Miał być Rejestr Usług Medycznych (RUM) pierwszej generacji, ale nie zdążył się narodzić, bo wyparło go rozwiązanie drugiej generacji. W międzyczasie zmieniono prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia i to, co wymyślił odchodzący, tego wcale nie musiał realizować nowy szef NFZ. A tak po prawdzie to idea Rejestru Usług Medycznych – takiej czy siakiej generacji – jest jak najbardziej słusznym rozwiązaniem. Przy czym jak na razie jawi się ów rejestr bardziej jako idea niż (urzeczywistnione) rozwiązanie.
Wspomnienia z przeszłości
„Opierając się na doświadczeniach Śląskiej Kasy Chorych, Narodowy Fundusz Zdrowia rozpoczął realizację projektu wdrożenia Rejestru Usług Medycznych II generacji (RUM II). Poprzez identyfikację świadczeniobiorcy umożliwi on dokładne rozliczanie zakontraktowanych świadczeń medycznych oraz usprawni kontrolę ich realizacji. Dzięki wprowadzanemu systemowi RUM II świadczeniodawcy zyskają narzędzie usprawniające tworzenie dokumentacji medycznej i sprawozdawczej, a osoby ubezpieczone – szybkie potwierdzenie jego prawa do świadczeń przy pomocy karty elektronicznej...”.
To cytat ze strony internetowej NFZ.
„Wprowadzeniem w życie i prawidłową realizacją założeń systemu informatycznego RUM II zajmuje się nowo powstały Wydział Rejestru Usług Medycznych, utworzony w Departamencie Informatyki Centrali NFZ. Priorytetowym zadaniem realizowanym przez tę komórkę jest przygotowanie zmian i aktualizacja stanu prawnego dotyczącego wdrożenia Rejestru Usług Medycznych II generacji (RUM II) oraz dystrybucji i obsługi Karty Ubezpieczenia Zdrowotnego (KUZ)...”.
To też cytat z witryny Funduszu.
I to także eksponowane jest w zasobach www NFZ:
„Realizacja całej pierwszej fazy rozpoczętego projektu powinna zakończyć się w pierwszym kwartale 2008 roku, a pierwsze karty zostaną wydane w połowie przyszłego roku. Zakończenie wdrażania całego projektu RUM II planowane jest w ciągu najbliższych 18 miesięcy”.
Niech resort wybierze
Jak Państwo dostrzegacie, i nie trzeba być biegłym w informatyce medycznej, powyższe informacje brzmią dziś jak bajki albo niespełnione proroctwa.
– Komunikat, który pan zacytował, powstał jeszcze w czasie, kiedy prezesem NFZ był pan Andrzej Sośnierz i dziś jest materiałem archiwalnym – tłumaczy Edyta Grabowska-Woźniak, rzecznik Funduszu. – Prezes Jacek Paszkiewicz pełni swoją funkcję od początku grudnia 2007 roku, zastał prace nad RUM-em w postaci koncepcji rozwoju systemu. To ok. 20 stron tekstu, również dostępnych na naszej witrynie internetowej, zawierających bardzo ogólne sformułowania. One z pewnością nie mogą być podstawą do wdrażania systemu ani też ogłaszania przetargów na zakup – na przykład – oprogramowania czy kart.
Wychodzi na to, że prezes Sośnierz – którego konikiem była informatyzacja funkcjonowania NFZ – zostawił po sobie ogólne wytyczne. I gdyby nawet PiS nie stracił władzy, a Sośnierz posady prezesa NFZ, to cytowane z początku prognozy takimi by tylko pozostały. – W grudniu 2007 roku prezes Jacek Paszkiewicz przedstawił Ministerstwu Zdrowia kilka koncepcji rozwoju RUM-u i zwrócił się do resortu z prośbą o wybranie modelu, który będzie kompatybilny z innymi reformami planowanymi w ochronie zdrowia – wyjaśnia pani rzecznik. – Na razie resort nie wybrał modelu rozwoju RUM-u. Prezes Paszkiewicz jest zwolennikiem wprowadzania systemu RUM, jednak należy to zrobić w formie, która sprawdzi się również w sytuacji funkcjonowania kilku instytucji ubezpieczeniowych.
Jest przedmiotem prac
Co z tym RUM-em? – zapytaliśmy rzecznika prasowego Ministerstwa Zdrowia. Zapytaliśmy, bo widzimy, że w kraju kroją się reformy systemu ochrony zdrowia na miarę tak przełomową, jak te wprowadzane z końcem wieku przez rząd Jerzego Buzka i bez funkcjonującego narzędzia informatycznej analizy, jakim jest Rejestr Usług Medycznych, to z tą sanacją systemu różnie może być... Jakub Gołąb odpowiedział Rynkowi Zdrowia obficie i wyczerpująco. Czy również i tak, że zaspokojona została ciekawość tych, którzy zainteresowani są urealnieniem idei RUM-u w warunkach polskich? To pozostawiamy Państwa ocenie...
A zatem rzecznik Ministerstwa Zdrowia zapodał nam na piśmie, co następuje:
„Problem zdecydowanych zmian w systemie informacji medycznej obejmujących m.in. pełne wprowadzenie Rejestru Usług Medycznych, tzn. wprowadzenie systemu dotyczącego nie tylko rozliczania usług, ale obejmującego pełny zakres rejestracji i wykorzystania informacji, jest po raz pierwszy od wielu lat bliski rozwiązania...”.
Stop, na moment. Z informacji rzeczniczki NFZ („na razie resort nie wybrał jeszcze modelu rozwoju RUM-u”) nie wynika, by nigdy nie było tak blisko, by słowo ciałem się stało. Pozwólmy jednak kontynuować rzecznikowi ministerstwa:
„Wprowadzenie jednolitego systemu informacji medycznej jest przedmiotem prac prowadzonych w Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia oraz Narodowym Funduszu Zdrowia. Przygotowany został już projekt ustawy o systemie informacji w ochronie zdrowia, który tworzy ramy prawne m.in. do wprowadzenia w pełnym zakresie Rejestru Usług Medycznych. Projekt został zaakceptowany przez Komitet Rady Ministrów ds. Informatyki i Łączności.
Główne zadanie dla projektu informatyzacji ochrony zdrowia, Elektroniczna Platforma Gromadzenia Analizy i Udostępniania Zasobów Cyfrowych o Zdarzeniach Medycznych, zostało ujęte w „Planie Informatyzacji Państwa na lata 2007-13” oraz znajduje się na nowej liście projektów kluczowych dla Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka.
Celem projektu jest umożliwienie organom publicznym, w tym administracji państwowej i samorządowej, przedsiębiorcom (są to m.in. Zakłady Opieki Zdrowotnej, apteki, praktyki lekarskiej) i obywatelom gromadzenie, analizę i udostępnianie zasobów cyfrowych o Zdarzeniach Medycznych. Ogółem w latach 2007-13 przewiduje się wydanie na ten cel równowartości 200 mln euro...”.
Stop. Przypomnijmy, że Rada Narodowego Funduszu Zdrowia uchwałą z 31 maja 2007 r. przyjęła dokument „Strategia wykorzystania zasobów informacyjnych przez NFZ oraz kierunki rozwoju systemu informatycznego na lata 2007-2010”. Teraz RUM jest cząstką, ważną – a jakże, ale cząstką generalnego planu informatyzacji Rzeczpospolitej z terminem realizacji do 2013 r. Wychodzi na to, że projekt pod nazwą RUM (nie wspominając już o Elektronicznej Recepcie) stracił swoją autonomię. Być może to dobrze, być może to źle. Tak czy inaczej: zastanawiające i skłaniające do refleksji.
Dalej Jakub Gołąb informuje, że:
„Studium wykonalności projektu, zawierające także Rejestr Usług Medycznych, powstaje w wyniku konkursu ogłoszonego na jego opracowanie przez Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia. Obecnie trwają końcowe prace nad przygotowaniem studium, które będzie uwzględniać warunki przyjęte dla takich projektów przez Komisję Europejską. Wyłoniony zwycięzca konkursu uwzględni uwarunkowania prawne polskie i unijne oraz wyniki kluczowych opracowań dla informatyki medycznej w Polsce”.
Nowe ma być lepsze
Zwracamy uwagę, w wypowiedzi rzecznika MZ, na sformułowanie „studium wykonalności projektu (...) powstaje w wyniku konkursu”. Wcześniej Ministerstwo Zdrowia chwali się, że tak blisko rozwiązania problemu RUM-u to dotychczas jeszcze nigdy nie było. Wychodzi na to, że ministerstwo zakłada, iż efektem konkursu może być wyłącznie gotowe i bezbłędnie działające narzędzie. Wystarczy spojrzeć w nieodległą historię, by mieć wątpliwości do tak optymistycznego planowania rzeczywistości. Wspomnijmy choćby o projekcie START, czyli rozwiązaniu o charakterze Rejestru Usług Medycznych, wprowadzonego w 1999 r. w ówczesnej Śląskiej Kasie Chorych. System miał być rozpowszechniony na cały kraj, ale nic z tego nie wyszło.
„Rozwiązanie śląskie wyeliminowało papierowe książeczki RUM-u, ale przy okazji wyeliminowało szereg potrzebnych informacji” – wyjaśniał swego czasu Jerzy Miller. Bodaj w w czerwcu w rozmowie z Polityką dzisiejszy wojewoda małopolski zapytany o śląskie karty jednoznacznie ocenił, że był to projekt może i pionierski, ale niedopracowany i przez to nie mogący być wzorem dla rozwiązań o znacznie bardziej globalnym zasięgu. Trzeba zresztą zgodzić się z Jerzym Millerem, który podkreśla, że obecnie plastikowa karta ze złotym chipem w placówkach służby zdrowia województwa śląskiego pełni dziś rolę... swego rodzaju dowodu osobistego ubezpieczonego pacjenta. I jakby nie patrzeć, bez względu na to, czy ktoś jest z lewa, z prawa czy z centrum, to z pomocą „sośnierzówki” można się w przychodni czy szpitalu tylko przedstawić.
W tym miejscu – przepraszamy, wiemy, że Państwo doskonale orientujecie się, do czego ma służyć RUM – przypomnijmy, że bez zaawansowanego w działaniu i możliwościach narzędzia nie ma elektronicznego rozliczania obrotów między tymi, którzy świadczą dane usługi medyczne, tymi, którzy z nich korzystają i tymi, którzy za nie płacą. Nie ma usług on-line w rodzaju choćby dostępu (z każdego miejsca w kraju) do historii choroby pacjenta. Dopóki nie mamy takiego narzędzia i część danych generowanych przez system jest przygotowywanych off-line (co jest dłuższe w realizacji i obarczone możliwością zaistnienia błędów większych niż w przypadku analizy prowadzonej w czasie rzeczywistym), to o pełnej integracji z europejskimi bazami i hurtowniami danych możemy pomarzyć...
Rząd PO-PSL chce rewolucyjnych zmian w aktualnie funkcjonującym systemie ochrony zdrowia. Dojdzie do nich, jeśli parlament je przyjmie (co nie jest takie pewne, zważywszy na wciąż zmieniający się układ poparcia ze strony partii lewicowych dla strategicznych działań PO), a prezydent RP nie odrzuci. Jakby jednak nie patrzeć na problem, to można odnieść wrażenie, że rząd dopiero po wygranej rewolucji zamierza wprowadzić informatyczne narzędzia do zarządzania tym, co powstanie w wyniku tej rewolucji. Szkoda, że planując ją wcześniej, już nie miał gotowych koncepcji Rejestru Usług Medycznych, skoro wówczas opozycja twierdziła, że RUM od Zbigniewa Religi to nie jest to, co powinno zaistnieć...
Andrzej Bęben


























































