują rozwagę i zapewniają, że nie poświęcą "finansowej suwerenności" kraju w imię zastrzyku kapitału. Czy Chiny sparzą się gorącym pieniądzem?

Jeszcze kilka lat temu Pekin za nic miał naciski świata finansjery i zazdrośnie strzegł dostępu do chińskiego rynku finansowego. Za murami Zhongnanhai – siedziby partyjnej centrali oraz mniej istotnego rządu – dominowały obawy przed spekulantami błyskawicznie przemieszczającymi kapitał w poszukiwaniu zysku, przy okazji destabilizującymi słabo rozwinięte rynki finansowe. Zagraniczni inwestorzy byli ograniczani limitami kwotowymi oraz restrykcyjnymi wymaganiami licencyjnymi.

Wraz ze zwalniającym wzrostem i zmieniającą się strukturą chińskiej gospodarki, rosnącą globalną rolą i ambicjami politycznymi Pekinu oraz pogłębianiem krajowego rynku finansowego chińskie władze przychylniejszym okiem patrzyły na „obcy” kapitał. I to nie tylko ten przeznaczany na budowę kolejnych zakładów produkcyjnych, ale i lokowany w aktywach finansowych.

Bezpośrednim bodźcem do szerszego otwarcia drzwi przed zagranicznymi inwestorami i ich walizkami dolarów była gwałtowna ucieczka kapitału z Państwa Środka w latach 2015-16, będąca pokłosiem niewielkiej, ale niespodziewanej dewaluacji juana przez bank centralny. W lipcu 2017 r. uruchomiono połączenie, dzięki któremu w Hongkongu można kupować chińskie obligacje. Od tamtej pory zaangażowanie zagranicznych inwestorów na rynku za Murem stopniowo rośnie, a władze stopniowo ułatwiają im zakup i sprzedaż (oraz repatriację środków) papierów wartościowych.

Gra w czerwone

Ostatnie miesiące przyniosły skokowy wzrost zainteresowania „czerwonymi” papierami. Tylko we wrześniu zagraniczni inwestorzy zwiększyli swój stan posiadania chińskich obligacji denominowanych w renminbi o 137,5 mld juanów (ok. 20 mld dol.) – wynika z danych China Central Depository & Clearing i Shanghai Clearing House. Był to drugi najwyższy – po majowym – wynik w historii. Tylko w ciągu poprzednich pięciu miesięcy ekspozycja „zagranicy” na chiński dług zwiększyła się o 630 mld juanów – trzykrotnie więcej niż w całym ubiegłym roku. Perspektywy również są pozytywne.

/ Bankier.pl na podstawie China Bond Connect

Kapitał płynie za Mur szerokim strumieniem z kilku powodów. Przede wszystkim spekulanci ostrzą sobie zęby na relatywnie wysokie zyski. Ludowy Bank Chin, w przeciwieństwie choćby do Fedu, nie zdecydował się na stanowcze cięcie stóp proc. w obliczu pandemii koronawirusa.

W efekcie rentowność chińskich obligacji stała się wyraźnie wyższa niż amerykańskich – w przypadku rządowych „dziesięciolatek” wynosi ok. 3,2 proc. wobec nieco ponad 0,7 proc. A jeszcze pod koniec ubiegłego roku różnica sięgała nie 250, a ok. 120 punktów bazowych. Dwa lata temu wynosiła niespełna 40 pb.

/ Bloomberg

Inwestujący w chińskie obligacje mogą też z optymizmem spoglądać w przyszłość. Relatywnie dobra kondycja gospodarcza Państwa Środka i jasny przekaz z Pekinu sugerują, że bank centralny nie będzie łagodził polityki monetarnej, a przynajmniej nie przy pomocy zdecydowanej obniżki stóp procentowych.

Póki w wojenne bębny nie zacznie znów bić Donald Trump (albo inny amerykański prezydent), stabilny, a nawet nieco zyskujący, powinien być juan. Spread między rentownością chińskiego i amerykańskiego długu jest zresztą tak duży, że nawet po zahedgowaniu (w obawie przed niekorzystną zmianą kursu) da się sporo zarobić.

Okazji za Murem szukają nie tylko wygłodniali aktywni inwestorzy. W ostatnich latach chiński dług publiczny jest dodawany do największych globalnych indeksów obligacji. Ten krok mają już za sobą JPMorgan oraz Barclays, we wrześniu zielone światło dał również FTSE Russell. „Czerwone” obligacje są w efekcie nabywane przez inwestorów instytucjonalnych zarządzających funduszami pasywnymi, dla których indeksy te są punktem odniesienia.

Według szacunków Morgan Stanley decyzja FTSE Russell poskutkuje zakupami papierów rządowych ChRL w wysokości od 60 do 90 mld dol. Goldman Sachs mówi nawet o 140 mld dol. Analitycy spodziewają się, że do 2030 r. zagraniczni inwestorzy będą rocznie lokować od 80 do 120 mld dol. w chińskie obligacje skarbowe.

Wśród zalet „czerwonych” obligacji warto również wymienić gwarantowaną przez nie dywersyfikację portfela inwestycyjnego.

Juan dla zuchwałych

Inwestujący w chińskie papiery dłużne zdają sobie jednak sprawę z licznych wad tamtejszego rynku. Przede wszystkim mogą się obawiać, że pewnego dnia Pekin zmieni zdanie i ponownie zdewaluuje juana lub ograniczy możliwość wycofania kapitału zza Muru. Władze ChRL mogą się zdecydować na taki krok choćby w obliczu destabilizacji krajowego rynku finansowego czy w odpowiedzi na agresywne działania Białego Domu.

Obecnie fundamentalnym problemem inwestorów jest niska płynność na rynku, przekładająca się na wyższe koszty transakcyjne. Chińskie banki zazwyczaj trzymają bowiem obligacje rządowe aż do terminu wykupu. Jeszcze mniej płynny jest rynek obligacji korporacyjnych. Ma on zresztą więcej poważnych wad, m.in. wątpliwe standardy rachunkowe firm czy nieadekwatne oceny miejscowych agencji ratingowych, dlatego zagraniczny kapitał wciąż trzyma się od nich z daleka.

Poza tym „zagranica” wciąż ma ograniczony dostęp do powszechnych na rozwiniętych rynkach instrumentów pochodnych czy operacji repo.

Chiny sparzą się gorącym pieniądzem?

Swoje obawy przed obcym kapitałem ma Pekin. Chińskie władze co prawda chcą i potrzebują większej obecności zagranicznych inwestorów na lokalnym rynku, ale boją się utraty kontroli i destabilizacji krajowych finansów. Pozyskane w ten sposób dewizy Chiny mogą przeznaczyć m.in. na sfinansowanie importu, inwestycji zagranicznych czy budowę poduszki bezpieczeństwa. Poszerzanie dostępu do chińskiego rynku długu jest również krokiem w kierunku przejścia na rozliczenia juanowe w handlu międzynarodowym.

Coraz szersza fala środków płynie nie tylko na rynek obligacji, ale również do innych aktywów, m.in. na chińską giełdę. Z danych Ludowego Banku Chin wynika, że na koniec czerwca w rękach inwestorów spoza Państwa Środka były aktywa denominowane w renminbi o łącznej wartości ponad 7 bln juanów, czyli ok. biliona dolarów. To niemal dwukrotnie więcej niż trzy lata wcześniej.

/ Bankier.pl na podstawie danych Ludowego Banku Chin

A zagraniczny kapitał portfelowy jest z natury bardziej „ruchliwy” niż krajowy. „Gorący pieniądz” gwałtownie reaguje na zmiany zachodzące na globalnych rynkach finansowych i jest gotowy uciec jeszcze szybciej, niż się pojawił.

Póki co nie ma takiego zagrożenia – udział „zagranicy” tak w całym chińskim rynku długu, jak i w samych papierach rządowych czy na giełdzie pozostaje niski, raptem kilkuprocentowy. Jednak jeśli zaangażowanie obcokrajowców będzie dalej rosło tak szybko jak w ostatnich miesiącach, za kilka lat sytuacja może być diametralnie inna.

Dlatego Pekin już teraz dmucha na zimne. Szef banku centralnego Yi Gang zapewnia, że „PBOC wzmacnia system monitorowania transgraniczny przepływ kapitału, by zapobiec transmisji ryzyk finansowych”, a szef bankowego nadzoru i członek komitetu centralnego KPCh Guo Shuqing podkreśla, że władze będą coraz szerzej otwierać drzwi do rynku finansowego, ale nie kosztem „finansowej suwerenności”. Na razie „gorący pieniądz” chłodzą wysokie rentowności i niska ekspozycja na chiński rynek.

Napływ środków na rynek finansowy jest jednym z elementów napędzających umocnienie juana. A to w ostatnim czasie było zdaniem Pekinu nieco zbyt dynamiczne, dlatego podjęto (skuteczne) działania, by aprecjację wyhamować. „Zagranica” może również wspierać inflację czy narastanie baniek na lokalnych rynkach, ale akurat w przypadku Chin mieszkańcy doskonale radzą z tym sobie sami, a rola obcego kapitału jest marginalna.

Niemożliwa trójca

Szersze otwarcie na zagranicznych inwestorów ma również konsekwencje dla krajowej polityki monetarnej. Zgodnie z modelem Mundella-Fleminga – zwanym niemożliwą trójcą (ang. impossible trinity) – państwo pozwalające na transgraniczny przepływ kapitału nie może równocześnie utrzymywać stałego kursu walutowego i prowadzić niezależnej polityki monetarnej.

Chiny radzą sobie z tym ograniczeniem poprzez kontrolę przepływów kapitału i sterowanie kursem walutowym. Ale i tak odbija się to na polityce monetarnej, która nie jest w pełni niezależna: napływ środków z zagranicy wspiera luzowanie, a odpływ zacieśnianie. Większa rola zagranicznego kapitału oznacza mniejszą kontrolę nad kursem walutowym bądź polityką monetarną.

Partia komunistyczna od lat stara się pogodzić reformę ze stabilnością, a jej nadrzędnym celem pozostaje utrzymanie kontroli nad Państwem Środka. Dlatego nie ma co liczyć na całkowite otwarcie Chin na swobodne przepływy kapitału. Zagraniczni inwestorzy muszą się z tym pogodzić. Na pocieszenie Pekin daje im nieźle zarobić.

Źródło:
Maciej Kalwasiński
Maciej Kalwasiński
analityk Bankier.pl

Analityk i redaktor prowadzący Bankier.pl. Doktorant na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu. Zajmuje się międzynarodowymi stosunkami gospodarczymi, ze szczególną uwagą analizuje sytuację gospodarczą Chin. Dba, by Bankier.pl pozostawał źródłem najważniejszych i najbardziej interesujących informacji ze świata i Polski, przedstawionych w przystępny i zrozumiały sposób.

Tematy
Zapytaj eksperta o kredyt hipoteczny

Zapytaj eksperta o kredyt hipoteczny

Komentarze (1)

dodaj komentarz
jas2
Zawsze aktualne:
"Cóż tam, panie, w polityce?
Chińcyki trzymają się mocno!?"

Powiązane: Chiny - Analizy i komentarze

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki