Zgoda Komisji Europejskiej na pomoc dla elektrowni w Choczewie to ważny sygnał dla polskiej energetyki. Kluczowe będą jednak negocjacje z amerykańskim konsorcjum oraz skuteczny udział polskich firm, które mogą zadecydować o realnym wpływie inwestycji na rozwój naszej gospodarki.


Zgoda Komisji Europejskiej na udzielenie pomocy publicznej dla elektrowni jądrowej w Choczewie to doskonała wiadomość dla polskiej energetyki. To także namacalny dowód na to, że projekt nabiera realnych kształtów i wyraźnie przyspiesza. Jednak sukces na jednym froncie oznacza początek rozgrywki na innym, równie istotnym.
Polska ma teraz zaledwie kilka miesięcy na wynegocjowanie z amerykańskim konsorcjum Westinghouse–Bechtel zasad udziału polskich firm w budowie elektrowni, czyli tzw. local content. Okno możliwości zamknie się wraz z podpisaniem finalnej umowy EPC – dokumentu, który będzie swoistą „konstytucją” inwestycji wartej niemal 200 miliardów złotych. To ona określi, kto i na jakich zasadach będzie odpowiadał za realizację projektu.
Zgodnie z zapowiedziami rządu, umowa EPC ma zostać podpisana do końca II kwartału 2026 roku, więc czasu jest naprawdę niewiele. Bez odpowiednich zapisów nie uda się osiągnąć satysfakcjonującego poziomu „local content”, który jest regularnie zapowiadany przez polityków jako jeden z kluczowych celów programu jądrowego. Chodzi o to, by wypracować z partnerami amerykańskimi mechanizmy, które zachęcą ich do ścisłej współpracy z polskimi firmami, zapewnią transfer know-how i pozwolą, by jak największa część środków z budowy elektrowni jądrowej pozostała w kraju.
Niestety, nic nie wskazuje na to, że Polska zdołała wypracować w tych rozmowach przewagę negocjacyjną. Wręcz przeciwnie, można wskazać kilka argumentów sugerujących, że znajduje się w głębokiej defensywie.
Rzeczywistość daleka od ideału
W idealnym modelu to polskie instytucje publiczne powinny pełnić rolę gospodarza projektu w Choczewie, w pełnym tego słowa znaczeniu. Powinny narzucać swoim amerykańskim zleceniobiorcom własną perspektywę i walczyć o zapisy zabezpieczające interesy polskiej gospodarki. Tymczasem rzeczywistość może być daleka od ideału.
Istnieje poważne ryzyko, że słabości instytucjonalne państwa polskiego zostaną wykorzystane przez Amerykanów, dla których projekt elektrowni jądrowej w Polsce to przede wszystkim przedsięwzięcie czysto biznesowe. W tym ujęciu korzyści dla polskiej gospodarki mają znaczenie drugorzędne, o ile w ogóle jakiekolwiek.
W najgorszym scenariuszu większość środków przeznaczonych na budowę elektrowni wypłynie za granicę, a polskie firmy nie zdobędą kompetencji, które mogłyby stać się impulsem do ich rozwoju i ekspansji na rynki ościenne. A przecież jako kraj dysponujemy bardzo solidnym dorobkiem inżynierskim. Od kilkunastu lat jesteśmy największym placem budowy w Europie.
Posiadamy mocne kompetencje w realizacji dużych inwestycji energetycznych i przemysłowych, które zasługują na najwyższe uznanie. Nie powinniśmy postrzegać siebie jako partnera drugiej kategorii, który musi bezdyskusyjnie akceptować wszystkie warunki i rekomendacje strony amerykańskiej, nawet jeśli budujemy elektrownię jądrową po raz pierwszy.
Oczywiście, należy być otwartym na sugestie partnera, który dysponuje ogromnym doświadczeniem w tym obszarze. Ale równocześnie trzeba stanowczo i asertywnie reagować na próby jednostronnego forsowania jego interesów.
Błąd popełniony na początku
Niekorzystna dla Polski sytuacja, która zarysowuje się dziś na etapie negocjacji umowy EPC z Amerykanami, może wynikać, między innymi, z fundamentalnego błędu popełnionego na starcie całej inwestycji. Kilka lat temu polski rząd najpierw wskazał wykonawcę i dostawcę technologii dla projektu w Choczewie, a dopiero później przystąpił do negocjacji.
Tę niekorzystną sekwencję decyzji pogłębiają wady systemowe naszej administracji publicznej. W ostatnich latach przez program energetyki jądrowej przewinęło się kilku pełnomocników rządu oraz kilka zarządów spółki PEJ – podmiotu bezpośrednio odpowiedzialnego za realizację inwestycji. Choć obecnie sytuacja powoli się stabilizuje, to do osiągnięcia pełnej gotowości operacyjnej wszystkich instytucji potrzeba jeszcze czasu. Tymczasem właśnie tego czasu zaczyna dramatycznie brakować.
Równocześnie konieczna jest ścisła koordynacja setek osób pracujących na wielu poziomach, a to w polskich realiach polityczno-instytucjonalnych zawsze stanowi ogromne wyzwanie. Do tego dochodzi pokusa uległości wobec strony amerykańskiej, zwłaszcza w świetle opublikowanej kilka dni temu Narodowej Strategii Bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. Dokument ten sugeruje, że Waszyngton zamierza wzmacniać sojusze wyłącznie z tymi krajami europejskimi, które utrzymają korzystne dla USA relacje handlowe. Niewykluczone, że polska administracja zbyt łatwo ulegnie tej presji.
Odpowiednie podejście może ochronić interesy polskich firm
Ponadto, trudno skutecznie chronić interesy polskiego biznesu, jeśli samo państwo nie ma jasności, które podmioty chce wspierać i w jaki sposób. Dopiero niedawno na szczeblu centralnym rozpoczęto prace nad zdefiniowaniem pojęć „podmiot krajowy” oraz „local content”. I wiele wskazuje na to, że do ich sfinalizowania wciąż daleka droga.
Istnieje poważne ryzyko, że zanim zapadną konstruktywne ustalenia, w działania państwa wkradnie się chaos. Widać to wyraźnie na konkretnym przykładzie: rolę lidera w zakresie „local content” przejęło Ministerstwo Aktywów Państwowych, podczas gdy polityczny nadzór nad energetyką jądrową sprawuje Ministerstwo Energii. Jakby tego było mało, własne zespoły robocze ds. „local content” powołują również spółki państwowe, w tym PEJ, jako główny inwestor elektrowni w Choczewie.
Nie sugeruję, że polskim urzędnikom brakuje woli wspierania krajowych firm. Jednak ich determinacja i skuteczność pozostają w dużej mierze funkcją obowiązującej kultury realizacji inwestycji publicznych. A w niej idea patriotyzmu gospodarczego przez lata była pojęciem zupełnie obcym.
Odpowiednie podejście dopiero się kształtuje, podczas gdy państwo już teraz musi przejść chrzest bojowy, mierząc się z negocjacjami kluczowych zapisów umowy EPC z Amerykanami, w których nie dysponuje silną pozycją wyjściową.
Amerykanie przedłożą własne interesy nad te polskie
Co ciekawe, spółka PEJ deklaruje, że widzi siebie w roli „aktywnego inwestora”, uważnie monitorującego i ingerującego w łańcuchy dostaw konsorcjum Westinghouse–Bechtel. Gdyby rzeczywiście tak było, Amerykanie nie próbowaliby forsować własnego modelu realizacji inwestycji, który – co zrozumiałe – starają się ukształtować w sposób maksymalnie korzystny dla siebie.
Dla przykładu: znacznie łatwiej byłoby im rozstrzygać potencjalne spory z polskimi firmami przed sądami podlegającymi jurysdykcji anglosaskiej niż przed sądami polskimi, albo całkowicie wyłączyć możliwość ingerencji strony polskiej w procesy zakupowe realizowane poza terytorium Polski.
Nie ulega wątpliwości, że Amerykanie będą konsekwentnie forsować własne interesy, dopóki państwo polskie nie postawi wyraźnych granic. Dlatego tak istotne jest, aby „aktywny inwestor” potrafił stanowczo zabezpieczać interes polskiego biznesu, przy jednoczesnym poszanowaniu imponującego doświadczenia amerykańskiego partnera w budowie elektrowni jądrowych na świecie.
Moim zdaniem, mimo presji czasowej, spółka PEJ powinna wyraźnie wzmocnić swoje działania w tym zakresie – i to w ścisłej współpracy z Ministerstwem Energii, które również nie może pozostawać bierne. W przeciwnym razie udział krajowych firm w budowie elektrowni w Choczewie może okazać się znacznie mniejszy, niż powszechnie się oczekuje. A na to nie możemy sobie pozwolić.
Dr Damian Kaźmierczak, wiceprezes PZPB

























































