Jak na razie większość traderów liczy się z podwyżką stóp procentowych w strefie euro i to już w lipcu. Utwierdzają ich w tym ostatnie dane o inflacji w Eurolandzie, która w maju wzrosła do poziomu 3,7% i jest najwyższa od czasu wprowadzenia euro. Tymczasem główna stopa Europejskiego Banku Centralnego od roku wynosi zaledwie 4%.
Takiej pewności nie ma jednak co do najbliższej decyzji amerykańskiego Komitetu Otwartego Rynku. Szanse na podwyżkę już w czerwcu wyceniane są na zaledwie 16%. Jednak nadal wielu inwestorów spodziewa się, że jeszcze przed końcem roku Fed podniesie cenę pieniądza wynoszącą obecnie zaledwie 2%.
Handlujących walutami w tych prognozach utwierdziły też wczorajsze dane z budownictwa mieszkaniowego – w maju zannualizowana liczba nowych budów spadła do najniższego poziomu od 1991 roku. Wówczas Stany Zjednoczone borykały się z klasyczną recesją (rozumianą jako dwa kwartały realnego spadku PKB). Przy takich danych maleje więc szansa na podwyżki stóp procentowych.
Na niekorzyść amerykańskiej waluty przemawia też ostatnia wypowiedź Williama Poole’a – szefa Fed-u z St. Louis, który wykluczył możliwość interwencji na rynku walutowym. „Fed nie ma siły, by położyć kres deprecjacji dolara. Uważam, że Fed powinien wystrzegać się takich interwencji” – powiedział wczoraj Poole w wywiadzie dla Bloomberg Television.
W środę o godzinie 10:10 euro kosztowało 1,5505 dolara, czyli dokładnie tyle samo co na zamknięciu wczorajszych kwotowań. Względem jena europejska zyskała na wartości 0,2%, osiągając wartość 167,78 jenów. O tyle samo umocnił się dolar, notując cenę 108,19 jenów.
K.K.





























































