Dla większości krajów Europy obecność w Radzie Pokoju takich państw jak Białoruś jest nie do zaakceptowania - przekazał PAP Daniel Kochis z konserwatywnego think tanku Hudson Institute. Według niego Europa uważa, że ten format nie przetrwa dłużej niż do końca administracji Donalda Trumpa.


W czwartek w Waszyngtonie odbyło się pierwsze posiedzenie Rady Pokoju, czyli nowej organizacji założonej i kierowanej przez prezydenta USA. Spotkanie zgromadziło przedstawicieli 49 państw, w tym w większości w charakterze obserwatora. Kilkanaście krajów było przedstawionych na szczeblu głowy państwa lub szefa rządu.
Polska reprezentowana była przez szefa Biura Polityki Międzynarodowej Kancelarii Prezydenta RP Marcina Przydacza w charakterze obserwatora.
Dublowanie ONZ
Daniel Kochis ocenił, że nieobecność w składzie Rady Pokoju większości sojuszników z NATO wynika przede wszystkim z obaw o ambicje rozszerzenia zakresu działania tego formatu o konflikty wykraczające poza wojnę między Izraelem a palestyńskim Hamasem.
Jak dodał, wiele krajów NATO niepokoi się, że takie rozszerzenie kompetencji byłoby dublowaniem Organizacji Narodów Zjednoczonych. Ambasador USA przy ONZ Mike Waltz zapewniał jednak, że Rada Pokoju nie ma zastąpić ONZ. Sam Trump w czwartek przedstawił Radę jako ciało wspierające i wręcz nadzorujące ONZ.
Ekspert zwrócił uwagę na „duży dyskomfort związany ze składem państw uczestniczących w Radzie Pokoju”. W szczególności dotyczy to Białorusi, kluczowego państwa klienckiego Rosji, którego włączenie do tej inicjatywy „dla większości krajów Europy jest nie do zaakceptowania”.
Dlatego - kontynuował Kochis - większość sojuszników z NATO postanowiła się wstrzymać. Zaznaczył jednocześnie, że niektóre mniejsze państwa Europy Wschodniej i Południowej zdecydowały się wziąć udział w inicjatywie, przynajmniej początkowo, aby wzmocnić stosunki dwustronne z administracją Trumpa.
W ocenie Kochisa Europa uważa, że Rada Pokoju „raczej nie przetrwa dłużej niż do końca kadencji administracji Trumpa i jako taka jest formatem, który należy monitorować, ale do którego nie należy dołączać”.
Ekspert podsumował, że brak zaangażowania w ten projekt niemal wszystkich szeroko rozumianych zachodnich partnerów USA, a także kluczowych państw, takich jak Brazylia i Indie, budzi jego wątpliwości co do trwałości inicjatywy.
„Jest jednak jeszcze za wcześnie, by stwierdzić, czy w bardziej ograniczonym kontekście dotyczącym nadzoru nad zawieszeniem broni w Strefie Gazy może ono odnieść sukces” - zaznaczył.
Michael O'Hanlon z think tanku Brookings Institution ocenił z kolei w komentarzu dla PAP, że kwestia związana ze Strefą Gazy „jest tak trudna”, że nie jest przeciwny „kreatywnemu i wywołującemu zamieszanie podejściu do tej sprawy Trumpa, nawet jeśli zakończy się to fiaskiem”.
Z Waszyngtonu Natalia Dziurdzińska (PAP)
ndz/ ap/






















































