2005-03-18 06:36 Źródło: Inwestor Finansowy
Zielone światło dla zysku: Jak inwestować w dłuższym horyzoncie czasowym?
Inwestując, np. w akcje, towary czy jednostki funduszy, chcielibyśmy dokonywać zakupów po jak najlepszej cenie. To, że coś jest tanie, nie oznacza, że nie może być jeszcze tańsze. Dlatego też, jeżeli zamierzamy inwestować w dłuższym horyzoncie czasowym, dużo bezpieczniejsze jest rozłożenie inwestycji w czasie tak, by wyeliminować niepewność i ryzyko związane z bieżącymi wahaniami cen.
Większość z nas korzysta codziennie z samochodu dojeżdżając do pracy, robiąc zakupy czy załatwiając inne sprawy. Ponieważ perpetuum mobile nie istnieje, musimy niestety co pewien czas jeździć na stację benzynową, aby uzupełnić zapas paliwa. Każdy z nas ma swoje przyzwyczajenia, jeśli chodzi o tankowanie auta. Jedni kupują stałą ilość paliwa bez względu na cenę w danym dniu, a tym samym płacą więcej, kiedy paliwo jest droższe i odpowiednio mniej, kiedy jest tańsze. Inni znowu przeznaczają na ten cel stałą kwotę pieniędzy, czyli kupują więcej paliwa, kiedy jego cena jest niższa, a mniej kiedy wyższa.
Y lepszy od X?
Ceny paliwa podlegają ciągłym wahaniom i bardzo trudno jest, nawet specjalistom, określić precyzyjnie czy cena, którą płacimy za paliwo w dniu tankowania będzie niższa czy wyższa w stosunku do tej, którą przyjdzie nam zapłacić podczas kolejnej wizyty na stacji benzynowej. Gdybyśmy wiedzieli, że cena w przyszłym tygodniu będzie np. wyższa niż obecnie, przypuszczalnie wielu z nas zatankowałoby „do pełna”, aby w ten sposób nieco zaoszczędzić. Ponieważ niestety takiej wiedzy nie mamy, skazani jesteśmy na kupowanie paliwa po aktualnej cenie. Rodzi się więc pytanie, która metoda jest lepsza: czy kupowanie stałej ilości paliwa bez względu na aktualną cenę, czy też przeznaczanie na ten cel stałej kwoty pieniędzy?
Warto posłużyć się przykładem dwóch kierowców — pana X i pana Y. Pan X kupuje co tydzień 30 litrów benzyny, bez względu na jej aktualną cenę. Z kolei pan Y przeznacza na ten cel stałą kwotę — 100 zł. Obaj panowie cieszą się, kiedy ceny są niskie, pan X — bo zapłacił mniej, a pan Y — bo kupił więcej paliwa. Narzekają zaś, kiedy ceny surowca rosną, pan X — bo musiał wydać więcej, a pan Y bo mniej litrów zatankował. Pozornie wydaje się, że oba sposoby tankowania są równoznaczne, tzn. w dłuższym okresie nie ma znaczenia, jaką „technikę” zakupu paliwa stosujemy. Ale czy na pewno? Załóżmy, że cena litra benzyny w pięciu kolejnych tygodniach kształtowała się następująco: 3,21 zł, 3,51, 3,92, 3,20 i 3,61 zł. Średnio więc cena litra paliwa w ciągu tych pięciu tygodni wynosiła 3,49 zł. Pan X kupując 30 litrów tygodniowo, przez 5 tygodni zakupił łącznie 150 litrów paliwa, wydając na ten cel w sumie 523,50 zł (30 × 3,21 zł + 30 × 3,51 zł + 30 × 3,92 zł + 30 × 3,20 zł + 30 × 3,61 zł). Średnio za litr benzyny pan X zapłacił 3,49 zł. Widać więc, że średni koszt zakupu litra paliwa był w przypadku pana X równy średniej cenie benzyny w ciągu tych pięciu tygodni. W tym samym czasie pan Y wydał na benzynę 500 zł, kupując w kolejnych tygodniach następujące ilości paliwa: 100/3,21 = 31,15 litra, 100/3,51 = 28,49 litra, 100/3,92 = 25,51 litra, 100/3,20 =31,25 litra i 100/3,61 = 27,70 litra, czyli w sumie 144,10 litra. Średnio za litr benzyny pan Y zapłacił 3,47 zł — czyli nieco poniżej średniej ceny benzyny w omawianym okresie. Dla pana Y paliwo było o 2 grosze tańsze na litrze niż dla pana X.
Złapać spadające noże
Metoda pana Y okazała się lepsza od metody pana X. Przewaga ta rośnie wraz z upływem czasu. Im większe wahania cen paliw i im dłuższy byłby porównywany okres, tym większa byłaby różnica pomiędzy kwotami wydanymi na paliwo przez obu panów. Ten prosty przykład może być pouczający nie tylko dla kierowców odwiedzających regularnie stacje benzynowe, ale również dla uczestników rynków kapitałowych, inwestujących samodzielnie czy korzystających z różnego rodzaju ofert funduszy inwestycyjnych. Potencjalny inwestor chciałby zainwestować w akcje jakiejś spółki czy jednostki uczestnictwa funduszu inwestycyjnego po jak najlepszej cenie, czyli mówiąc potocznie, w lokalnym „dołku” cenowym danego waloru.
Niestety, próba złapania przysłowiowego „dołka” i zainwestowanie całego kapitału na raz to ryzykowne posunięcie, szczególnie dla niedoświadczonych inwestorów. W żargonie giełdowym takie postępowanie określa się mianem „łapania spadających noży”, które może doprowadzić do bolesnych „ran” w kapitale inwestycyjnym. To, że coś jest tanie, nie oznacza, że nie może być jeszcze tańsze. Dlatego też, jeżeli zamierzamy inwestować w dłuższym horyzoncie czasowym, dużo bezpieczniejsze jest rozłożenie procesu inwestycyjnego w czasie tak, aby wyeliminować niepewność i ryzyko związane z bieżącymi wahaniami cen instrumentu finansowego, w który zamierzamy inwestować. Nie będziemy musieli się martwić o to, czy w krótkim horyzoncie czasowym rynek wzrośnie czy spadnie, ani zastanawiać się czy cena znajduje się w potencjalnym lokalnym „dołku” czy na lokalnej „górce”. Będziemy mieli plan nakazujący inwestowanie stałej sumy pieniędzy w regularnych, z góry ustalonych interwałach czasowych, minimalizując tym samym ryzyko nabycia udziałów w niewłaściwym momencie. Jest to tak zwana metoda uśredniania ceny nabycia.
Dzielenie kapitału
Załóżmy, że Jan Kowalski ma do zainwestowania 120 000 zł. Chce przeznaczyć te pieniądze na akcje spółki XYZ, która ma solidne podstawy fundamentalne i w dłuższym okresie powinna dać ponadprzeciętny zysk. Zamiast inwestować całą sumę na raz warto podzielić posiadany kapitał np. na 12 części po 10 000 zł, które będzie można inwestować co miesiąc przez rok. Jeżeli w pierwszym miesiącu cena akcji spółki XYZ wynosi np. 10 zł, Kowalski kupi 1000 akcji. Jeżeli w następnym miesiącu cena spadnie np. do 8 zł, wówczas kupi już 1250 akcji. Innymi słowy, po dwóch miesiącach Kowalski miałby zainwestowane 20 000 zł i posiadałby 2250 akcji spółki XYZ. Po dwóch miesiącach średnia cena zakupu jednej akcji wynosi 8,89 zł (20 000 zł/2250) i mimo że Kowalski kupował akcje po 10, a następnie po 8 zł, wystarczy żeby cena akcji spółki XYZ wzrosła do 8,89 zł czyli o 11,12 proc. (8,89 zł — 8 zł/8 zł), aby inwestycja zaczęła zarabiać. Gdyby zainwestował 20 000 zł na raz i kupił akcje po 10 zł, wówczas miałby 2000 akcji, czyli w następnym miesiącu, kiedy cena spółki XYZ wynosiła 8 zł, inwestycja warta byłaby jedynie 16 000 zł i aby wyjść na przysłowiowe zero, cena akcji musiałaby wzrosnąć znów do 10 zł — czyli o 25 proc.
Lepiej uśrednić
Na rynku rosnącym sytuacja wygląda podobnie. Jeżeli w drugim miesiącu cena wzrośnie do np. 14 zł, wówczas można kupić 714 akcji, czyli razem mielibyśmy 1000 akcji z poprzedniego miesiąca kupionych po 10 zł za sztukę, plus oczywiście 714 akcji nabytych w bieżącym miesiącu. To razem 1714 akcji, a średnia cena zakupu akcji wynosi 11,67 zł. Jeżeli cena akcji w kolejnym miesiącu np. spadłaby znów do 10 zł, wówczas, aby inwestycja zaczęła zarabiać, wystarczy, by cena akcji wzrosła z 10 do 11,67 zł — czyli o 16,7 proc., a nie do 12 zł — czyli o 20 proc. Oczywiście na stale rosnącym rynku, kiedy cena akcji nigdy nie podlega korektom, bardziej opłacałoby się zainwestować całą sumę od razu, na początku. Jednak takie sytuacje w rzeczywistości praktycznie nie występują, gdyż każdy walor podlega ciągłym wahaniom cenowym.
Metoda uśredniania ceny nabycia umożliwia uzyskanie ceny zakupu pojedynczej akcji czy jednostkowego udziału w funduszu inwestycyjnym poniżej ceny średniej w danym okresie. Metoda ta wprawdzie nie gwarantuje, że będziemy dokonywać zakupów po najlepszej cenie, czyli w lokalnych dołkach, ale zdecydowanie zwiększa prawdopodobieństwo zakupu danego waloru po średniej cenie, lepszej, niż gdybyśmy dokonywali całej inwestycji na raz w jednym, uznaniowo wybranym przez nas momencie. Postępując w ten sposób eliminujemy wpływ emocji, które zawsze są złym doradcą dla inwestora. Mamy z góry opracowany plan postępowania, który pozwala spokojnie i stopniowo zwiększać zaangażowanie kapitałowe w wybraną przez nas inwestycję, bez konieczności zgadywania, jakie będą wahania cen w krótkiej perspektywie czasowej.
MAREK LEWANDOWSKI
Warszawska Grupa Inwestycyjna SA
Większość z nas korzysta codziennie z samochodu dojeżdżając do pracy, robiąc zakupy czy załatwiając inne sprawy. Ponieważ perpetuum mobile nie istnieje, musimy niestety co pewien czas jeździć na stację benzynową, aby uzupełnić zapas paliwa. Każdy z nas ma swoje przyzwyczajenia, jeśli chodzi o tankowanie auta. Jedni kupują stałą ilość paliwa bez względu na cenę w danym dniu, a tym samym płacą więcej, kiedy paliwo jest droższe i odpowiednio mniej, kiedy jest tańsze. Inni znowu przeznaczają na ten cel stałą kwotę pieniędzy, czyli kupują więcej paliwa, kiedy jego cena jest niższa, a mniej kiedy wyższa.
Y lepszy od X?
Ceny paliwa podlegają ciągłym wahaniom i bardzo trudno jest, nawet specjalistom, określić precyzyjnie czy cena, którą płacimy za paliwo w dniu tankowania będzie niższa czy wyższa w stosunku do tej, którą przyjdzie nam zapłacić podczas kolejnej wizyty na stacji benzynowej. Gdybyśmy wiedzieli, że cena w przyszłym tygodniu będzie np. wyższa niż obecnie, przypuszczalnie wielu z nas zatankowałoby „do pełna”, aby w ten sposób nieco zaoszczędzić. Ponieważ niestety takiej wiedzy nie mamy, skazani jesteśmy na kupowanie paliwa po aktualnej cenie. Rodzi się więc pytanie, która metoda jest lepsza: czy kupowanie stałej ilości paliwa bez względu na aktualną cenę, czy też przeznaczanie na ten cel stałej kwoty pieniędzy?
Warto posłużyć się przykładem dwóch kierowców — pana X i pana Y. Pan X kupuje co tydzień 30 litrów benzyny, bez względu na jej aktualną cenę. Z kolei pan Y przeznacza na ten cel stałą kwotę — 100 zł. Obaj panowie cieszą się, kiedy ceny są niskie, pan X — bo zapłacił mniej, a pan Y — bo kupił więcej paliwa. Narzekają zaś, kiedy ceny surowca rosną, pan X — bo musiał wydać więcej, a pan Y bo mniej litrów zatankował. Pozornie wydaje się, że oba sposoby tankowania są równoznaczne, tzn. w dłuższym okresie nie ma znaczenia, jaką „technikę” zakupu paliwa stosujemy. Ale czy na pewno? Załóżmy, że cena litra benzyny w pięciu kolejnych tygodniach kształtowała się następująco: 3,21 zł, 3,51, 3,92, 3,20 i 3,61 zł. Średnio więc cena litra paliwa w ciągu tych pięciu tygodni wynosiła 3,49 zł. Pan X kupując 30 litrów tygodniowo, przez 5 tygodni zakupił łącznie 150 litrów paliwa, wydając na ten cel w sumie 523,50 zł (30 × 3,21 zł + 30 × 3,51 zł + 30 × 3,92 zł + 30 × 3,20 zł + 30 × 3,61 zł). Średnio za litr benzyny pan X zapłacił 3,49 zł. Widać więc, że średni koszt zakupu litra paliwa był w przypadku pana X równy średniej cenie benzyny w ciągu tych pięciu tygodni. W tym samym czasie pan Y wydał na benzynę 500 zł, kupując w kolejnych tygodniach następujące ilości paliwa: 100/3,21 = 31,15 litra, 100/3,51 = 28,49 litra, 100/3,92 = 25,51 litra, 100/3,20 =31,25 litra i 100/3,61 = 27,70 litra, czyli w sumie 144,10 litra. Średnio za litr benzyny pan Y zapłacił 3,47 zł — czyli nieco poniżej średniej ceny benzyny w omawianym okresie. Dla pana Y paliwo było o 2 grosze tańsze na litrze niż dla pana X.
Złapać spadające noże
Metoda pana Y okazała się lepsza od metody pana X. Przewaga ta rośnie wraz z upływem czasu. Im większe wahania cen paliw i im dłuższy byłby porównywany okres, tym większa byłaby różnica pomiędzy kwotami wydanymi na paliwo przez obu panów. Ten prosty przykład może być pouczający nie tylko dla kierowców odwiedzających regularnie stacje benzynowe, ale również dla uczestników rynków kapitałowych, inwestujących samodzielnie czy korzystających z różnego rodzaju ofert funduszy inwestycyjnych. Potencjalny inwestor chciałby zainwestować w akcje jakiejś spółki czy jednostki uczestnictwa funduszu inwestycyjnego po jak najlepszej cenie, czyli mówiąc potocznie, w lokalnym „dołku” cenowym danego waloru.
Niestety, próba złapania przysłowiowego „dołka” i zainwestowanie całego kapitału na raz to ryzykowne posunięcie, szczególnie dla niedoświadczonych inwestorów. W żargonie giełdowym takie postępowanie określa się mianem „łapania spadających noży”, które może doprowadzić do bolesnych „ran” w kapitale inwestycyjnym. To, że coś jest tanie, nie oznacza, że nie może być jeszcze tańsze. Dlatego też, jeżeli zamierzamy inwestować w dłuższym horyzoncie czasowym, dużo bezpieczniejsze jest rozłożenie procesu inwestycyjnego w czasie tak, aby wyeliminować niepewność i ryzyko związane z bieżącymi wahaniami cen instrumentu finansowego, w który zamierzamy inwestować. Nie będziemy musieli się martwić o to, czy w krótkim horyzoncie czasowym rynek wzrośnie czy spadnie, ani zastanawiać się czy cena znajduje się w potencjalnym lokalnym „dołku” czy na lokalnej „górce”. Będziemy mieli plan nakazujący inwestowanie stałej sumy pieniędzy w regularnych, z góry ustalonych interwałach czasowych, minimalizując tym samym ryzyko nabycia udziałów w niewłaściwym momencie. Jest to tak zwana metoda uśredniania ceny nabycia.
Dzielenie kapitału
Załóżmy, że Jan Kowalski ma do zainwestowania 120 000 zł. Chce przeznaczyć te pieniądze na akcje spółki XYZ, która ma solidne podstawy fundamentalne i w dłuższym okresie powinna dać ponadprzeciętny zysk. Zamiast inwestować całą sumę na raz warto podzielić posiadany kapitał np. na 12 części po 10 000 zł, które będzie można inwestować co miesiąc przez rok. Jeżeli w pierwszym miesiącu cena akcji spółki XYZ wynosi np. 10 zł, Kowalski kupi 1000 akcji. Jeżeli w następnym miesiącu cena spadnie np. do 8 zł, wówczas kupi już 1250 akcji. Innymi słowy, po dwóch miesiącach Kowalski miałby zainwestowane 20 000 zł i posiadałby 2250 akcji spółki XYZ. Po dwóch miesiącach średnia cena zakupu jednej akcji wynosi 8,89 zł (20 000 zł/2250) i mimo że Kowalski kupował akcje po 10, a następnie po 8 zł, wystarczy żeby cena akcji spółki XYZ wzrosła do 8,89 zł czyli o 11,12 proc. (8,89 zł — 8 zł/8 zł), aby inwestycja zaczęła zarabiać. Gdyby zainwestował 20 000 zł na raz i kupił akcje po 10 zł, wówczas miałby 2000 akcji, czyli w następnym miesiącu, kiedy cena spółki XYZ wynosiła 8 zł, inwestycja warta byłaby jedynie 16 000 zł i aby wyjść na przysłowiowe zero, cena akcji musiałaby wzrosnąć znów do 10 zł — czyli o 25 proc.
Lepiej uśrednić
Na rynku rosnącym sytuacja wygląda podobnie. Jeżeli w drugim miesiącu cena wzrośnie do np. 14 zł, wówczas można kupić 714 akcji, czyli razem mielibyśmy 1000 akcji z poprzedniego miesiąca kupionych po 10 zł za sztukę, plus oczywiście 714 akcji nabytych w bieżącym miesiącu. To razem 1714 akcji, a średnia cena zakupu akcji wynosi 11,67 zł. Jeżeli cena akcji w kolejnym miesiącu np. spadłaby znów do 10 zł, wówczas, aby inwestycja zaczęła zarabiać, wystarczy, by cena akcji wzrosła z 10 do 11,67 zł — czyli o 16,7 proc., a nie do 12 zł — czyli o 20 proc. Oczywiście na stale rosnącym rynku, kiedy cena akcji nigdy nie podlega korektom, bardziej opłacałoby się zainwestować całą sumę od razu, na początku. Jednak takie sytuacje w rzeczywistości praktycznie nie występują, gdyż każdy walor podlega ciągłym wahaniom cenowym.
Metoda uśredniania ceny nabycia umożliwia uzyskanie ceny zakupu pojedynczej akcji czy jednostkowego udziału w funduszu inwestycyjnym poniżej ceny średniej w danym okresie. Metoda ta wprawdzie nie gwarantuje, że będziemy dokonywać zakupów po najlepszej cenie, czyli w lokalnych dołkach, ale zdecydowanie zwiększa prawdopodobieństwo zakupu danego waloru po średniej cenie, lepszej, niż gdybyśmy dokonywali całej inwestycji na raz w jednym, uznaniowo wybranym przez nas momencie. Postępując w ten sposób eliminujemy wpływ emocji, które zawsze są złym doradcą dla inwestora. Mamy z góry opracowany plan postępowania, który pozwala spokojnie i stopniowo zwiększać zaangażowanie kapitałowe w wybraną przez nas inwestycję, bez konieczności zgadywania, jakie będą wahania cen w krótkiej perspektywie czasowej.
MAREK LEWANDOWSKI
Warszawska Grupa Inwestycyjna SA


Dodaj komentarz