Po dość ambiwalentnych danych z rynku pracy nowojorskie indeksy odnotowały niewielkie wzrosty i zameldowały się na najwyższych poziomach od dwóch miesięcy. Zdaniem sceptyków przyczyną zwyżki było zamykanie przynoszących straty krótkich pozycji.


W piątek Dow Jones zyskał 0,59%, Nasdaq poszedł w górę o 0,20%, zaś S&P500 o 0,33%, kończąc dzień na „dyskontowym” poziomie 1.999,99 pkt. W skali tygodnia DJIA urósł o 2,2%, S&P500 o 2,7%, a Nasdaq o 2,8%. Był to trzeci z rzędu tydzień wzrostów amerykańskich indeksów.
Tradycyjnie w pierwszy piątek miesiąca na Wall Street najważniejsze były dane z amerykańskiego rynku pracy. Raport BLS pokazał zdecydowanie silniejszy od prognoz wzrost zatrudnienia, któremu towarzyszył najsilniejszy od lat spadek stawki godzinowej oraz zaskakujące skrócenie przeciętnego tygodnia pracy.
Teoretycznie to optymalna kombinacja dla inwestorów: dane sugerują kontynuację wzrostu gospodarczego przy braku presji inflacyjnej, co powinno przełożyć się na utrzymanie ultra-niskich stóp procentowych w Rezerwie Federalnej.
Tyle z oficjalnego optymizmu. Faktyczna sytuacja na nowojorskich giełdach jest nieco bardziej skomplikowana. Po lutowo-marcowym odbiciu indeksy znalazły się w strefie technicznego wykupienia (patrz: oscylator McClellana dla S&P500), a na czele zwyżki znalazły się akcje będące najpopularniejszym obiektem krótkiej sprzedaży.

Najlepszym przykładem tego ostatniego zjawiska są papiery Chesapeake Energy, które w piątek podrożały o blisko 19% po tym, jak pomiędzy majem a lutym straciły ponad 90% swej wartości. Chesapeake Energy to drugi w USA producent gazu ziemnego i lider łupkowej rewolucji. Tyle że po załamaniu się cen gazu i ropy naftowej, spółka stanęła na krawędzi bankructwa





























































