Sondaże nie wskazały dotychczas wyraźnego zwycięzcy w kończących się w najbliższy poniedziałek (8 września) wyborach parlamentarnych w Norwegii. Różnica między centroprawicową opozycją a wspieraną przez lewicę i ludowców Partią Pracy może wynieść nie więcej niż dziewięć miejsc w 169-mandatowym Stortingecie.


Przedwyborcze prognozy wskazują na Partię Pracy (Ap) jako na ugrupowanie, które zdobędzie najwięcej głosów. Stronnictwo kierowane przez premiera Jonasa Gahra Stoere należy do tradycyjnie najsilniejszych partii w kraju. W ciągu ostatnich 100 lat z Ap wywodziło się 10 premierów. Jednym z nich był dzisiejszy minister finansów, a wcześniej sekretarz generalny NATO, Jens Stoltenberg. Do rządu wszedł w lutym br., gdy rozpadła się koalicja z populistyczną partią Centrum.
W momencie powrotu Stoltenberga do norweskiej polityki poparcie dla Ap poszybowało z fatalnych 18,5 proc. do ponad 28 proc., a Jonas Gahr Stoere nagle stał się w oczach Norwegów podziwianym liderem.
- Wszystkie jego wady w jednej chwili stały się zaletami - zauważył w rozmowie z PAP dr Johannes Bergh, politolog z Instytutu Badań Społecznych w Oslo.
W przypadku zwycięstwa liderzy Ap zakładają kontynuowanie pracy mniejszościowego gabinetu - bez zawierana formalnej koalicji, jak czynili to w ostatnich miesiącach, gdy w parlamentarnych głosowaniach Stoere mógł niemal zawsze liczyć na socjalistów z SV, zielonych z MDG i skrajnie lewicową Roedt. Eurosceptyczni ludowcy z Centrum, będący do niedawna w koalicji z Ap, 8 września muszą liczyć się ze utratą co najmniej połowy 13-procentowego poparcia, zdobytego w wyborach w 2021 r.
Norweskiej prawicy tradycyjnie przewodziła Partia Konserwatywna, od 20 lat kierowana przez byłą premier Ernę Solberg. Jeszcze w marcu 2023 r. na centrowych chadeków chciało głosować prawie 33 proc. badanych. Według ostatnich sondaży, w poniedziałek (1 września) nie mogli oni jednak liczyć na więcej niż 18 proc. poparcia. Przyczyny utraty zaufania przez tę partię to największa zagadka kończącej się kampanii.
Słabość konserwatystów wykorzystała populistyczna i prawicowa Partia Postępu (FrP). Ugrupowanie kierowane przez Sylvi Listhaug odnotowało szczyt notowań pod koniec 2024 r., ale najnowsze sondaże i tak dają antyimigranckiej i antyeuropejskiej FrP prawie 21 proc. głosów.
Partia KrF, do niedawna liberalna i przywiązana do wartości chrześcijańskich, zradykalizowała się w ostatnich miesiącach. Proizraelskie hasła i żądania usunięcia tęczowych flag z przestrzeni publicznej dały jej w najnowszych sondażach 4,5 proc. poparcia.
Liberałowie z Venstre to najbardziej proeuropejskie stronnictwo w Norwegii. Partia opowiadająca się za jak najszybszą integracją z UE i wspierająca otwartą politykę imigracyjną może liczyć, według sondaży, na około 4 proc. głosów.
Ordynacja wyborcza w Norwegii promuje nie najsilniejsze, ale najsłabsze partie. Obowiązuje 4-procentowy próg wyborczy. Głosy przeliczane są na mandaty metodą Sainte-Laguë, a na liczbę miejsc w parlamencie, przypadających na dany region, wpływ mają zarówno jego populacja, jak i powierzchnia. W ten sposób obsadzanych jest 150 mandatów w jednoizbowym parlamencie. Pozostałych 19 miejsc zajmą deputowani w ramach tzw. mandatów wyrównawczych.
Od 11 sierpnia do 5 września uprawnieni mogą wrzucić kartkę wyborczą w głosowaniu przedterminowym. W wyborach w 2021 r. z tej możliwości skorzystało 42 proc. głosujących. W tym roku urząd wyborczy Valgdirektoratet spodziewa się pobicia tego rekordu.
Oficjalne wyniki wyborów zostaną ogłoszone w nocy z 8 na 9 września.
Polacy bez wpływu na wyniki wyborów parlamentarnych
Ponad 100 tys. Polaków, którzy stanowią najliczniejszą mniejszość w Norwegii, praktycznie nie bierze udziału w życiu politycznym w tym kraju. Inne narodowości aktywniej angażują się w norweską politykę, co prawdopodobnie uwidoczni się w wyborach parlamentarnych zaplanowanych na 8 września.
W kraju fiordów na koniec 2024 roku mieszkało - według norweskiego biura statystycznego SSB - ponad 136 tys. Polaków lub osób polskiego pochodzenia. Stanowili oni najliczniejszą mniejszość narodową przed Ukraińcami, Litwinami, Filipińczykami, uchodźcami z Syrii, Etiopii, Iranu, Erytrei, Iraku i Afganistanu.
Polacy emigrowali do Norwegii głównie z przyczyn ekonomicznych, a największą falę odnotowano pod koniec pierwszej dekady XXI wieku.
Za niecały tydzień wybieranych będzie 169 członków norweskiego parlamentu. O mandaty ubiega się 4920 kandydatów z 20 komitetów wyborczych. O ile na kartach do głosowania łatwo można znaleźć obco brzmiące nazwiska, o tyle norweskie partie polityczne nie były w stanie wskazać ani jednej osoby posiadającej polskie korzenie i startującej we wrześniowych wyborach.
- Może to wynikać z faktu, że aby kandydować konieczne jest posiadanie norweskiego obywatelstwa, a możliwość posiadania dwóch paszportów wprowadziliśmy dopiero kilka lat temu. To do niedawna ograniczało mniejszości polskiej możliwość startowania w wyborach. Niezależnie od tego, chcielibyśmy, by Polacy byli wyraźniej widoczni na kartach do głosowania - powiedziała PAP Marie Benedicte Bjoernland, dyrektorka Valgdirektoratet, odpowiednika Krajowego Biura Wyborczego w Polsce.
Polacy również nie biorą udziału w głosowaniu do parlamentu. W ostatnich wyborach spośród tych, którzy posiadali czynne prawo wyborcze, swój głos do urny wrzuciło 9 proc. mieszkających w Norwegii Polaków.
- Niska frekwencja wśród Polaków nie występuje wyłącznie w Norwegii. Aktywność wyborcza w samej Polsce daleko różni się od norweskiej. Spektakularny wynik z głosowania w 2023 roku, gdy frekwencja w Polsce wyniosła ponad 68 proc., i tak jest dużo niższy od najsłabszej zanotowanej w Norwegii frekwencji z 2009 roku, gdy swój głos oddało „zaledwie” 76 proc. uprawnionych - ocenił dla PAP dr Johannes Bergh, socjolog z Instytutu Badań Społecznych w Oslo (ISF).
Znacznie wyraźniej widać Polaków w wyborach samorządowych, szczególnie na szczeblu gminnym i dzielnicowym. Polskich radnych można znaleźć zarówno w dużych ośrodkach, jak Oslo czy Bergen, jak i mniejszych miejscowościach w środkowej czy północnej Norwegii. Jako powód większej liczby polskich głosów i kandydatów Bergh podaje mniejsze ograniczenia wynikające z prawa wyborczego. Zarówno kandydować, jak i głosować mogą osoby, które na terenie Norwegii mieszkają nieprzerwanie przez trzy lata poprzedzające wybory lokalne.
O ile imigranci z Azji i Bliskiego Wschodu stanowią silne zaplecze dla stronnictw lewicowych, o tyle Polacy w Norwegii najczęściej głosują na partie konserwatywne, a nawet populistyczno-prawicowe. Naukowiec z ISF nie dostrzegł w tym niczego dziwnego.
- Mieszkańcy Norwegii pochodzący z Europy Środkowej i Wschodniej mają zazwyczaj dużo bardziej tradycjonalistyczny światopogląd niż przyjezdni z innych części świata. Przy tak dużej populacji i niewielkich różnicach w sondażach między głównymi partiami, Polacy mogliby odegrać bardzo ważną rolę dla ostatecznych wyników - podkreślił Bergh.
Za kontakty z Polonią wśród organów władzy w Polsce w głównej mierze odpowiada Senat. W trakcie spotkań z emigracją senatorowie wielokrotnie podkreślali, że pozycja polskiej mniejszości za granicą wynika nie tylko z determinacji w podtrzymywaniu własnej kultury i tradycji, ale również z aktywności w życiu politycznym tam, gdzie Polacy mieszkają.
- Udział w wyborach w kraju zamieszkania, to realna możliwość wpływu na codzienne życie - od kosztów opieki przedszkolnej, przez dostępność usług społecznych, aż po jakość systemu ochrony zdrowia. Polacy w Norwegii, stanowiący największą grupę etniczną wśród imigrantów, mają tu szczególną rolę do odegrania. Jest ich około 120 tysięcy, a przy wyrównanym poparciu dla partii politycznych każdy głos może przesądzić o ostatecznym wyniku wyborów - zaapelowała marszałkini Senatu RP Małgorzata Kidawa-Błońska.
Według aktywnych politycznie przedstawicieli norweskiej Polonii na zwiększenie zaangażowania trzeba poczekać. Zwracają oni uwagę na wiele czynników, które powstrzymują Polaków przed większą aktywnością polityczną.
- Polska emigracja w Norwegii wciąż potrzebuje więcej odwagi. W dużej mierze jesteśmy pierwszym pokoleniem, które mieszka tu dłużej. Nadal zmagamy się z barierą językową i niesiemy ze sobą doświadczenie z Polski – dystans wobec angażowania się w życie polityczne. Nasze dzieci często nie osiągnęły jeszcze wieku, który pozwala im w pełni uczestniczyć w obywatelskiej aktywności na typowym norweskim poziomie. Jestem jednak przekonana, że kiedy dorosną i zdecydują się zostać w Norwegii, będą nie tylko częściej głosować, ale także chętniej angażować się osobiście, również jako kandydaci - wyjaśniła w rozmowie z PAP mieszkająca w Norwegii od ponad 20 lat Małgorzata Dąbrowska, aktywna działaczka liberalnej partii Venstre.
Z Oslo Mieszko Czarnecki
Z Oslo Mieszko Czarnecki (PAP)
cmm/ szm/






















































