Przez ostatnią dekadę dominował giełdowy defetyzm. Inwestorzy, analitycy i komentatorzy lamentowali, jak to źle się dzieje na GPW i jak trudno na niej zarobić. Dziś ten czas się skończył.


Jako koronny argument pesymiści przywoływali fakt, że żaden z głównych indeksów Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie nie przebił szczytu megahossy z 2007 roku.
Hossy, która zdarza się raz na pokolenie, gdy pół narodu zaczyna „grać na giełdzie”, a fala pieniędzy od świeżych „leszczy” niczym przypływ w porcie podnosi wszystkie łajby.
Sceptycy nadal mogą kręcić nosem. Bo przecież Warszawski Indeks Giełdowy jest indeksem dochodowym – czyli uwzględnia dochody z dywidend i praw poboru. Stricte cenowy WIG20 od rekordu z października 2007 roku (3940 pkt.) wciąż dzieli blisko 50%. Patrząc przez pryzmat blue chipów przez ostatnie 10 lat, wciąż mamy do czynienia z trendem bocznym.
Szczytu z 2007 roku nie pokonał także mWIG40, ale w tym przypadku trwająca od 9 lat hossa (+315%) jest bezdyskusyjna.
Wielu inwestorów indywidualnych frustruje także słabość sWIG-u. Giełdowe „maluchy” mają za sobą bardzo słaby 2017 rok (tylko +2,4%). sWIG80 musiałby urosnąć jeszcze o 44%, aby wyrównać historyczne maksimum. Nie wspominając już o tym, że wiele spółek, które były gwiazdami w 2007 roku, dziś dogorywa z wyceną zmierzającą w stronę zera.
Kolejna wielka hossa...
Obecna odsłona hossy na warszawskiej giełdzie trwa już od dwóch lat i dwóch dni. I ten fakt może budzić lekki niepokój – po 2007 roku rynek byka na GPW żył przez dwa (2009-11) lub trzy (2012-15) lata, po czym następowała dość brutalna korekta (bessa). Nikt nie może dać gwarancji, że tym razem wzrosty potrwają dłużej.
Jednakże póki co powodów do optymizmu wydaje się być nieco więcej. Przede wszystkim wyceny giełdowych spółek są dziś znacznie niższe niż podczas poprzedniego szczytu WIG-u. Wskaźnik ceny do wartości księgowej nie przekracza 1,3 (w 2007 roku przewyższał 3,5). Relacja ceny do zysku dla całego indeksu wynosi nieco ponad 15, co nie jest może poziomem okazyjnie niskim, ale jeszcze dalekim do niemal 30 notowanych w szczycie hossy sprzed ponad dekady.
... czy powrót do normalności?
W świecie permanentnej inflacji – gdy wzrost podaży pieniądza rzędu 5-10% uznaje się za „normalny” i „umiarkowany” – bicie nominalnych rekordów przez giełdowe indeksy nie powinno dziwić. Można zatem obwieścić swego rodzaju powrót do normalności – gdy w okresie dość dobrej koniunktury gospodarczej (realny wzrost PKB Polski sięga ok. 5% rocznie) giełda ustanawia nowe szczyty.
Historia GPW liczy 322 miesiące, z czego tylko przez 60 miesięcy WIG ustanawiał nowe rekordy (od grudnia 1992 do marca 1994, luty-marzec 2000 i od lutego 2004 do lipca 2007). Okresy spadków i odrabiania strat były ponad 4-krotnie dłuższe i trwały 262 miesiące. Zatem inwestor zarabia przede wszystkim w okresach, gdy giełda odrabia straty po bessie. Zaś czasy bicia rekordów są miłym dodatkiem – taką wisienką na torcie przynoszącą najsłodsze zyski.
Tyle że trzeba się spieszyć, aby je zgarnąć ze stołu, bo zwykle nie trwają zbyt długo. Podczas pierwszej hossy na GPW WIG bił rekordy przez 16 miesięcy, a w szczycie bańki internetowej zaledwie przez dwa miesiące. I tylko w latach 2004-07 mieliśmy aż 41 miesięcy prawie nieprzerwanego śrubowania maksimów. Jednakże wszystkie trzy powyższe przypadki są bardzo nietypowe i trudno na ich podstawie wyciągać wnioski na przyszłość. Zatem cieszmy się z hossy, póki trwa.

























































