Czterej Jeźdźcy Finansowej Apokalipsy

analityk Bankier.pl

Żyjemy w czasach ostatecznych. W światowych finansach trzeszczy coraz mocniej, stare instytucje i rozwiązania przestają zdawać egzamin, a nowe wciąż jeszcze się nie wyklarowały. W tak niepewnych realiach warto odwołać się do korzeni. Apokalipsa mówi, że Dzień Sądu poprzedzi nadejście Czterech Jeźdźców Apokalipsy. Tak też będzie w świecie finansów.

Jeszcze się nie pojawili, ale już się o nich mówi. Ktoś widział ślady jednego, ktoś słyszał przeraźliwy krzyk drugiego, gdzieś znaleziono ofiarę trzeciego, a czwarty się komuś sugestywnie przyśnił...

Czterej Jeźdźcy Apokalipsy – jeden z najbardziej eksploatowanych w kulturze popularnej apokaliptycznych motywów – mają swoje gospodarcze odpowiedniki. Wojna, Zaraza, Głód i Śmierć codziennie przewijają się przez media finansowe, choć nie wszyscy potrafią ich trafnie zidentyfikować. Kiedy w pełni zamanifestują swoją obecność będzie już za późno, więc trzeba ich wypatrywać z daleka.

"Czterej Jeźdźcy Apokalipsy", Wiktor Wasniecow (1887)
"Czterej Jeźdźcy Apokalipsy", Wiktor Wasniecow (1887) (Wikimedia)

I. Wojna

Retoryka wojenna w świecie finansów to chleb powszedni. Firmy walczą o klientów, korporacje dokonują wrogich przejęć, produkty podbijają nowe rynki… To wszystko tylko jednak niewinne określenia wymyślone przez spragnionych emocji marketingowców i dziennikarzy. Prawdziwy pierwszy jeździec finansowej apokalipsy – Wojna – powinien być kojarzony przede wszystkim z wojną walutową.

Wojna walutowa to taki wyjątkowy rodzaj wojny, w którym rywalizacja idzie nie – jak w wojnie tradycyjnej - o miano najsilniejszego, lecz najsłabszego. Konkretnie, o jak największe osłabienie własnej waluty względem waluty innych graczy. Fachowo nazywa się to „konkurencyjna dewaluacja”, potocznie „okradnij swojego sąsiada”. Wojnę walutową prowadzi się oczywiście w celu stymulowania eksportu, który w teorii ma być „kołem zamachowym” dla całej gospodarki. Oczywiście tracą na tym importerzy i posiadacze dewaluowanej waluty, której siła nabywcza spada z napływem na rynek nowych pieniędzy, jednak tego „podżegacze walutowo-wojenni” na sztandary już nie biorą.

"Śmierć na białym koniu", Benjamin West (1796)
"Śmierć na białym koniu", Benjamin West (1796) (Wikimedia)

O wojnach walutowych – których najnowsza historia sięga czasów Wielkiego Kryzysu, a korzenie tkwią głęboko w mrocznych wiekach merkantylizmu - mówi się ostatnio najczęściej w kontekście Chin. Decyzja o dewaluacji juana w sierpniu 2015 r. przez wielu komentatorów odczytana była jako akt wypowiedzenia przez Państwo Środka wojny walutowej reszcie świata. Trudno jednak bezrefleksyjnie przyjąć taki punkt widzenia, ponieważ wcześniej banki centralne innych monetarnych mocarstw celowo i metodycznie osłabiały własne waluty. I – co najważniejsze w kontekście nadchodzących czasów – nadal mają na to apetyt, a na dodatek pewne okoliczności zmuszają je do trwania w takim paradygmacie (szerzej na ten temat przy kolejnych Jeźdźcach Apokalipsy).

W wojnie walutowej zazwyczaj próżno szukać sojuszników. O ile w ogólnoświatowych militarnych rywalizacjach ostatniego wieku stawały naprzeciw siebie dwa potężne bloki państw, o tyle na polu monetarnym trwają zmagania w trybie „każdy z każdym”. Ameryka oskarża Chiny o kradzież miejsc pracy (i to na długo przed Donaldem Trumpem), Korea ma za złe Japonii nieuczciwą konkurencję ze strony nagle osłabionego jena, kraje rozwijające się oskarżają zachodnią finansjerę o celowe destabilizowanie sytuacji, a bezpieczne przystanie (takie jak Szwajcaria, Dania czy Szwecja) grożą, że zrobią wszystko co trzeba, aby napływający kapitał nie umocnił nazbyt ich walut.

Narodowy Bank Polski znajduje się w ariergardzie rewolucji w bankowości centralnej i prezentuje dosyć konserwatywne usposobienie (jedne z najwyższych stóp w regionie, praktycznie brak nadzwyczajnych programów interwencyjnych). Przez lata złoty nie tracił do głównych walut tyle, co waluty innych emerging markets. Jednak gdy kule zaczynają latać nad głowami, a atmosfera robi się gorąca, także i nad Wisłą odczuwamy skutki wojen walutowych – w postaci zmienności kursów walutowych i odpływu kapitału mającego wpływ na rynek akcji i obligacji.

Lista kolejnych ruchów poczynionych w ramach wojen walutowych jest długa. Jak wyliczył ostatnio Bank of America, w ciągu ostatnich 8 lat na świecie doszło do ponad 630 obniżek stóp procentowych, a banki centralne skupiły aktywa o wartości ponad 12 bilionów dolarów. Bellum omnium contra omnes, w której wyraźnych zwycięzców nie widać nawet daleko na horyzoncie.

Kolejne szczyty grup G20 czy G7, które można nazwać monetarnym odpowiednikiem konferencji pokojowych, nie przynoszą efektu. „Wojna walutowa czy konflikt interesów”, „Wojny walutowe rujnują portfele narodów”, „Wojny walutowe wkraczają do Moskwy”, „Spotkanie G20 w cieniu wojen walutowych” – pisaliśmy w latach ubiegłych. Od tamtej pory konflikt jedynie się zaostrzył, a do listy szczytów niespełnionych nadziei tej możemy dodać spotkanie w Szanghaju, przed którym część mediów tradycyjnie liczyła choćby na mglistą zapowiedź globalnego porozumienia lub przynajmniej zawieszenia broni, a który ostatecznie przyniósł w tej kwestii fiasko.

"Czterej Jeźdźcy Apokalipsy", Albrecht Durer (1498)
"Czterej Jeźdźcy Apokalipsy", Albrecht Durer (1498) (Wikimedia)

W trwającej obecnie światowej wojnie walutowej najważniejsze rozstrzygnięcia dopiero przed nami. Już od dawna mówi się, że „Władcom pieniądza kończy się amunicja”. Powoli nawet najważniejsi aktorzy zaczynają przyznawać, że korzystanie z tzw. niekonwencjonalnych środków prowadzenia polityki monetarnej nie może trwać wiecznie (patrz: stanowisko prezesa SNB Thomasa Jordana czy Banku Rozliczeń Międzynarodowych). Im bardziej napięta zacznie się robić sytuacja, tym więcej nerwowych ruchów ze strony banków centralnych może nas czekać – analogicznie, jak w przypadku generałów czy polityków znajdujących się pod presją.

Ano właśnie. Widmo eskalacji wojny walutowej groźne jest nie tylko ze względu na jej niszczące konsekwencje dla samych walut, a w konsekwencji gospodarek – choć już sama perspektywa Naprawdę Wielkiego Kryzysu jest wystarczająco straszna. Wojna walutowa bowiem niemal nigdy nie występuje w stanie wyizolowanym. Chyba nikt nie wierzy w to, że w najważniejszych światowych stolicach z Waszyngtonem, Pekinem czy Moskwą na czele, nie rozmawia się na ten temat (o tym, jak trenował Pentagon w książce „Wojny walutowe” ciekawie pisał Amerykanin James Rickards).

Polityczne konotacje tylko w teorii niezależnych banków centralnych, jak również zmieniające się geopolityczne oblicze świata (wieszczony od dawna koniec lub chociaż naruszenie Pax Americana) każą wpisać wojnę walutową w szerszy kontekst. Gdzie pojawia się dewaluacja na wyścigi, tam rośnie pokusa uciekania się do ceł, barier, embarg i kwot. Wojna handlowa rodzi zaś pokusę sięgnięcia po inne argumenty, z ultima ratio regum włącznie. Jak pisał XIX-wieczny francuski pisarz-ekonomista Frederic Bastiat: „Jeśli towary nie będę przekraczać granic, zrobią to armie”. Oczywiście, jak w każdej wojnie, największe ofiary poniosą zwykli ludzie.

Źródło:

Newsletter Bankier.pl

Dodałeś komentarz Twój komentarz został zapisany i pojawi się na stronie za kilka minut.

Nowy komentarz

Anuluj
1 12 ~ghost

drogi Panie autorze.
Bardzo ciekawy artykul,z tym,ze to nie rzady beda rzadzic,ale rzady cieni za plecami tych rzadow,miedzynarodowe organizacje i korporacje,ktore sa tubami ideologiczymi tych globalistycznych pasoz....znaczy sie elit.
Elitom jest najzupelniej obojetnie czy liderem jest amerykanski demokrata czy rosyjski despota, i czy spoleczenstwo na tym ucierpi bardzo duzo czy jeszcze wiecej,elity interesuje zachowanie status quo,czyli jak utrzymac bogactwo,PKC.(po kazdej cenie)
Innymi slowy,szykujmy sie na spoleczenstwo bezgotowkowe i nowy wspanialy swiat.Wspanialy dla jednych,piekielny dla drugich.
pozdr
p.s a swoja droga,do napisania artykulu sklonila chyba lektura..Biblii?

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
11 11 ~plutarch

Bankier.pl koniecznie chce zasiać ziarno paniki. Zarządzanie refleksyjne - dobra szkoła.

! Odpowiedz
7 6 ~plutarch

Z tonu wnoszę, że autor aż czeka na tę apokalipsę. Ach, będzie się działo!

! Odpowiedz
1 1 (usunięty) odpowiada ~plutarch

(wiadomość usunięta przez moderatora)

! Odpowiedz
0 6 ~MacGawer odpowiada ~plutarch

Dzień przed zamknięciem banków Grecy spokojnie spacerowali nie biorac do czachy tego co się u nich dzieje. Ruscy dziennikarze latali wśród nich pytając "czy widzisz kryzys o którym mówią w Ameryce", a oni odpowiadali "jaki kryzys?". Tak, zdaniem fachowcow a'la RT to był zwykły spisek, bzdura i manipulacja... Kilka godzin później płacz i zgrzytanie zębów bo po prostu zabrakło gotowki do bankomatow, jakby powiedział Zorba "jaka piękna katastrofa". Gdyby EBC nie poratował ich kupa kasy (nota bene odbieraną m. innymi takim bogaczom jak Słowacja) oglądalibysmy tam dobrobyt a'la stan wojenny. No cóż, kto ma oczy widzi jak małe pole manewru mają "wladcy pieniądza", Grecja czai się na każdym rogu.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
0 5 ~goodBlesss

Żuław Graty :)

! Odpowiedz
11 5 ~Jan

plutarch to potomek banderowców wydaje mi się, a Wy jak sadziecie?

! Odpowiedz
4 5 ~plutarch

no widzisz, jak ładnie się nam przedstawiasz - Ministerstwo Miłości cię stworzyło, Putin uposażył.

! Odpowiedz
4 4 ~plutarch

specjalnie nie klikam "zgłoś do moderatora", bo dawno Olgino tak ładnie się nie odsłoniło :-)

! Odpowiedz
2 1 (usunięty) odpowiada ~plutarch

(wiadomość usunięta przez moderatora)

! Odpowiedz
Zapisz się na bezpłatny newsletter Bankier.pl