Indeks Nędzy w Stanach Zjednoczonych spadł do najniższego poziomu od niemal 60 lat, deficyt budżetowy był najniższy od początku kryzysu, a liczba nowo rejestrowanych bezrobotnych najniższa od ponad 40 lat. Wall Street zareagowało wzrostami.


To był historyczny dzień, jeśli chodzi o napływ informacji, które teoretycznie powinny świadczyć o fenomenalnej kondycji gospodarki USA. Indeks Nędzy – czyli suma stopy bezrobocia i rocznej dynamiki inflacji CPI – spadła do 5,1%, czyli do najniższego poziomu od kwietnia 1956 roku! Tak, wiem, że trudno w to uwierzyć, ale ten prosty wskaźnik osiągnął wartości niespotykane od złotej powojennej epoki Ameryki.
Pozytywnie zaskoczyły także rządowe dane na temat liczby nowo rejestrowanych bezrobotnych, która w ubiegłym tygodniu zmalała do 255 tysięcy. W ten sposób wyrównany został odczyt z lipca, gdy wskaźnik ten osiągnął najniższą wartość od grudnia 1973 roku.
Medialną ofensywę obozu sukcesu uzupełniły dane o deficycie budżetu federalnego, który w zakończonym roku fiskalnym wyniósł 439 mld dolarów. To nominalnie najniższy niedobór w kasie Białego Domu od 2008 roku, a w relacji do PKB (2,5%) najniższy od 2007r. To nieznacznie mniej niż rok wcześniej (483 mld USD i 2,8% PKB), ale zarazem o ponad połowę mniej niż przeszło bilionowe deficyty z pierwszych 5 lat rządów Baracka Obamy. W ubiegłym roku wpływy podatkowe wzrosły o 8% rdr (do 3,25 bln USD), a wydatki o 5% rdr (do 3,69 bln USD).
Głupio by było, gdyby taki dzień przyniósł spadki na Wall Street. Więc w drugiej części sesji byki poprowadziły indeksy jednostajnie na północ. Dow Jones zyskał 1,28%, S&P500 wzrósł o 1,49%, a Nasdaq o 1,82%. Indeks S&P500 osiągnął najwyższą wartość od niemal dwóch miesięcy.
Tylko skoro jest tak dobrze, to dlaczego Fed nie odważył się zerwać z awaryjną polityką zerowych stóp procentowych i nie podniósł stopy funduszy federalnych nawet o symboliczne 25 pb.?




























































