Zacznijmy jednak od danych makro, które oględnie mówiąc nie zachwyciły. Według badań firmy ADP w październiku sektor prywatny pozbył się 203 tysięcy miejsc pracy, wobec oczekiwań na poziomie –190 tys. Co prawda wyraźnie w górę zrewidowano dane za wrzesień, co jednak nie zmienia faktu, że do końca roku zapewne zobaczymy stopę bezrobocia w USA na poziomie 10%. Gorzej od prognoz wypadł też indeks ISM dla sektora usług, który obniżył się z 50,9 pkt. do 50,6 pkt. wobec oczekiwanych 51,7 pkt. Widać więc, że ożywienie w sektorze generującym ponad 80% amerykańskiego PKB jest bardzo słabe w przeciwieństwie do poprawiającej się koniunktury w przemyśle. W raporcie ISM niepokoi zwłaszcza spadek subinedsku zatrudnienia, ponieważ w usługach pracuje 85% Amerykanów.
Niemniej jednak tym razem obóz byków dzielnie ignorował słabsze raporty makro. Indeksy nawet wzrosły po publikacji danych z ISM. Następnie rynek popadł w marazm, oczekując na komunikat z Fed-u. Bernanke i spółka znów nie zawiedli graczy z Wall Street: obietnica utrzymania niemal zerowych stóp została przedłużona, ale okres jej trwania został uzależniony od poziomu inflacji, a nie stopy bezrobocia, jak wcześniej sądzono.
Po publikacji komunikatu FOMC na rynku wzrosła zmienność, ale ostatecznie indeksy znów ruszyły na północ. Sytuacja zmieniła się dopiero w ostatnich 30 minutach sesji, gdy inwestorzy przystąpili do zamykania długich pozycji. W efekcie indeks S&P500 błyskawicznie stracił ponad 1%, kończąc dzień zyskując ledwie 0,1%. Nasdaq spadł o 0,1%, zaś średnia przemysłowa Dow Jonesa wzrosła o 0,3%.
Warto odnotować, że w ślad za Wall Street nie podążył rynek walutowy, gdzie kurs EUR/USD wzrósł o 1,1%, docierając na wysokość 1,4879$. Podrożały też surowce, a baryłka ropy naftowej w Nowym Jorku znów kosztuje ponad 80$. Wizja utrzymania niższych stóp zaszkodziła za to obligacjom skarbowym, których rentowności wzrosły po kilka punktów bazowych.
Krzysztof Kolany





























































