Agencja Reutersa podała w czwartek informacje na temat raportu, jaki nowojorscy śledczy sporządzili na podstawie sprawozdań finansowych dziewięciu amerykańskich banków, które w październiku 2008 roku przyjęły pomoc od rządu w ramach programu TARP (tzw. Plan Paulsona) - w sumie było to 125 mld $ (część została już zwrócona), z czego na bonusy poszło 32,6 mld $. Wnioski z tego raportu są dla szanującego się kapitalisty zatrważające:
„Nie ma żadnej reguły ani sensu w sposobie, w jaki banki wynagradzały i nagradzały swoich pracowników” – pisze w raporcie Andrew Cuomo. Niektóre banki w ubiegłym roku wypłaciły swoim pracownikom więcej pieniędzy niż zarobiły dla swoich akcjonariuszy. Tak więc praca w nich była opłacana lepiej niż kapitał w nie zainwestowany.
I tak według raportu - Goldman Sachs, który zarobił na czysto 2,3 mld $ - wypłacił w formie bonusów 4,8 mld $. Morgan Stanley był jeszcze hojniejszy dla swoich ludzi, płacąc im blisko 4,5 mld dolarów. Właściciele spółki dostali tylko 1,7 mld $. Jednak wszystkich przelicytował JP Morgan Chase, którego pracownicy zainkasowali w sumie 8,7 mld $ premii, wypracowując dla swojego pracodawcy raptem 5,6 mld zysku netto. Jeszcze większe wrażenie robią zarobki w Citigroup, który zamknął rok stratą ponad 27 mld $, a jego pracownicy zgarnęli 5,3 mld $ bonusów. Za każdego straconego dolara zarząd tego do niedawna największego banku w USA wypłacał więc 20 centów premii. Nie dziwi więc fakt, że Citigroup przed bankructwem uratował dopiero rząd federalny, który swoim urzędnikom płaci niezależnie od efektów ich pracy.
Konkluzja raportu jest dla zarządów nowojorskich banków druzgocąca. „Gdy banki radziły sobie dobrze, ich pracownicy byli dobrze opłacani. Gdy banki radziły sobie słabo, ich pracownicy byli dobrze opłacani. A gdy banki radziły sobie bardzo słabo, zostały uratowane przy pomocy publicznych pieniędzy, ale ich pracownicy wciąż byli dobrze opłacani. Premie i nagrody nie zmieniały się znacząco, gdy zyski malały”.
Liczby te kwestionują jedno z niepodważalnych do niedawna praw ekonomii, mówiące, iż własność prywatna jest lepiej zarządzana od państwowej. Jeśli zwyczaje na Wall Street nie ulegną zmianie (a nic na to nie wskazuje), to wkrótce czeka nas kolejna nacjonalizacja sektora bankowego w USA. Ponadto rodzime związki zawodowe mają się od kogo uczyć, jak wyciągać pieniądze od nieudolnych właścicieli.
K.K.
































































