Wenezuela to kraj ropą płynący. Jednak nie buduje się tu sztucznych wysp, a Wenezuelczycy masowo nie wykupują europejskich klubów piłkarskich. Obywatele tego kraju mają szczęście gdy mogą bez kolejki zrobić zakupy w sklepie spożywczy. Władze Wenezueli uwierzyły, że socjalizm przyniesie równość i dobrobyt. Na razie jednak większość obywateli jest równa w biedzie.
Wenezuela to południowoamerykański kraj o blisko 1 mln km2 powierzchni z 28 mln mieszkańców. Słynie przede wszystkim z taniego paliwa (litr kosztuje ok. 2 zł), pięknych kobiet, handlu narkotykami i socjalistycznych rządów Hugo Chaveza, którego po śmierci zastąpił jego najbardziej zaufany współpracownik - Nicolas Maduro.
Od ponad miesiąca trwają tu antyrządowe prosty, w których zginęło ponad 30 osób. Protestujący domagają się ustąpienia Maduro, nadmiernym kosztom polityki socjalnej, której efektem są m.in. znane nam z PRL puste półki w sklepach (pojawiły się braki w zaopatrzeniu nawet papieru toaletowego). Zdaniem rządu demonstranci to faszyści na usługach Amerykanów, których celem jest całkowita destabilizacja w regionie.
Wielu ludzi musi spędzić nawet kilkanaście godzin w kolejkach, by kupić podstawowe produkty. I to jest właśnie prawdziwa przyczyna protestów. Ludzie masowo wyszli na ulice w marszach tzw. „pustych garnków”, na ulicach największych miast pojawiły się barykady. Protestujący to jednak niekoniecznie najbiedniejsi przedstawiciele społeczeństwa. Częstym widokiem są transparenty przytwierdzane do drogich zachodnich luksusowych samochodów. Opozycja nie jest dobrze zorganizowana, ale raczej mówi jednym głosem - chce przynajmniej częściowego odejścia od socjalizmu, a przede wszystkim zaprzestania finansowania „zaprzyjaźnionych państw lewicowych” tj. Kuba.
Kraj mlekiem i miodem płynący
W teorii Wenezuela mogłoby to być państwo mlekiem i miodem płynące, bo z różnych analiz wynika, że posiada złoża ropy szacowane na ponad 500 mld baryłek. To dwukrotnie więcej niż w Arabii Saudyjskiej. Niestety, nieudolne rządy Hugo Chaveza oraz jego następcy Nicolasa Maduro prowadzą ten kraj do ruiny. Z raportu Doing Business wynika, że Wenezuela jest jednym z najgorszych miejsc na świecie do prowadzenia działalności gospodarczej, bo zajmuje odległą 181. Pozycję na 189 sklasyfikowanych państw.
Łączne obciążenia podatkowe w tym kraju wynoszą 61,7% dochodu, ale składa się na nie aż 71 różnych płatności, na których zapłacenie potrzeba 792 godzin. To dwukrotnie więcej niż wynosi przeciętna w całej Ameryce Południowej i blisko trzykrotnie więcej niż w Polsce.
31% żyje poniżej granicy ubóstwa
PKB Wenezueli wynosi 407 mld dolarów (PKB per capita to 13 tys. dolarów). To 100 mld mniej niż w Polsce. Wzrost gospodarczy tego kraju w 2013 roku wyniósł 1,6%. To wyraźne załamanie w porównaniu do 2012 i 2011 roku, kiedy odnotowany wzrost wyniósł odpowiednio 5,6% i 4,2%. Dług publiczny wynosi 32% PKB. W teorii moglibyśmy tego pozazdrościć Wenezuelczykom jednak jeśli dodamy, że w tym kraju inflacja przekracza 50% to sytuacja wcale nie rysuje się w różowych barwach. Niestety, aż 31% obywateli Wenezueli żyje poniżej granicy ubóstwa tzn., ich dochód dzienny nie przekracza 2 dolarów.
Z drugiej strony ubóstwo też jest częścią życia tego kraju. W teorii kobiety, które ukończyły 55. rok życia mogą liczyć na 500 dolarów emerytury nawet jeśli nie przepracowały w życiu jednego dnia. To samo dotyczy mężczyzn, którzy skończyli 60 lat. Wiele osób wybiera mieszkanie w biednych dzielnicach w celu obniżenia kosztów życia, ale nikogo nie dziwi najnowocześniejszy sprzęt RTV i AGD w mieszkaniach, które Europejczyk uznałby za kompletne rudery.
Równi w biedzie
Oficjalna stopa bezrobocia oscyluje w okolicy 8%. Oznacza to, że liczba bezrobotnych w tym państwie wynosi ok. 1 mln osób na 14 mln pracujących. Jednak kraj ten trapi ukryte bezrobocie w rozrośniętej do granic absurdu administracji państwowej oraz państwowych przedsiębiorstwach. Ponadto blokuje się tu rozwój prywatnych firm m.in. wprowadzając socjalistyczne przepisy, które zabraniają osiągania zysków większych niż 30% w skali roku.
Pieniądze zarobione ponad ten wskaźnik trafiają do budżetu państwa. Ten innowacyjny podatkowy wynalazek to pomysł prezydenta Maduro, który argumentował jego wprowadzenie chęcią zwiększenia sprawiedliwości społecznej.
W praktyce zniechęca on do podejmowania działalności gospodarczej, której legalne rozpoczęcie i tak graniczy z cudem. W rankingu Doing Business Wenezuela pod tym względem zajmuje odległą 151. pozycję. W celu rozpoczęcia działalności gospodarczej należy dopełnić 17 procedur, na których dopełnienie potrzeba ok. 144 dni. Szacowany koszt – ok. 8 tys. zł plus łapówki. Socjalizm to ustrój, który nawet największe bogactwo potrafi rozmienić na drobne. Wenezuela jest tego świetnym przykładem.
Łukasz PiechowiakBankier.pl



















































