Słynny francuski 35-godzinny tydzień pracy odchodzi do lamusa. Francja, dumna ze swoich socjalistycznych przywilejów co najmniej tak samo, jak z sera pleśniowego, musi odpowiedzieć na ważne pytanie: czy obowiązujący od 15 lat najkrótszy tydzień pracy w Europie zdał gospodarczy egzamin.



Media coraz częściej donoszą, że firmy znad Sekwany korzystają ze złagodzonej w ubiegłym roku przez Franćoisa Hollande’a polityki zatrudnienia: wydłużają czas pracy w zamian za gwarancję zatrudnienia. Niedawno zrobił to m.in. Daimler, niemiecki producent aut, który ma we Francji dwie fabryki.
— To początek końca 35-godzinnego tygodnia pracy. Co mądrzejsi menadżerowie prowadzą rozmowy ze związkami, analizują liczby i konkurencję. Będziecie świadkami innowacyjnych sposobów puszczania kantem tego 35-godzinnego problemu — powiedział Bloombergowi Ludovic Subran, główny ekonomista w Euler Hermes w Paryżu.
Leniwa „35” zrobiła jednak swoje. Dane OECD pokazują, że Francuzi są jednym z najefektywniejszych narodów w Europie. W ciągu godziny wypracowują więcej dolarów niż Niemcy (62,7) i mają pod tym względem 7. miejsce w Europie. Niską wydajność mają Grecy. Niby nic dziwnego, ale OECD uważa jednocześnie potomków Hellenów za jeden z „najpracowitszych” narodów Europy — Grecy spędzają w pracy średnio 42 godz. w tygodniu. Polacy spędzają w pracy średnio 40,7 godzin, ale produktywność na godzinę jest blisko dwa razy słabsza (29,7).
- Bogatsze kraje mogą sobie po prostu pozwolić na krótszą pracę zauważa Piotr Kalisz, główny ekonomista Citi Handlowego. Jak ocenia, krótszy czas pracy nie gwarantuje lepszych wyników, choć każdy pracownik ma swój limit czasu pracy, powyżej którego staje się mniej wydajny.
Najnowsze trendy w zarządzeniu sugerują, że sekret wydajności leży raczej w elastyczności czasu pracy - wskazuje ekspert.

Czytaj więcej w dzisiejszym "Pulsie Biznesu"





























































