Zamiast czekać na początek miesiąca można wypłacić już zarobione pieniądze natychmiast. Taki pomysł kryje się za usługami nazywanymi EWA, czyli Earned Wage Access. Miały być ułatwieniem dla pracowników, a okazały się nierzadko ścieżką do pułapki zadłużenia.


Kilka lat temu na polskim rynku zadebiutowała usługa Zaliczkomat. Idea była prosta – umożliwić pracownikom dostęp, w nowoczesnej formie, do zaliczki na poczet wynagrodzenia zwanej potocznie „akonto”. Pomysł narodził się jako rozwinięcie pozapłacowego benefitu, który oferowała swoim pracownikom firma Blue Media (znana chociażby z systemu płatności natychmiastowych Blue Cash).
Oparte na aplikacji mobilnej rozwiązanie wydzielono jako osobną usługę i w 2018 r. zaoferowano pracodawcom. Dość szybko zniknęło jednak z rynku, nie spotykając się z szerszym odzewem. Również inni dostawcy usługi „wypłaty na życzenie” nie zdołali przebić się ze swoimi propozycjami.
Pomysł testowany jako „zaliczkomat” na polskim rynku nie był oryginalny. Podobne biznesy działały w wielu krajach świata już wcześniej. Przykładem rynku, gdzie osiągnęły masową skalę jest USA. Określono je tam etykietką EWA.
Jak działa „płacenie na życzenie”?
Earned Wage Access (EWA) może przybrać kilka form. W pierwszej z nich to usługa świadczona przez fintech wspólnie z pracodawcą. Dostawca integruje się z systemami zliczającymi czas pracy i wyliczającymi wynagrodzenia. Dzięki temu pracownicy otrzymują benefit – opcję wcześniejszej wypłaty już wypracowanych środków.
Zaliczka jest w takim scenariuszu potrącana z kolejnego regularnego wynagrodzenia. Usługa może być bezpłatna z punktu widzenia pracownika, jeśli koszt bierze na siebie pracodawca. W innym modelu za wcześniejszą wypłatę pobierana jest opłata, którą reguluje korzystający z aplikacji EWA.
Drugą formą EWA jest schemat, w którym dostawca „zaliczek” bezpośrednio kontaktuje się z pracownikiem, a pracodawca nie uczestniczy w żaden sposób w świadczeniu usługi. Klientem w scenariuszu nazywanym „direct-to-consumer” może być każda osoba, które otrzymuje regularne wynagrodzenie. Spłata zaliczki może odbywać się np. poprzez ustanowienie polecenia zapłaty na rachunku bankowym, na który spływa pensja.
Kto płaci za zaliczkę na pensję?
Już na pierwszy rzut oka widać, że „zaliczka” w drugim wariancie niebezpiecznie zbliża się do pożyczki-chwilówki. Chociaż nie ma tutaj odsetek za wypożyczenie środków, to ich rolę pełnią opłaty. A te zaczęły się mocno komplikować wraz z rozwojem rynku.
Punktem wyjścia były jednorazowe płaskie opłaty za skorzystanie z zaliczki. Pracownik za wcześniejszą wypłatę porcji wynagrodzenia musiał zapłacić zwykle od 1 do 5 dolarów. Pierwszym etapem „mutacji” było wprowadzenie modeli subskrypcyjnych, czyli powtarzalnych miesięcznych opłat za możliwość korzystania z zaliczek. Zwykle abonament pokrywa 1-2 wypłaty, a za dodatkowe trzeba zapłacić osobno. Później narodziły się dobrowolne „napiwki” (tip), które wpłaca korzystający z usługi EWA na rzecz usługodawcy.
W niektórych przypadkach wypłata zaliczki następuje nie na rachunek bankowy, a na przedpłaconą kartę wydawaną przez dostawcę EWA. Wówczas firma zarabia dodatkowo na opłatach interchange przy każdej transakcji plastikiem. Na amerykańskim rynku można spotkać także hybrydy, gdzie pojawiają się wszystkie lub wybrane opcje w różnych kombinacjach.
Mimo obciążenia opłatami zaliczki mają sporo zalet. Skorzystanie z EWA nie wymaga badania zdolności kredytowej, nie wpływa na historię kredytową, a zobowiązanie klienta nie trafi nigdy do windykacji (nie stosuje się regresu wobec pracownika, odpowiada pracodawca). W porównaniu z opłatami za niedozwolone przekroczenie salda rachunku jest także relatywnie tanim źródłem finansowania. Chyba, że trafi się na „pożyczkowego drapieżnika”.
EWA trafia na celownik regulatorów
Rozwijający się rynek EWA stał się na tyle duży, że w końcu trafił pod lupę regulatorów. W styczniu 2026 r. do Izby Reprezentantów trafił projekt ustawy nazwanej „Earned Wage Access Consumer Protection Act’’. Przedsięwzięcie ma wspierających po obu stronach partyjnego podziału – Republikanów i Demokratów.
Jak to w USA bywa, stanowe regulacje w różny sposób traktują usługę EWA. Przykładowo w Południowej Karolinie i 9 innych stanach „zaliczkomaty” nie są uważane za produkt kredytowy. Utrudnia to narzucenie jednolitych zasad ochrony konsumentów.
Na czym polega problem z EWA? Mimo niewinnej nazwy, usługa potrafi wciągać konsumentów w spiralę finansowych kłopotów. Klienci mający kłopot z utrzymaniem płynności i biorący zaliczkę na poczet przyszłego wynagrodzenia, nierzadko w kolejnym miesiącu stają przed koniecznością ponownego skorzystania z usługi. Czasem to uzależnienie wzmacniane jest przez napompowane opłaty i prowizje, pogłębiające tylko problem „krótkiej finansowej kołderki”.
W kwietniu 2025 r. w stanie Nowy Jork pozwanych zostało dwóch dostawców usług EWA. W informacji prasowej prokuratury pojawiają się przykłady drapieżnych praktyk. Za zaliczkę w wysokości 20 dolarów, spłacaną po tygodniu, jeden z dostawców życzył sobie 2,99 dolarów opłaty. Dobrowolne napiwki bywają natomiast wymuszane albo przez wielokrotne podsuwanie zaznaczonych opcji w aplikacji lub wręcz przez zawoalowane groźby, że brak „tipa” oznaczać będzie brak dostępu do usługi w przyszłości.
Federalne regulacje wyraźnie oddzielą dostęp do zaliczek proponowany w porozumieniu z pracodawcą od pseudo-pożyczek udających tylko, lepiej lub gorzej, usługę EWA. Te pierwsze będą objęte luźniejszym nadzorem, te drugie – zasadami obowiązującymi większość kredytów dla konsumentów.






















































