Ustawa o ochronie sygnalistów nie działa tak, jak powinna. Mamy problem kulturowy, bo pracodawcy wciąż odbierają zgłoszenia od sygnalistów jako atak na organizację - ocenili eksperci w rozmowie z PAP. Podkreślili, że sygnalizowanie nieprawidłowości to przywilej poznania problemów w firmie.


Ustawa o ochronie sygnalistów weszła w życie 25 września 2024 r., czyli dokładnie rok temu. Oprócz zawiadomienia wewnętrznego w firmie zgłaszający może skorzystać z dwóch innych opcji sygnalizowania. Pierwsza to zgłoszenie zewnętrzne do Rzecznika Praw Obywatelskich lub organu publicznego. Druga to ujawnienie publiczne, np. poprzez media albo serwisy społecznościowe.
Radca prawny dr Monika Wieczorek podsumowując pierwszy rok obowiązywania ustawy wskazała, że zmierzenie się przez pracodawców z nowymi obowiązkami przede wszystkim pozwoliło na uporządkowanie ścieżek zgłaszania naruszeń prawa.
Zobacz także
Zwróciła jednocześnie uwagę, że wiele firm potraktowało ten temat w sposób wyłącznie formalny.
Przygotowano dokumenty, uruchomiono kanały zgłaszania i uznano temat za zamknięty. Jednak samo wdrożenie procedury bez aktywnej komunikacji, bez szkoleń, bez skupienia się na budowaniu zaufania wśród pracowników, to zdecydowanie za mało - wskazała ekspertka.
Do Rzecznika Praw Obywatelskich do 30 czerwca skierowano ogółem 412 spraw, z czego RPO przyjął 144 zgłoszenia zewnętrzne, które spełniały warunki określone w ustawie. Ponadto udzielił odpowiedzi na 136 wniosków o poradę w zakresie stosowania ustawy o ochronie sygnalistów. Przez ten czas Rzecznik przyjął do rozpatrzenia 14 zgłoszeń dotyczących naruszeń konstytucyjnych praw i wolności człowieka i obywatela.
- Nie ma lawiny zgłoszeń od sygnalistów, ale one się pojawiają. Problem jest jednak taki, że pracodawcy zamiast przyjąć, że zgłoszenie może im pomóc w zorientowaniu się w problemach i poradzeniu sobie z nimi, odbierają to jako pewien atak na organizację. I to jest problem kulturowy - stwierdziła Wieczorek.
Ponadto - jak zauważyła - wiele zgłoszeń do RPO pochodzi od osób, które nie są sygnalistami rozumianymi przez ustawę. - To mogą być na przykład klienci danej firmy, którzy wiedzą o jakimś naruszeniu prawa, chcą o nim zaalarmować, ale nie łączy ich kontekst związany z pracą, co jest kluczowe, by mówić o sygnaliście - wyjaśniła Wieczorek.
Wskazała, że najwięcej zgłoszeń dotyczy nieprawidłowości z zakresu prawa pracy, którego ustawa nie obejmuje. W katalogu obszarów, w ramach których można dokonać zgłoszenia, są m.in. korupcja, zdrowie publiczne; ochrona konsumentów; a także konstytucyjne wolności i prawa człowieka i obywatela.
Firmy mogą jednak dobrowolnie umieścić naruszenia regulacji wewnętrznych lub standardów etycznych w wewnętrznym katalogu zgłoszeń.
- To, że najwięcej zgłoszeń dotyczy dyskryminacji lub mobbingu oznacza nie tylko, że istnieje duża społeczna potrzeba w tym zakresie, ale także, że ci pracodawcy, którzy nie włączyli tych kwestii do wewnętrznych procedur, nie poradzili sobie z komunikacją wewnątrz firmy. Pracodawcy powinni także zrozumieć, że umożliwienie sygnalizowania nieprawidłowości to przywilej poznania problemów, które się w organizacji pojawiają - podkreśliła Wieczorek.
Sygnalistą może być każda osoba narażona na działania odwetowe po dokonaniu zgłoszenia, niezależnie od podstawy i formy świadczenia pracy. Taka sama pomoc przysługuje również osobie pomagającej sygnaliście i osobie z nim powiązanej. Działania odwetowe mogą polegać np. na pozbawieniu awansu, podwyżki, nagrody lub w skrajnych przypadkach zwolnieniu z pracy.
- Ustawa o ochronie sygnalistów na pewno jeszcze nie działa tak, jak byśmy tego oczekiwali, szczególnie porównując efekty zagranicznych aktów prawnych, które doprowadziły do wielu informacji od sygnalistów. U nas to się jeszcze nie dzieje, ale idziemy w dobrym kierunku - oceniła psycholożka biznesu, specjalistka ds. zarządzania sytuacjami kryzysowymi w firmach Inga Kowalewska z Uniwersytetu SWPS.
Zdaniem ekspertki problemem wciąż jest społeczne postrzeganie sygnalistów. - Sama ustawa jest tylko regulacją, ale jeżeli społeczeństwo nie przyjmie sygnalistów pozytywnie, to po prostu ich nie będzie. Na pewno musi dojść do pewnej zmiany pokoleniowej, bo cały czas pokutuje silne skojarzenie z czasami komunizmu i PRL. Niektórzy uważają, że osoba, która informuje łamie lojalność grupową - wskazała.
Ekspertka zauważyła, że potrzebna jest ogólnopolska kampania społeczna, która pokaże pozytywne skutki zgłoszenia od sygnalisty i jakim sytuacjom może to zapobiec.
- Ważne jest pokazywanie, że sygnalista zgłaszając naruszenia nie kieruje się prywatnym interesem, tylko robi to dla dobra ogólnego, robi coś dla nas wszystkich. To są ludzie, którzy mają odwagę podejmować interwencje ryzykując czasami własnym bezpieczeństwem - zaznaczyła Kowalewska.
Przywołała słynną aferę „łowców skór”, którzy zostali skazani za zabijanie pacjentów łódzkiego pogotowia i handlowanie informacjami o zgonach z zakładami pogrzebowymi.
- W tej sprawie na samym początku chodziło tylko o łapówki od branży pogrzebowej, które przepływały do pracowników pogotowia. Może gdyby na samym początku pojawił sygnalista, tyle osób by nie zginęło - powiedziała Kowalewska.
Ponadto - jak dodała - problem z sygnalistami polega na tym, że „oni nie mają takich spektakularnych statystyk, jak na przykład strażacy”.
- Sygnalista nigdy nie dowie się, czy kogoś uratował, czy nie. Czy to, że zgłosił jednego pijanego kierowcę, nie spowodowało, że do śmiertelnego wypadku nie doszło. Po prostu będzie wściekły kierowca, będzie wściekła rodzina kierowcy, będą wściekli koledzy kierowcy. I być może sygnalista straci pracę, bo zarzuci mu się, że jest nielojalny w stosunku do środowiska. Sami pracodawcy powinni więc robić wszystko, by mieć wiedzę o nieprawidłowościach w ich strukturze - podkreśliła ekspertka.
Karolina Kropiwiec (PAP)
kkr/ jann/ lm/










































