Komisja drastycznie obniżyła wszystkie limity połowowe na ryby, które będą obowiązywać w przyszłym roku na morskich wodach Unii Europejskiej. Dla polskich rybaków najważniejszy jest limit na bałtyckie dorsze, których łowienie stanowi podstawę ich egzystencji. Przyszłoroczny limit, jaki przypadnie Polsce, po podziale między unijne kraje nadbałtyckie, będzie mniejsza o 3 tys. ton ryb niż w tym roku. Na każdy polski kuter przypadnie rocznie zaledwie 20 ton dorszy. Opłacalność eksploatacji takiej jednostki można uzyskać łowiąc około 80 ton.
Lech Kempczyński, zastępca dyrektora Departamentu Rybołówstwa Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi, powiedział, że ograniczenia w połowach, ustalone w Brukseli, dotyczą również wydłużenia z dwóch do czterech miesięcy okresu ochronnego na dorsze, który obowiązywać ma od maja do września. Wprowadzony zostanie całkowity zakaz połowów wszystkich gatunków ryb na akwenie Głębi Gdańskiej. Natomiast rybacy przybrzeżni, łowiący łodziami o długości powyżej 8 m, będą musieli dokumentować ilość złowionych ryb zapisami w dziennikach.
Będą protesty
- Ustalenia Komisji Europejskiej doprowadzą do bankructw wielu armatorów kutrów - mówi Maciej Dlouhy, prezes Krajowej Izby Rybackiej w Ustce. - Pracę stracą także ich załogi. Tysiące osób w małych, nadmorskich miejscowościach stracą źródło utrzymania. Można powiedzieć, że niedługo rozpocznie się upadek naszego rybołówstwa bałtyckiego. Ucierpią także rybacy z innych, najbiedniejszych krajów Unii takich jak Litwa, Łotwa i Estonia. Zyskają Niemcy, Duńczycy, Szwedzi i Finowie, którzy zdołali już, przy wsparciu funduszy unijnych, przeprowadzić zmiany w swoim rybołówstwie i przystosować je do działania w warunkach ograniczonych limitów. Prezes Dlouhy przypuszcza, iż na początku roku może dojść do gwałtownych akcji protestacyjnych zdeterminowanych rybaków. Będą to akcje spontaniczne i niekontrolowane przez organizacje rybackie.
Członkiem delegacji naszego kraju na obrady w Brukseli był prof. Zbigniew Karnicki z Morskiego Instytutu Rybackiego w Gdyni. Twierdzi on, że stanowisko komisji jest trudne do przyjęcia przez Polskę. Nie ma podstaw do drastycznego ograniczenia lub wprowadzenia zakazu łowienia dorszy na Bałtyku. Są one chronione przez stosowanie selektywnych narzędzi połowowych, sieci z dużymi oczkami, przepuszczającymi mniejsze ryby i okresowe, dwumiesięczne zakazy połowów. Nie można wprowadzać np. całkowitego zakazu połowów, bo zagraża to likwidacją całego naszego rybołówstwa bałtyckiego i kilku tysięcy miejsc pracy.
Trudny kompromis
Unijna wspólna polityka rybacka zakłada ograniczanie, a nawet - zakazywanie połowów na różnych akwenach. Ma to ochronić ryby morskie, narażone na wytrzebienie na skutek przełowienia, czyli połowów, których wielkość uniemożliwia odradzanie się ich stad. Za najbardziej zagrożone wyginięciem gatunki uznano, na podstawie raportów naukowców, m.in. dorsze, morszczuki i sole.
Podczas obrad w Brukseli osiągnięto kompromis. Wprowadzono kwoty i ograniczenie dni połowów do dwudziestu w miesiącu. Natomiast komisja zrezygnowała ze stworzenia na niektórych obszarach morskich stref objętych całkowitym zakazem łowienia ryb. Takimi obszarami, jeśli chodzi o dorsze, miały być Morze Północne i Bałtyk. Przeciwko zmniejszeniu połowów wystąpiła jedynie Litwa, a delegacje Wielkiej Brytanii i Francji oraz części innych państw wyraziły swoje wątpliwości. Od zabrania głosu wstrzymała się Grecja. Komisja nie ukrywała, że będzie dążyła do zmniejszania limitów w nadchodzących latach. Joe Borg, komisarz ds. rybołówstwa komisji, stwierdził, że połowy muszą być mniejsze, aby skuteczniej ochronić zasoby ryb i nie doprowadzić do ich całkowitego wytrzebienia.
Dziennik Bałtycki
Jacek Sieński
























































