Angela Merkel, Nicolas Sarkozy, Ben Bernanke, do niedawna Jean-Claude Trichet, a ostatnio Mario Draghi. Nie mówią o produkcji przemysłowej w Niemczech, bezrobociu we Francji czy inflacji w Stanach Zjednoczonych. Mówią za to rzeczy dużo ważniejsze. Co prawda Bernanke i Draghi nie są politykami, ale mają w swoich rękach narzędzia, które pozwalają im kształtować klimat obecnej polityki gospodarczej. W państwo "nocnego stróża" nikt w Europie i w Stanach Zjednoczonych już dziś nie wierzy.
Ben Bernanke podczas swoich wystąpień mówił otwarcie: jeżeli sytuacja gospodarcza będzie niekorzystna, będziemy działać. Zmieniając wartość stóp procentowych lub informując o skupowaniu obligacji. W podobnym tonie wypowiadał się Trichet, on jednak miał na swoim terenie dwóch bardzo potężnych graczy - kanclerz Niemiec i prezydenta Francji, którzy bez problemu potrafili przyćmić rynkowe dane.
Tak było choćby w czwartek 27 października. Opublikowane tego dnia dane o koniunkturze gospodarczej w strefie euro byłby bardzo podobne do prognoz, co nie znaczy jednak, że były dobre. Ale tego dnia indeksy w ogóle na wskaźniki nie reagowały. Ważniejszy był środowy szczyt przywódców strefy euro, którzy przyjęli plan ratowania europejskich banków. Od samego rana indeksy znajdowały się na wyraźnych plusach i nie było siły, która mogłaby ostudzić nastroje.
Kryzysowa narzeczona
Kluczowe pytanie brzmi: jakie znaczenie mają dane makro? O tym, że ogólna sytuacja gospodarcza Europy i Stanów Zjednoczonych jest zła, wiemy co najmniej od połowy 2008 roku. Po krachu w pierwszych miesiącach 2009 roku rozpoczęło się odbicie, chociaż nie zostały podjęte żadne istotne reformy. Na zakażoną ranę naklejono plaster licząc, że nie będzie trawić dalej organizmu (zamiast zaserwować potężną dawkę surowicy).
PKB w Stanach Zjednoczonych i strefie euro nie zaczął dynamicznie rosnąć, nastroje w przemyśle i wśród konsumentów nie są zbyt korzystne. Politycy przestraszyli się jednak nie na żarty i postanowili pomóc gospodarce, skupując obligacje i udzielając kredytów, których realnych terminów spłat nie ma nawet sensu wyznaczać. Inwestorzy dostali za to czytelny sygnał - kiepskie dane nie oznaczają bezpośrednich problemów. Nie ma więc sensu dyskontować ich, podejmując decyzje na rynku. Punktów oparcia nie trzeba było długo szukać.
|
Spadki się nie opłacają, więc ich nie będzie
Gdyby Grecja, pozostając w strefie euro, stała się oficjalnie niewypłacalna, wspólną walutę czekałby smutny los. I choć na południu Półwyspu Bałkańskiego sytuacja wygląda beznadziejnie, euro ma się całkiem nieźle. Wszystko dlatego, że najwyżsi europejscy oficjele wciąż mówią, że negatywny scenariusz się nie sprawdzi, bo sami na to nie pozwolą. Skoro inwestorzy i politycy grają do jednej bramki, a ci drudzy mogą swoimi decyzjami doprowadzić do oczekiwanych rozwiązań, nie ma sensu się sprzeciwiać. Znamy kierunek, w którym płynie rekin, więc ławica nie będzie zawracać.
Latem sytuacja strefy euro nie wyglądała jednak tak klarownie (to znaczy nie wszystko zostało obiecane), więc inwestorzy zaczęli panicznie uciekać do szwajcarskiego franka. Spekulacyjna zabawa nie trwała jednak długo - Narodowy Bank Szwajcarii nie miał zamiaru stosować się do rynkowych zasad gry, skoro nikt inny tego nie robił. Zapowiedział, że nie pozwoli na to, by kurs EUR/CHF spadł poniżej kursu 1,20 i w razie czego jest w stanie skupić na rynku każdą ilość gotówki. Reakcja była natychmiastowa - frank jednego dnia stracił prawie 10% wartości.
Gdzie jest cel, gdzie jest sens, gdzie jest brzeg
Chociaż poziomy długu publicznego do PKB, rentowność obligacji i dane z gospodarki wydają się mówić, że system oparty na obietnicach musi upaść, nie jest to wcale przesądzone. Wiele państw strefy euro radzi sobie z obsługą zadłużenia i zachowuje płynność finansową. Poza tym wiele krajów spoza eurolandu ma spore zapasy gotówki i na pewnych warunkach mogą pomóc w ratowaniu bankrutów. I gdyby politycy i sami mieszkańcy państw nad przepaścią przedstawili mocne postanowienie poprawy, krach nie byłby wcale konieczny.
|
Tu jednak koło się zamyka. Zarówno do ratowania strefy euro, jak i do jej reformowania potrzebne są decyzje. I dobra wola musi połączyć polityków, właścicieli banków i społeczeństwo. O tym, że będzie to trudne, przekonały nas ostatnie tygodnie w Grecji. Wspólnotowość i wola porozumienia były podwalinami integracji Europy. Jeżeli tego fundamentu zabraknie, kilka fragmentów wspólnego domu może się rozsypać.
Mateusz Szymański
Bankier.pl
napisz do autora: m.szymanski@bankier.pl
























































