Tajlandczycy nie bardzo nadają się do prowadzenia wojny i biznesu, zawsze są bardziej skłonni do zabawy niż do pracy. „Uderz w Bangkoku w gong, a Tajlandczycy zaraz przyjmują taneczny krok, zagraj na flecie, a zaraz jakaś grupa wyrzuci ręce w powietrze, zakołysze biodrami i zacznie tańczyć” – mawiał Tiziano Terzani, słynny włoski reporter.
Tajlandia nigdy nie była skolonializowana i jej mieszkańcy często ten fakt podkreślają. Sama nazwa kraju wywodzi się od słowa „thai” (wolny). Ulubione powiedzenie Tajlandczyków to „mniejsza z tym, po co się przejmować”.

To naród niezwykle łagodny i pełen szczególnego taktu, który nie pozwala przenosić swoich frustracji na innych. Tajlandczycy są bardzo tolerancyjni wobec inności. Starają się być dobrzy i chętnie niosą pomoc potrzebującym na poczet lepszej przyszłości. Takie cechy prawdopodobnie wykształcił w nich buddyzm, a konkretnie jego starsza odmiana – theravada, którą wyznaje większość mieszkańców.
Tajlandia to przepiękny kraj położony w Azji Południowo-Wschodniej. Graniczy z Laosem i Kambodżą na wschodzie, z Malezją na południu oraz z Birmą i Morzem Andamańskim na zachodzie. Bywa nazywana Syjamem, gdyż tak właśnie do 1949 roku brzmiała oficjalna nazwa. Administracyjnie kraj dzieli się na sześć regionów (Centralny, Zachodni, Wschodni, Północny, Północno- Wschodni i Południowy) oraz 76 prowincji zwanych czangwadami. Nazwa każdej z prowincji jest jednocześnie nazwą jej stolicy. Ponadto istnieją dwa dystrykty specjalne – Bangkoku, uważanego przez wielu Tajów za oddzielną prowincję, oraz Pattayi, zaliczanej także do prowincji Chonburi. Każda prowincja dzieli się na mniejsze dzielnice, tzw. amphoe, i jeszcze mniejsze poddzielnice. Stołeczny Bangkok podzielony jest na 50 dzielnic zwanych khet.

Do rubieży państwa zaliczane są także liczne wyspy i wysepki, z których największe to Phuket na Morzu Andamańskim, a także Samui i Phangan w Zatoce Tajlandzkiej. Największą wyspą Tajlandii jest położona na Morzu Andamańskim, około 800 kilometrów od Bangkoku – wyspa Phuket.
Bilety z Polski sporo kosztują, ale podróżowanie wewnątrz kraju jest tanie i wygodne. Tajlandia ma doskonale rozbudowaną sieć lokalnych tras rejsowych. Przeciętna cena biletu waha się pomiędzy 150 a 250 zł. Z kolei drogi nawet w najbardziej zatęchłej dziurze mają lepszą nawierzchnię niż te w centrum naszej stolicy.

Tajlandia jest ulubionym celem wypraw obieżyświatów unikających jak ognia biur podróży. Niemal każdy zaczyna podróż po tym kraju od Bangkoku… To doskonałe miejsce dla turystów podróżujących na własną rękę. Stąd też najłatwiej dostać się do innych części Tajlandii. Miasto uderza chaosem, ogromem i hałasem, a to wszystko przeplata się z kolorami, zapachami i dźwiękami. Od nadmiaru wrażeń kręci się w głowie, człowiek chłonie wszystko całym ciałem, po chwili nasiąka tą atmosferą i czuje się jak ryba w wodzie.
Trochę czasu wymaga przystosowanie się do warunków, ale atrakcji jest tutaj co niemiara, zarówno w postaci zabytków, jak i bardziej miejskich rozrywek. Miejscem, którego nie wolno ominąć w Bangkoku, jest świątynia (Wat) Phra Kaew, zwana zwyczajowo Świątynią Szmaragdowego Buddy, oraz przylegający do niej kompleks Pałacu Królewskiego. Posążek Szmaragdowego Buddy jest najcenniejszym zabytkiem Tajlandii, ale nie można go fotografować. Jest poza tym dosyć mały, co utrudnia jego oglądanie – można go podziwiać z odległości kilkunastu metrów. Za to w Pałacu Królewskim mieści się muzeum monet, jakie były bite i używane na terenie obecnego Królestwa Tajlandii. Inne ważne świątynie, które warto zobaczyć, to Wat Po – Świątynia Leżącego Buddy (75 -metrowy pozłacany posąg), i Wat Trai Mitr – Świątynia Złotego Buddy. Statua Złotego Buddy znajduje się w dzielnicy chińskiej. Najpierw myślano, że jest zrobiona z gipsu. Gdy pewnego dnia pękła, objawiło się jej prawdziwe wnętrze: wysoki na trzy metry Budda wykonany jest ze złota ważącego 5,5 tony. Nawet osoby najmniej wrażliwe i nieczułe na kulturę nie mogą przejść obojętnie obok tak wspaniałych klejnotów tajskiej sztuki budowania świątyń – podkreślają wszystkie przewodniki. I rzeczywiście posąg Złotego Buddy robi spore wrażenie.

Chinatown pełen jest różnych sklepów, magazynów i straganów z dziwnym jedzeniem. Można tam kupić wiklinowy kapelusz, części silnika spalinowego, a także łódź morską. Główna atrakcja Bangkoku to legendarne już Khao San Thanon z angielska zwane Khao San Road. Jest to ulica w centralnej części miasta zamykana dla ruchu samochodowego po zapadnięciu zmroku, czyli po 18, i zamieniana na noc w deptak pełen knajp wszelakich – od toples barów po kluby muzyczne. Sama ulica pełna jest przeróżnych kramów z ciuchami, płytami (oczywiście pirackimi), ale jeszcze więcej niż straganów jest tam turystów szukających rozrywek. Na ulicy nie spotka się ponurego człowieka – uśmiech towarzyszy wszystkim i zarażamy się nim bezwiednie.

Bycie falang, czyli, w wolnym tłumaczeniu, „białasem”, oznacza pewne przywileje niedostępne dla tubylców. Gdy jest się turystą, można bez przeszkód wchodzić do klubów i kupować alkohol. Tajowie zaś są przy takich okazjach legitymowani. Poza tym białych zwykle traktuje się w sytuacjach oficjalnych lub handlowych z większym szacunkiem. Mianem „falang” Tajowie określają wszystkich białych przybyszów. Określenie to nie jest ani pogardliwe, ani rasistowskie.
Rita Keller


























































