To, co tak bardzo ucieszyło inwestorów z Europy, nie poruszyło graczy z Wall Street. Nowojorskie indeksy zakończył dzień neutralnie, wymazując wzrosty z początku sesji.


To nie tak miało wyglądać. Konferencja Mario Draghiego miała dać nowy impuls pobudzający wzrosty cen akcji. Subtelne modyfikacje europejskiego QE (programu skupu obligacji, potocznie określanego jako „drukowanie pieniędzy”) sprawiły, że indeksy na Starym Kontynencie poszły w górę o przeszło 2%, a euro zaliczyło sporą stratę wobec dolara.
Europejski optymizm początkowo udzielił się także Amerykanom. Po dwóch godzinach handlu skala zwyżki przekraczała 1%. To było jednak wszystko, na co tego dnia stać było obóz byków. Reszta czwartkowej sesji przebiegała pod dyktando niedźwiedzi. Dow Jones i S&P500 zdołały wybronić się przed spadkami, zyskując nieco ponad 0,1%. Nasdaq zakończył sesję stratą 0,36%.
W efekcie na wykresie dziennym powstały niezbyt ładnie wyglądające świece z małym korpusem i długim górnym cieniem. To raczej przejaw słabości niż siły rynku, który pod koniec sierpnia usiłował odrabiać straty po wcześniejszym załamaniu. Inwestorzy z Wall Street wydają się być mocno zdezorientowani, a rynek szuka nowego kierunku.

Momentem przełomowym w średnim terminie mogą się okazać publikowane w piątek dane z amerykańskiego rynku pracy. Ekonomiści spodziewają się, że zatrudnienie w sektorach pozarolniczych wzrosło w sierpniu o 220 tys. wobec 215 tys. w lipcu. Taki rezultat zapewne zwiększy szanse na tegoroczną podwyżkę stóp procentowych w USA. Dlatego posiadacze akcji powinni trzymać kciuki za wynik znacznie słabszy od oczekiwań rynku.






























































