Całkowita liczba obcokrajowców w Zatoce Perskiej waha się – według międzynarodowego projektu Gulf Migation - od 35 do 40 mln osób. Większość z nich pochodzi z krajów muzułmańskich Azji i Afryki, które obecnie rozpaczliwie próbują ewakuować swoich obywateli.


Cudzoziemcy mieszkający w regionie Zatoki Perskiej stanowią 51 proc. jego całkowitej populacji. To średnia, w Katarze stanowią oni ponad 88 proc. populacji, a w Zjednoczonych Emiratach Arabskich 87 proc.
Pochodzą oni z kilkudziesięciu krajów i są zatrudnieni we wszystkich branżach, od nisko wykwalifikowanych pracowników fizycznych po wysoko wyspecjalizowanych specjalistów.
Od wybuchu w minioną sobotę wojny między Stanami Zjednoczonymi i Izraelem z jednej strony a Iranem z drugiej większość krajów rozpoczęło ewakuację swoich obywateli. Wciąż bezskutecznie z powodu zamkniętego nieba nad regionem.
Firma analityczna Cirium poinformowała w środę, że z ponad 36 tys. lotów zaplanowanych do lub z Bliskiego Wschodu ponad 20 tys. zostało odwołanych od soboty. Również w środę ruch lotniczy był praktycznie całkowicie uziemiony w Katarze i Bahrajnie. W Izraelu odwołano prawie trzy czwarte lotów, a w ZEA nieco ponad dwie trzecie.
W najgorszej sytuacji znaleźli się Afrykanie pracujący w krajach Zatoki Perskiej.
Większość afrykańskich krajów zaczęła ewakuację od personelu dyplomatycznego. W Ghanie rodziny uwięzionych na Bliskim Wschodzie krewnych wylali swoją frustrację w mediach społecznościowych po tym, jak rząd pochwalił się w poście na X, że: „ghańscy dyplomaci są bezpieczni i w dobrym nastroju. Bezpieczeństwo, dobrobyt i ochrona Ghańczyków pozostają naszym najwyższym priorytetem w tych burzliwych czasach”. Poza dyplomatami i ich rodzinami w regionie przybywa kilkanaście tysięcy Ghańczyków. A to najmniej liczna afrykańska nacja szukająca pracy w krajach Zatoki Perskiej.
Uganda w pierwszych dniach wojny oprócz dyplomatów wywiozła autobusami z Iranu do Turcji 48 swoich studentów. Podobne działania podjęła Kenia, której ponad 400 tys. obywateli pracuje w krajach Bliskiego Wschodu. W środę władze tego kraju ogłosiły, że rozpoczęły loty ewakuacyjne z Dubaju.
Kilku Kenijczyków pracujących w ZEA, którzy rozmawiali z „Nation” powiedziało, że obecnie nie pracują i zalecono im pozostanie w domu, gdzie czują się uwięzieni.
Republika Południowej Afryki wezwała swoich obywateli, którzy utknęli w niespokojnym regionie do „czujności”, zachęcając ich do zarejestrowania się w najbliższych misjach dyplomatycznych.
Dyrektor departamentu stosunków międzynarodowych w rządzie RPA, Clayson Monyela, wyjaśnił, że ewakuacje nie mogą się odbyć, gdy przestrzeń powietrzna jest zamknięta, a przejazd lądem jest mocno ograniczony ze względów bezpieczeństwa. Przyznał, że departament nie ma potwierdzonej liczby mieszkańców RPA na dotkniętych kryzysem obszarach.
- Nasi rodacy nie mówią nam, kiedy i gdzie wyjeżdżają; możemy tylko zgadywać i szacować – powiedział, dodając, że tylko w samych Zjednoczonych Emiratach Arabskich przebywa około 18 tys. obywateli RPA.
Trudno sobie wyobrazić ewakuację kilkunastu tysięcy osób z krajów, gdzie nie działają lotniska i porty, a ruch na drogach jest skrajnie ograniczony, a ewakuacja 40 mln osób byłaby ogromnym przedsięwzięciem logistycznym nawet w warunkach pokoju.
Tadeusz Brzozowski (PAP)
tebe/ san/






















































