Zaczęło się dziarsko
Gdy z areny dziejów schodziła Polska Rzeczpospolita Ludowa, przedstawiano ją w wolnych mediach nie tylko jako system niegodziwy, lecz także zbiurokratyzowany i marnotrawny. Ileż pożytku miało przynieść społeczeństwu zlikwidowanie połowy ministerstw oraz kilkudziesięciu central i zjednoczeń. Jak to gospodarka miała odetchnąć dzięki uwolnieniu jej z biurokratycznych okowów. Ileż pieniędzy miało zostać w kasie państwa w wyniku likwidacji tego marnotrawstwa.
Zaczęło się dziarsko. Wiele resortów i innych czap administracyjnych zlikwidowano. Po kilku latach okazało się jednak, że urzędników jest dwa razy więcej, a gospodarka ponownie została spętana. Później było to regularnie tematem kampanii wyborczych. Kolejne partie aspirujące do władzy obiecywały, że zrobią z tym porządek. Zaraz po wyborach zaczynało się jednak dzielenie łupów i zwykle wychodziło, że konfitur brakuje. PiS musiał nawet stworzyć kilka nowych ministerstw, żeby zaspokoić apetyty koalicjantów.
W 2004 roku Zyta Gilowska, jako posłanka opozycyjnej wówczas Platformy Obywatelskiej, grzmiała z trybuny sejmowej, że wicepremier Jerzy Hausner tylko udaje reformatora, a w rzeczywistości pozwala, żeby marnotrawiono publiczne pieniądze. Gdy została wicepremierem w rządzie PiS, kilkakrotnie ogłaszała rozpoczęcie reformy finansów publicznych, która miała przynieść 5 1mld zł oszczędności rocznie, ale nic z tego nie wychodziło. Dopiero przed wyborami projekt ustawy trafił do Sejmu. Już wtedy było jednak wiadomo, że uchwalony nie będzie.
Podobną woltę zrobił rząd Donalda Tuska. W marcu dowiedzieliśmy się, że agencje, fundusze i gospodarstwa pomocnicze nie zostaną zlikwidowane. Zamiast reformy finansów zorganizowany zostanie konkurs piękności dla ministrów. Każdy ma się wykazać oszczędnościami w swoim resorcie. Wielkie zadęcie Platformy skończyło się zabraniem kancelariom prezydenta, premiera, Sejmu i Senatu po kilka milionów złotych. Efekt propagandowy został osiągnięty. A miliardy, które giną gdzieś poza kontrolą, nie będą odzyskane. W tej sytuacji minister finansów, który ma być strażnikiem państwowej kasy, będzie strażnikiem półek z konfiturami.
Rząd nie ma pomysłu
W połowie kwietnia wiceminister finansów Stanisław Gomułka, podał się do dymisji. Jego szef, Jan Vincent Rostowski, pożegnał go w specjalnym komunikacie i podziękował za kilkumiesięczną współpracę. Na tym jednak zachowania rodem z Wersalu się skończyły. Odchodzący wiceminister nie tłumaczył bowiem swojej decyzji względami rodzinnymi, zdrowotnymi czy jakimś innym kamuflażem, tylko stwierdził otwarcie, że ma ona podstawy merytoryczne. A skoro Stanisław Gomułka został powołany do resortu, żeby przeprowadzić reformę finansów publicznych, nie ulega wątpliwości, że na tym właśnie polu nie mógł robić tego, co uważał za stosowne.
Rząd w sprawie reformy finansów publicznych kluczy, co niepokoi analityków i przedsiębiorców. Już pod koniec ubiegłego roku, podczas dyskusji w Business Centre Club jego szef Marek Goliszewski, powiedział, że reforma finansów publicznych jest niezbędna, bo dług państwa przekroczył 500 mld zł, a państwo konkuruje z przedsiębiorcami o kredyty.
Były minister finansów Stefan Kawalec, wyraził natomiast obawę, że dobra sytuacja w gospodarce zniechęci polityków do podejmowania trudnych działań i zwycięży pogląd, że wzrost rozwiąże wszystkie problemy. Wielu komentatorów zwraca też uwagę na fakt, że Donald Tusk już dzisiaj myśli o prezydenturze i nie chce zrażać elektoratu cięciami wydatków.
Jak już pisałem wcześniej na tych łamach, Bartosz Niedzielski, analityk Bankier.pl, przestrzega, że w następnym roku wydatki sztywne mogą sięgnąć nawet 74 proc. kwoty, którą budżet wydaje rocznie. Jak tak dalej pójdzie – twierdzi – to kryzys w sektorze finansów publicznych mamy zagwarantowany. Polski budżet z roku na rok staje się coraz mniej prorozwojowy. Prof. Jerzy Osiatyński, były minister finansów, też przewiduje, że wydatki sztywne zamiast maleć będą rosły. To może doprowadzić do sytuacji, w której konieczne będzie drastyczne ich cięcie i zwiększenie obciążeń podatkowych. Skutki tego typu działań okażą się dotkliwe dla całego społeczeństwa.
O tym wszystkim na pewno dobrze wie Stanisław Gomułka, który po nieskutecznych próbach wykonania choćby części swojej misji postanowił odejść. Wiceministra nie ma, ale problem pozostał.
O opinię w tej sprawie poprosiłem prof. Marka Garbicza ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. – Nie znam, oczywiście, powodów, dla których prof. Stanisław Gomułka zrezygnował ze swojego stanowiska. Domyślam się tylko, że ministerstwo i rząd nie mają w sprawie reformy finansów publicznych żadnego stanowiska. Brakuje bowiem politycznej decyzji dotyczącej tych działań. Minister Rostowski wiele więc zrobić nie może. A pomysły polityków nie zawsze są do pogodzenia z dbałością o równowagę budżetową. W tym roku problemów budżetowych nie przewiduję. W przyszłym są one jednak bardzo prawdopodobne. Jeżeli nic się w tej sprawie nie zrobi, niektóre plany, na przykład w zakresie naprawy służby zdrowia, będą nie do zrealizowania. Ja nie widzę w tym żadnej spójnej polityki – powiedział.
Konieczna determinacja
Prof. Stanisław Gomułka już wcześniej sygnalizował, że nie wszystko idzie po jego myśli. W marcu powiedział przed mikrofonem Radia PIN: – Potrzebna jest nam determinacja. I nie chodzi nawet o cięcie wydatków, tylko o bardzo istotne zmniejszenie tempa ich wzrostu. W ostatnich dwóch latach rosły one niesłychanie szybko, dużo szybciej niż produkt krajowy brutto, ale oczywiście z uwagi na bardzo wysoki wzrost gospodarczy po części było to możliwe do sfinansowania. Teraz spodziewamy się jednak trochę niższego tempa wzrostu gospodarczego, a poza tym mamy ogromne zmniejszenie wpływów do budżetu. Chodzi o reformy podatkowe, o zmniejszenie składki rentowej, o ulgę rodzinną i o planowaną redukcję podatku PIT w przyszłym roku.
Budżet na rok 2009 miał być takim testem determinacji ze strony rządu, a także jego zdolności wyjaśnienia społeczeństwu, że mamy nową sytuację. Poziom wydatków jest wysoki, został podniesiony o jakieś 20 proc. w ciągu ostatnich 2 lat, a teraz trzeba się zatrzymać. Prof. Gomułka nie czekał na wynik tego testu. Widocznie uznał, że szanse na uzyskanie przez rząd pozytywnej oceny są znikome.
Czesław Rychlewski



























































