W ciągu ostatnich miesięcy politycy i chyba także większość ekonomistów zdążyła już odtrąbić zakończenie globalnej recesji. Stymulowane pożyczonymi lub dodrukowanymi pieniędzmi gospodarki Stanów Zjednoczonych, Niemiec i Francji odbiły się od dna. Za wcześnie jeszcze, by oceniać czy mamy do czynienia z trwałym ożywieniem czy tylko odreagowaniem pierwszej fali recesji. Jednakże większość ludzi jeszcze nie odczuwa poprawy koniunktury widocznej w danych statystycznych. Wzrost PKB, rosnąca dynamika produkcji czy większy eksport nie są kategoriami bezpośrednio przekładającymi się na codzienne życie.
Jedną z najprostszych miar odczuwalnego przez ludzi poziomu koniunktury gospodarczej jest właśnie Misery Index. Jego wzrost oznacza pogorszenie warunków życia, zaś spadek symbolizuje poprawę. Dla Polski w październiku wskaźnik ten przybrał wartość 11,5 i był o 0,1 niższy niż we wrześniu. Można więc mówić o minimalnej poprawie odczuwalnego stanu polskiej gospodarki, co koresponduje ze wzrostem PKB w trzecim kwartale o 0,5% kw/kw. Za spadek Misery Index odpowiadała niższa stopa inflacji – według GUS-u dynamika wzrostu cen spowolniła z 3,4% do 3,1% w ujęciu rocznym. Wzrosło niestety bezrobocie – według Eurostatu bez pracy w październiku pozostawało 8,4% czynnych zawodowo Polaków, czyli o 0,2 pkt. procentowego więcej niż we wrześniu.
Generalnie dwucyfrowy poziom indeksu nędzy nie pozwala mówić o szczęśliwości społecznej. W rozwiniętych gospodarkach taki wynik uważa się za oznakę głębokiego kryzysu. Analogiczne wskaźniki dla Stanów Zjednoczonych i strefy euro wynoszą odpowiednio 10,0 i 10,4. Są więc nieznacznie niższe niż w Polsce, jednak zdecydowanie wyższe niż przed recesją. Dla Polaków obecny wynik nie oznacza bowiem dramatycznego pogorszenie koniunktury, tylko jej (oby) przejściowe ochłodzenie.
Niestety najbliższe miesiące nie zapowiadają kontynuacji spadkowej tendencji Misery Index. Zima charakteryzuje się w Polsce sezonowym wzrostem stopy bezrobocia, a zapowiadane na początek roku podwyżki cen energii elektrycznej czy efekt niskiej zeszłorocznej bazy w przypadku cen paliw zapewne podbiją wskaźnik CPI. W ten sposób na początku przyszłego roku polski indeks nędzy może osiągnąć wartość 12,0. Lecz jeśli wierzyć prognozom makroekonomistów, to wiosną powinien zacząć spadać. Co jednak nie zmienia faktu, że dla większości polskich gospodarstw domowych rok 2010 może być trudniejszy niż obecny, a odczuwalny poziom koniunktury nie powróci do wartości z lat 2007-08.
Krzysztof Kolany
Analityk Bankier.pl
Indeks nędzy – (ang. misery index) jest wskaźnikiem makroekonomicznym skonstruowanym przez amerykańskiego ekonomistę Arthura Okuna. Indeks ten powstaje poprzez zsumowanie stopy bezrobocia oraz rocznej stopy inflacji mierzonej wzrostem cen koszyka towarów konsumpcyjnych (CPI). Im wyższy indeks nędzy, tym gorszy jest stan gospodarki. I odwrotnie: spadek indeksu świadczy o odczuwalnej poprawie koniunktury. Zaletą tego wskaźnika jest jego prostota oraz porównywalność w czasie i przestrzeni (tj. pomiędzy różnymi krajami w różnych okresach czasu).
Jednakże podstawowym mankamentem są w tym przypadku dane źródłowe, których metodologia może podlegać zmianom (zwłaszcza w dłuższych okresach czasu). W przypadku Polski dane o cenach detalicznych pochodzą z Głównego Urzędu Statystycznego (CPI), zaś źródłem informacji o stopie bezrobocia jest Eurostat badający to zjawisko metodą BAEL. Przy czym metodologia unijna pozwala w pewnym stopniu na pominięcie fikcyjnych bezrobotnych figurujących w rejestrach polskich urzędów pracy.


























































