Tak nudnej sesji chyba jednak nikt się nie spodziewał – indeks S&P500 wyrysował klasyczną „formację dżdżownicy” – giełdowy wykres wyglądał jak EKG nieboszczyka. Jedyną niespodzianką było przedłużenie sesji na NYSE o 15 minut z powodu problemów technicznych. Ostatecznie S&P500 spadł o 2,84%, kończąc tydzień wynikiem 897,15 pkt. Dow Jones obniżył się o 2,54%, meldując się z wynikiem 8.288,92 pkt. Nasdaq stracił 2,67%, osiągając wartość 1.796,52 pkt. W skali całego tygodnia S&P500 osunął się o 4,1% (to trzeci z rzędu spadkowy tydzień), DJIA spadł o 1,7%, zaś Nasdaq obniżył się o 2%.
Taniało dziś właściwie wszystko, choć słabiej na tle rynku wypadły spółki naftowe i przemysłowe. Tym pierwszym nie ma się co dziwić, ponieważ ropa potaniała o blisko 4%, w ciągu trzech dni niwelując wzrosty wypracowane przez cały czerwiec. Za to sektorowi przemysłowemu nie pomogły lepsze od prognoz dane o zamówieniach, których wartość w maju wzrosła o 1,2% m/m.
Ale informacje, które doprowadziły do wyprzedaży akcji, nadeszły jeszcze przed sesją. Z amerykańskiej gospodarki w czerwcu ubyło 467 tysięcy miejsc pracy - ekonomiści liczyli na spadek w granicach 365 tys. Wielu inwestorów miało nadzieję, iż dane te potwierdzą opinię, głoszącą że rynek pracy najgorsze ma już za sobą. Mniejsza od prognoz okazała się za to stopa bezrobocia, która wzrosła z 9,4% do 9,5% (oczekiwano 9,6%), lecz to i tak najwyższy wynik od sierpnia roku 1983.
Wymowę tego raportu nieznacznie tylko łagodzą rewizje za maj i kwiecień, dzięki którym do bilansu zatrudnienia możemy doliczyć +38 tys. etatów. W następnych miesiącach raczej nie powtórzą się też zwolnienia w administracji rządowej, które z finalnego wyniku odjęły 52 tys. miejsc pracy. Nieco wyhamowało też tempo spadku zatrudnienia w przemyśle i budownictwie, rośnie za to skala zwolnień w sektorze usług, który zatrudnia blisko 86% siły roboczej w USA. Niepokoić może też fakt, że Amerykanie pracują coraz krócej, w związku z czym mniej zarabiają i mają mniej pieniędzy na konsumpcję. Średni czas pracy spadł do 33 godzin w tygodniu, co jest najniższym wynikiem w historii tych danych (czyli od roku 1964).
Dzisiejsza sesja chyba rozwiała nadzieje giełdowych optymistów – korekta marcowo-czerwcowych wzrostów dopiero się rozpoczęła i jeżeli dane z amerykańskiej gospodarki nie odnotują jakiejś nadzwyczajnej poprawy, to indeks S&P500 przetestuje kolejne poziomy wsparć. Wiele będzie też zależało od wyników kwartalnych spółek – sezon ich publikacji rozpocznie się w przyszłym tygodniu. Według danych agencji Bloomberga eksperci spodziewają się, że w drugim kwartale zyski spółek z indeksu S&P500 zmniejszyły się o 34%. Nadchodzące trzy miesiące mają przynieść regres rzędu 21%, zaś w ostatnim kwartale wyniki mają wzrosnąć o 61% - głównie za sprawą wyjątkowo niskiej bazy z poprzedniego roku (nadzwyczajne straty w sektorze finansowym).
Krzysztof Kolany


























































