REKLAMA

Netflix bezapelacyjnie wygrał "Squid Game"

Agata Wojciechowska2021-10-23 06:00redaktor
publikacja
2021-10-23 06:00
Netflix bezapelacyjnie wygrał "Squid Game"
Netflix bezapelacyjnie wygrał "Squid Game"
fot. David Esser / / Shutterstock

Ponad 130 mln osób obejrzało koreański serial o dość nietypowej metodzie spłaty przeterminowanego zadłużenia. Z danych przedstawionych przez Netfliksa wynika, że szacunkowa wartość "Squid Game" wynosi 900 mln dolarów. Jak na razie wyprzedza go "Gra o tron" warta 1 mld dolarów. Zobaczymy, czy serial o Westeros straci żółtą koszulkę lidera po 2. sezonie zabójczych gier. 

To megahit i nie ma aktualnie co z tym dyskutować. Zgodnie z raportem Netfliksa, cytowanym przez "Bloomberga", około 132 mln ludzi oglądało przynajmniej 2 minuty serialu w ciągu pierwszych 23 dni po premierze. Niestety platforma nie podaje, ile z nich dotrwało do końca sezonu. Można spekulować, że około 89 proc. widzów zostało z serialem i skończyło przynajmniej jeden odcinek (czyli obejrzało 75 minut show), a 66 proc., czyli około 87 mln ludzi zostało do ostatniego gracza. W sumie przed "odpalonym" serialem oglądający spędzili 1,4 mld godzin. 

Z internetowych badań wynika, że serial cieszył się 79 razy większym zainteresowaniem niż przeciętny tytuł (dane z "Vulture"). Jest też 18. najbardziej pożądaną serią w USA, generując 33 razy większy popyt niż typowy program (drugą z netfliksowej stajni po "Stranger Things"). Krytycy z IMDb przesunęli program na drugie miejsce w rankingu najpopularniejszych programów telewizyjnych na świecie (przed Tedem Lasso, ale za "Edukacją seksualną"). Firma Parrot Analytics, która określa popularność treści po jego obecności w sieci od wyszukiwań Google'a poprzez liczbę memów po częstotliwość pobrań, określiła "Squid Game" jako globalną sensację.

Ta popularność zaskoczyła nawet samego Netfliksa. - Nie wyobrażaliśmy sobie, że odzew widzów będzie tak duży na całym świecie, bo przewidywaliśmy co prawda, że zyska na popularności, ale przede wszystkim w Azji - wyjaśnia Bela Bajaria, globalna szefowa platformy streamingowej. - Subskrybenci tweetowali o nim, tik-tokowali, polecali sobie na imprezach i tak serial rozrósł się, a wieść przekazywana była "z ust do ust" - dodaje. 

Jest to wręcz serial idealny, gdyż jest w stanie zyskać szaloną popularność przy stosunkowo niskich kosztach produkcji. Ten koreański serial wygenerował 891,1 mln dolarów wpływu. Produkcja całego sezonu kosztowała 21,4 mln dolarów, co daje 2,4 mln dolarów za odcinek (przypomnijmy, że "Wiedźmin" to średnio 10 mln dolarów za odcinek). Jest też o tyle cenny, że nie opiera się na żadnej, istniejącej wcześniej własności intelektualnej, tj. książka czy komiks. 

To dobra wiadomość dla inwestorów. Szczególnie, że kilka ostatnich miesięcy nie było dla platformy łaskawych. W pierwszej połowie tego roku firma zanotowała najwolniejsze tempo dodawania nowych abonentów od 2013 roku. Tłumacząc się z wyników, Netflix obarczył winą koronawiursa, który opóźnił pracę nad nowymi produkcjami, a co za tym idzie, spowolnił premiery takowych. Nic dziwnego, że akcje spadały przez większą część roku. Jednak od czasu premiery "Squid Games" (17 września) akcje wzrosły o około 7 proc. Nic więc dziwnego, że nawet sceptycy liczą na poprawę wyników w III kwartale, albo przynajmniej lepsze prognozy na IV. Optymiści liczą, że spełnią się obie wersje. 

Co jest takiego w tym serialu, że zyskał taką popularność? Przez 10 lat różne studia filmowe odrzucały scenariusz ze względu na jego "nierealistyczny" charakter. Scenariusz z 2009 roku określono jako zbyt brutalny i co więcej, jako niedorzeczny uznano pomysł, że 456 zadłużonych osób będzie konkurować na śmierć o pieniądze, a dokładnie o 45,5 mld południowokoreańskich wonów, co brzmi porażająco, ale stanowi równowartość około 40 mln dolarów. Poszczególne konkurencje to modyfikacje gier znanych z podwórka typu "Raz dwa trzy, baba Jaga patrzy" (odcinek 1) czy swoista szklana gra w klasy, gdzie jednak skok na nieodpowiednie pole (oczywiście wybrane przez organizatorów losowo) może skończyć się lotem w przepaść (odcinek 5).

Trochę fabuły bez większych spoilerów

Wszyscy w zielonych dresach mają problemy finansowe, a ci w czerwonych pilnują zasad gry. Tyle w skrócie. To opowieść o zabójczym turnieju. To swoiste połączenie "Igrzysk śmierci" z "Black Mirror" i "Battle Royale". 

Głównym bohaterem jest Seong Gi-hun, który zatracił się w szponach hazardu. Ma długi i to u ludzi, których nie tylko lepiej nie znać, ale nawet lepiej nie domyślać się ich istnienia. Aby szybko je spłacić, chwyta się "jak tonący brzytwy" dość dziwnej propozycji tajemniczego nieznajomego, który oferuje mu udział w grze na zamkniętym terenie. Karą okazuje się być śmierć. Z każdym odcinkiem widz dowiaduje się coraz więcej o powodach, dla których uczestnicy biorą udział w tym horrorze. Co ciekawsze, bywają niejednoznaczni jak Jamie Lannister z "Gry o tron" lub... Shrek, składający się z dużej liczby warstw. 

Serial przeleżał dekadę, czekając na erę covidowego kryzysu, że dziecięce gry, które mogą kosztować życie, nabrały sensu.

- Zająłem się kręceniem filmów, ponieważ byłem sfrustrowany nierozwiązanymi problemami, które gnębią nasze społeczeństwa. Dzięki produkcjom możemy zobaczyć, jak bardzo zmienił się nasz świat. Wiem, że nie można zmienić społeczeństwa jednym filmem, ale zawsze trzeba mieć nadzieję - powiedział Hwang, twórca serialu, dla "Comicbook".

I tu wielkie zaskoczenie. "Squid Game" to jego wersja opowieści o Kopciuszku, - Chciałem napisać bajkę o współczesnym społeczeństwie i kapitaliźmie. Coś, co przedstawia ekstremalną konkurencję, trochę jak ekstremalną rywalizację życiową. Życie po prostu - tłumaczy Koreańczyk. Motyw zaczerpnął z japońskich komiksów survivalowych, tj. "Gaming Apocalypse Kaiji", "Liar Game" czy "Battle Royale", w których z przyjemnością się zaczytywał. 

Twórca też nie miał łatwo

Hwang Dong-hyuk, gdy stworzył megahit, mieszkał z mamą i babcią. W pewnym momencie, z powodu problemów finansowych, musiał sprzedać swojego laptopa za 675 dolarów. Całe 10 odcinków napisał sam, z czego dwa pierwsze zajęły mu pół roku.

Jako jedną z ciekawostek podaje się, iż twórca był tak często zestresowany swoją sytuacją finansową, że wypadło mu sześć zębów. 

A swoje alter ego umieścił w postaci Cho Sang-woo, który także ukończył prestiżowy uniwersytet, a jego babcia (w filmowej wersji mama) pracowała w Ssangmun-dong Market. 

- Świat się zmienił - powiedział Hwang, twórca serialu, w wywiadzie dla "The Wall Street Journal". - Wszystkie te punkty [pandemia, lockdowny, nierówny dostęp do szczepionek w zależności od tego czy kraj zalicza się do bogatych czy nie - przypis red.] sprawiły, że historia stała się bardziej realistyczna - dodaje. Dlatego powrócił do "Squid Game" i jak się okazało, sprzedał je Netfliksowi. Jest to niestety pesymistyczny wniosek, kończący ten drugi rok pandemii.

Już przed "Squid Games" świat stał się na mroczny na tyle, że tę krwawą grę oglądamy z popcornem na kolanach. Społeczeństwa obawiają się o przyszłość, stresują zawirowaniami gospodarczymi i niepokoją o przyszłość. Zanikają więzi międzyludzkie w walce o wszystko od zaspobów po prawa społeczne. Na to wszystko trzeba nałożyć popularność reality TV, media społecznościowe i konkurencyjne gry, które zniwelowały niemal do zera odczuwanie empatii, a wyniosły na piedestał egoizm. Dystopijny hit już nie dziwi, a raczej każe się zastanowić, czy 40 mln dolarów to wystarczająca kwota, by wziąć w nim udział. 

I zmienił się na tyle, że żąda 2. sezonu. Sam twórca oczywiście 10 lat temu go nie przewidział, tym bardziej nie przewidział go, gdy słyszał kolejne odmowy od studiów filmowych. Czy powstanie sezon numer 2, zależy m.in. od harmonogramu Hwanga. - W planach ma inny film i kilka projektów niezwiązanych z "Squid Game" - wyjaśnia Bajaria z Netfliksa. - Lubi jednak współpracować z innymi twórcami, którzy mogą wspomóc go przy tworzneiu scenariusza. Jak na razie szukamy formuły, która zadowoliłabym trzy strony: twórcę, widzów i nas, platformę streamingową - dodaje. 

Źródło:

Redaktor działu newsroom w portalu Bankier.pl. Absolwentka historii, którą studiowała dłużej niż statystyczny student, ale za to przeszła przez kilka uniwersytetów, w tym uczelnię w Edynburgu. Swoje życie zawodowe rozpoczęła dziesięć lat temu z portalem Bankier.pl. Później współpracowała z licznymi redakcjami, pisząc dla "Gazety Wrocławskiej", nagrywając dla Polskiego Radia i - ku zgorszeniu niektórych - kreując rzeczywistość w "Fakcie". Na pewno nie napisze nic o WIG20, a jeśli już to tylko w kontekście plotek, pogłosek czy domysłów. Dla czytelników siedzi nocami, oglądając seriale, podliczając gaże, czytając książki, śledząc nietypowe aukcje czy podróżując palcem po mapie. Nienawidzi wyrazu “dedykowany”, przeciw któremu prowadzi osobistą krucjatę w internecie.

Tematy
Otwórz konto w mBanku i zgarnij do 300 zł

Otwórz konto w mBanku i zgarnij do 300 zł

Powiązane: Popkultura i pieniądze

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki