Trump znów szokuje. To nic nowego – robi to od dekad, tak buduje swój wizerunek. Jednak od momentu ponownego objęcia urzędu jego działania coraz częściej wywołują nie tylko zdziwienie, ale i ostrzejsze reakcje, i to te skrajne – od ogromnego entuzjazmu i wynoszenia do miana geniusza po otwartą wrogość i sprowadzanie do roli błazna czy wręcz groźnego wariata. Decyzje prezydenta polaryzują opinię publiczną, a świat z coraz większą uwagą przygląda się, czy w tej kalkulowanej nieprzewidywalności kryje się strategia, czy jedynie ego i instynkt polityczny. Otóż i to, i to, a do tego jeszcze “inne słodkości”, ale za każdym razem w nieoczywistych i zmiennych proporcjach, które bywają wybuchowe. Tak jak w przypadku Ukrainy.


Interpretację trumpizmu należałoby zacząć od wydzielenia dwóch obozów.
- pro, dla którego Donald Trump jest uosobieniem strategicznego geniuszu, realistycznego i chłodno kalkującego taktyka grającego w szachy 5D.
- anty, dla którego jest on groźnym wariatem, który z personalnych pobudek gotowy jest podpalić świat.
Ani jedna, ani druga nie jest prawdziwa, a przynajmniej nie jest prawdziwa w całości. Donald Trump nie jest wariatem, który tylko czeka z zapałkami i benzyną, ale nie jest również geniuszem polityki, superkomputerem kwantowym, który potrafi przewidzieć przyszłość i obrać dla USA bezkolizyjną trasę.
Jak więc działa? To trochę gry losowe
Urzędujący prezydent USA ma pewien zbiór przekonań, którymi kieruje się w polityce międzynarodowej, ale jednocześnie w dużym stopniu opiera się na swoim sprycie i intuicji. Trafne jest przypisywanie mu łatki realisty, co widać po ogólnych przekonaniach, działaniu czy chociażby po ciągotach do Kissingera (którego przyjacielem Trump się określał), ale sam fakt odwoływania się przez Trumpa do realizmu politycznego nie sprawia, że każde jego działanie jest skrupulatnie zaplanowane i wymierzone na kilka ruchów w przód, a tym bardziej że jest trafne.
Czym kieruje się realista w polityce międzynarodowej?
Pragmatyzm i przekonanie, że stosunki między państwami opierają się na rywalizacji o władzę i interesy, a nie na ideologii, wartościach czy moralności. Tak najkrócej można scharakteryzować kluczowe cechy realizmu w polityce.
Priorytet interesu narodowego – państwa działają zgodnie z własnym interesem, który jest definiowany głównie przez bezpieczeństwo i siłę. Sojusze, umowy czy wartości są drugorzędne wobec przetrwania i dominacji.
Pesymistyczne podejście do natury ludzkiej – realizm zakłada, że ludzie i państwa są egoistyczne oraz dążą do maksymalizacji własnych korzyści kosztem innych.
Anarchia w systemie międzynarodowym – brak globalnego rządu oznacza, że państwa mogą polegać tylko na sobie. Każde porozumienie może zostać złamane, jeśli przestanie służyć interesom stron.
Siła jako główne narzędzie polityki – armia, gospodarka i wpływy dyplomatyczne są kluczowe. Władza i zdolność do jej egzekwowania są ważniejsze niż prawo międzynarodowe czy organizacje międzynarodowe.
Ostrożność wobec idealizmu – realiści sceptycznie podchodzą do koncepcji takich jak uniwersalne prawa człowieka, demokracja jako model dla wszystkich. Uważają, że moralność w polityce międzynarodowej ma ograniczoną wartość.
Sprawność i kalkulacje, którą zwykle przypisuje się realistom, w przypadku Trumpa zaburza niesamowite wręcz ego rezydenta Białego Domu i to objawiające się na kilku płaszczyznach.
Po pierwsze, Trump ma silną, potrzebę bycia postrzeganym jako zwycięzca – i to absolutny, jedyny, niepodważalny. Rzadko zmienia decyzje, nawet jeśli okazują się nietrafione, a jeśli musi, zawsze znajduje się kozioł ofiarny.
Egocentryzm przejawia się także w sposobie, w jaki buduje relacje międzynarodowe. Trump operuje w kategoriach osobistych sympatii i antypatii – liderzy, którzy go chwalą i okazują mu szacunek, mogą liczyć na przychylność USA, podczas gdy ci, którzy go krytykują, są traktowani z pogardą - tak jak prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski, który po krytyce Trumpa został przez niego okrzyknięty “dyktatorem”.
Po trzecie, Trump kieruje się intuicją i przekonaniem, że polityka jest podobna do biznesu – kto jest silniejszy i bardziej bezwzględny, ten wygrywa. Ta filozofia sprawia, że jego podejście do dyplomacji jest brutalnie transakcyjne i pomija fakt, iż pozostali, przede wszystkim zachodni partnerzy, opierają się głównie na podejściu liberalnym i szerokiej współpracy, które z zasady daje mniejsze, ale za to obopólne i bezpieczne korzyści.
Ostatecznie jego decyzje są mieszanką politycznego realizmu, egoizmu i instynktu, a ich skutki bywają nieprzewidywalne. Jego prezydentura nie jest ani mistrzowską partią szachów, ani chaotycznym aktem destrukcji – to raczej gra hazardowa, w której Trump jest przekonany, że zawsze wygra, ale kasyno nie zawsze jest tego samego zdania. Jak to bywa w polityce.
Jak ma się to do Ukrainy, co robią tu Chiny i gdzie jest błąd?
W odniesieniu do trwających przepychanek i wojny na Ukrainie pewne jest jedno: Trump chciałby czym prędzej zakończyć tę wojnę i zgarnąć za to nagrody. Ozłocić się wymarzoną Pokojową Nagrodą Nobla (stąd zbliżenie z Kimem i Korea Północną w poprzedniej kadencji), zdobyć trochę surowców na przehandlowanie, ale także odciągnąć Rosję od Chin na stary, ale odwrócony, manewr Nixona/Kissingera.
Otwarcie mówił o tym podczas Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa specjalny wysłannik USA ds. Ukrainy i Rosji Keith Kellogg, ale także sekretarz stanu Marco Rubio, który wskazał na spotkaniu w Rijadzie, że zakończenie wojny w Ukrainie stworzyłoby "niezwykłe okazje do partnerstwa z Rosjanami pod względem geopolitycznym w sprawach wspólnego interesu".
Jak wygląda to w praktyce? Trump z ograniczonymi zasobami i wyznaczonymi celami, kalkuluje, że najłatwiej i najszybciej będzie dać jednemu kij, a drugiemu marchewkę, to znaczy z Putinem pogadać po dobroci, a z Zełenskim, który w dodatku pyskuje, pojechać na ostro. Stąd biorą się słowa o zaufaniu do Putina, obietnice wzajemnych wizyt, a w przypadku Ukrainy tupanie nóżką, nazywanie prezydenta “dyktatorem” i obarczanie go odpowiedzialnością za wybuch wojny. Tyle teorii.
Rosyjscy szachiści myślą o jeden ruch do przodu?
Problem w tym, że to taktyka na osłabianie samego siebie. Dotychczas bowiem to nie Moskwa, a Ukraina zainteresowana była ustępstwami. Dociskanie Kijowa w niczym nie pomaga USA, a wręcz przeciwnie, jedynie wzmacnia Kreml i prowokuje Ukraińców do zwierania szyków, zamykania się w jeszcze szczelniejszej twierdzy i intensyfikowania oporu, nawet gdyby miał on przybrać desperacki charakter.
I wszystko to, by rozbić sojusz chińsko-rosyjski. Zresztą nawet sami Rosjanie mogą świadomie kusić stronę amerykańską perspektywą zerwania z Chinami, by uzyskać od nich ustępstwa, a potem robić swoje z Pekinem.
Moskwie w to mi graj, bo już dostrzegła, że Trumpowi zależy na sukcesie i zaczęła rozgrywać jego ustępliwość, zwlekając, przeciągając, testując i podbijając żądania. W efekcie mamy sytuację, w której Trump naciska na stronę, która i tak jest gotowa do rozmów, a jednocześnie pobłaża stronie, która gra na czas i eskaluje żądania.
Walczący od blisko 3 lat nie mają powodu, aby nagle rezygnować z tego, co udało im się osiągnąć. Mogą zostać zmuszeni przez administrację Trumpa do negocjacji, ale nie do zawarcia warunków pokoju, który będzie dla nich kapitulacją. Gwarantem trwałości jakichkolwiek ustaleń po stronie ukraińskiej może być tylko Zełenski. Jeżeli pójdzie na zbyt daleko idące ustępstwa, jego pozycja wewnętrzna runie, a z nią wszelkie gwarancje, że jakiekolwiek porozumienie będzie miało trwałą moc. Rosjanie to wiedzą, stąd żądania o konieczności przeprowadzenia wyborów i wsadzenie do głowy Trumpa słów o dyktatorze. Taka zabawa w dziada i “apiać”.
Z ogłaszaniem tego, że Trumpowi udało lub w najbliższym czasie uda się zakończyć wojnę, należy się wstrzymać. Na razie doprowadził do rozmów, których chcieli wszyscy. A co dalej? Teraz rozgrywka w szachy 5D, problem w tym, że to Rosjanie, jak na razie, mają lepszych szachistów.

























































