REKLAMA
WAKACJE NA GIEŁDZIE

Ryzykowna gra banków centralnych

2010-01-18 13:13
publikacja
2010-01-18 13:13
Co zrobić ze stopami procentowymi? Kiedy pojawił się kryzys, banki centralne, jeden po drugim, z ochotą cięły stopy. Czy teraz powinny zmienić podejście? Czy tani pieniądz jeszcze pomaga, czy już szkodzi gospodarce?

Kiedy rozpoczynał się kryzys finansowy i światowa gospodarka zaczęła z piskiem opon hamować, najszybciej zareagowali Australijczycy. Ich bank centralny, jako pierwszy w świecie, rozpoczął akcję mocnego cięcia stóp procentowych. Wkrótce potem ruszyła globalna interwencja centralnych instytucji finansowych, w tym Narodowego Banku Polskiego. Kiedy we wrześniu tego roku Australijczycy jako pierwsi doszli do wniosku, że kuracja okazała się wystarczająca i najwyższy czas zająć się walką o stabilność waluty, wydawało się, że także i tym razem inni zareagują na ten sygnał do odwrotu od polityki taniego pieniądza. Jednak w Europie tylko Norwegowie poszli w ich ślady. Banki centralne strefy euro, Szwajcarii czy Anglii, podobnie jak Federal Reserve Board (FED), pozostawiły stopy na niskich, a w niektórych przypadkach rekordowo niskich poziomach. Rozpoczęła się już jednak dyskusja, czy utrzymywanie tak taniego pieniądza wciąż jeszcze bardziej światowej, w tym polskiej, gospodarce pomaga, czy już bardziej szkodzi.

Odpowiedni poziom?
Zaprenumeruj miesięcznik finansowy BANK
Stopy procentowe w strefie euro są na odpowiednim poziomie – mówił po ostatnim posiedzeniu rady Europejskiego Banku Centralnego (EBC) jego prezes Jean Claude Trichet, komentując decyzję o utrzymaniu stopy głównej na poziomie jednego procenta. W Stanach Zjednoczonych po listopadowym posiedzeniu FED główna stopa funduszy federalnych wynosi od zera do 0,25 proc. W Anglii bank centralny podtrzymuje stopę na poziomie 0,5 proc. Banki centralne mogą sobie pozwolić na prowadzenie takiej polityki dzięki ujemnym lub minimalnie dodatnim wskaźnikom wzrostu cen. W Stanach Zjednoczonych deflacja wynosiła w październiku 1,5 proc. W Wielkiej Brytanii inflacja balansuje na granicy zera. W strefie euro wynosi 0,1 proc. (liderami ciągnącymi wskaźnik w dół były Irlandia (-2,8 proc.) i Estonia (-1,6 proc.). To dość komfortowa sytuacja dla bankierów centralnych, która usprawiedliwia prowadzenie łagodnej polityki monetarnej (cel inflacyjny EBC to utrzymywanie inflacji poniżej, ale blisko 2 proc.). Superniskich stóp by nie było, gdyby nie widmo globalnego załamania gospodarczego w stylu recesji z lat 30. ubiegłego wieku, które skłoniło banki centralne do zmiany strategii na taką, która w większym stopniu uwzględnia konieczność zadbania o wzrost gospodarczy, a dbanie o stabilność waluty odkłada na dalszy plan.

Podwyżki nie będą znaczące
Polska nie została dotknięta recesją, ale Rada Polityki Pieniężnej poszła w tej strategii jeszcze dalej. Cykl obniżek stóp procentowych rozpoczęła w listopadzie ubiegłego roku, tnąc stopę główną o 25 punktów. W grudniu i styczniu doszło do kolejnych redukcji – tym razem po 75 punktów. Mniejszych 25-punktowych cięć dokonała w lutym, marcu i czerwcu. Cykl sprowadził stopę główną NBP do najniższego poziomu w historii 3,5 proc., i to mimo pozostania inflacji na poziomie znacząco przewyższającym cel inflacyjny. W październiku inflacja CPI podana przez Główny Urząd Statystyczny wyniosła 3,1 proc., a wskaźnik HICP Eurostatu (uwzględniający nie tylko wydatki konsumpcyjne obywateli, ale także ceny towarów kupowanych przez podmioty gospodarcze i instytucje publiczne) aż 3,8 proc. Na razie jednak w Polsce, podobnie jak w największych obszarach walutowych, na korekty polityki monetarnej się nie zanosi. W tym roku podwyżek już nie będzie, bo RPP tylko w wyjątkowych sytuacjach zmienia w grudniu koszt pieniądza (zrobiła to rok temu).
W styczniu i lutym będzie się zmieniał jej skład w związku z wygasaniem kadencji dziewięciu członków (szerzej piszemy o tym na str. 66-68). Rada Polityki Pieniężnej dopiero niedawno zmieniła nastawienie z łagodnego na neutralne i analitycy oczekują, że pierwsze podwyżki mogą się pojawić w III kwartale 2010 r., a jeśli jej skład będzie bardziej gołębi niż obecny, to nawet później. Jeśli nie nastąpi wybuch globalnej inflacji, to skala podwyżek nie będzie znacząca. Choćby dlatego, że średnioterminowe prognozy inflacyjne dla polskiej gospodarki nie są złe. Jeśli nie dojdzie do znaczących podwyżek cen energii elektrycznej, to wskaźnik cen powinien w przyszłym roku powrócić w okolice celu inflacyjnego. Niemniej w przypadku gdyby główna stopa pozostała na obecnym poziomie 3,5 proc., a inflacja spadła do 2,5 proc., to realna stopa będzie wynosić jeden procent. Andrzej Wojtyna, umiarkowany członek Rady Polityki Pieniężnej, ostrzegał niedawno, że w takim kraju jak Polska, który musi gonić europejską gospodarkę, to zbyt niski poziom. – Bardziej optymalne byłoby 2 proc. – mówił prof. Wojtyna.
– Nowa Rada Polityki Pieniężnej będzie musiała zadbać o to, by nie odbywała się presja inflacyjna. Na pewno więc osoby, które zaciągają dziś kredyty konsumpcyjne (zwykle na kilkanaście miesięcy), samochodowe (na kilka lat), nie wspominając o kredytach hipotecznych, muszą się liczyć z tym, że niskie oprocentowanie pożyczek będzie stopniowo rosnąć i powinny to uwzględnić w domowych budżetach.

Zbyt niskie stopy wcale nie są dobre
Jednak czy takie umiarkowane podejście RPP wystarczy do opanowania wciąż wysokiej dziś inflacji, zwłaszcza w perspektywie wchodzenia do unii walutowej i konieczności spełnienia inflacyjnego kryterium z Maastricht? Czy odkładanie podwyżek jest uzasadnione? Leszek Balcerowicz, były prezes NBP, grzmiał kilka tygodni temu, że polityka prowadzona przez RPP jest zbyt łagodna. – od ponad dwóch lat inflacja w Polsce jest grubo powyżej celu, i to mimo spowolnienia gospodarczego. W innych krajach, owszem, obniżano stopy procentowe, ale jednocześnie spadała inflacja – u nas nie – mówił. – Uważam, że ci członkowie RPP, którzy podejmowali decyzje o obniżkach stóp procentowych w przeszłości, mają tutaj opinii publicznej dużo do wyjaśnienia. Te ostrzeżenia były związane z ryzykiem powrotu wysokiej inflacji. W Polsce, w krótkiej historii RPP, utrzymywanie zerowych czy lekko ujemnych stóp zwykle kończyło się wzrostem wskaźnika cen konsumpcyjnych.
Jednak konsekwencje zbyt niskich stóp procentowych mogą być przykre dla całej światowej gospodarki, nawet mimo utrzymującej się w największych gospodarkach deflacji. Na szczycie krajów APEC w Singapurze Donald Tsang, szef władz wykonawczych Hongkongu, ostrzegł niedawno przed przykrymi konsekwencjami polityki nieuzasadnionego utrzymywania stóp procentowych na niskim poziomie. – Ameryka robi dokładnie to, co robiła Japonia – stwierdził. Aluzja oczywista do polityki zerowych stóp procentowych, którymi bank centralny Japonii bezowocnie próbował pobudzić pogrążoną w marazmie gospodarkę przez całe lata dziewięćdziesiąte. Tymczasem główną konsekwencją tych działań nie było ożywienie gospodarki Kraju Kwitnącej Wiśni, ale dramatyczne zwiększenie siły kapitału spekulacyjnego. Inwestorzy pożyczali bardzo tanie pieniądze w Japonii, zamieniali je na dolary i inwestowali w aktywa w Południowej Azji.
To mechanizm nazywany przez fachowców carry trade. Pęknięcie napompowanych w ten sposób baniek spekulacyjnych doprowadziło do poważnego kryzysu azjatyckich tygrysów pod koniec lat dziewięćdziesiątych. – obecnie znów mamy carry trade na dolarze. Pieniądze ponownie wędrują do Azji. Znów powtórzy się scenariusz wzrostu cen aktywów w Korei, na Tajwanie w Singapurze i Hongkongu do poziomów, które są nieadekwatne wobec fundamentów gospodarczych – mówił Tsang. Skutki mogą być bolesne, i to nie tylko w lokalnym znaczeniu, bo załamanie w Azji w dzisiejszych warunkach byłoby bardziej dotkliwe dla globalnej gospodarki niż dekadę temu.

Groźba kolejnej pomyłki?
Na pewno spektakularna zsynchronizowana akcja banków centralnych, polegająca na obniżaniu stóp do rekordowo niskich poziomów i dostarczaniu na rynek dodatkowej sztucznie wykreowanej płynności, pomogła przetrwać światowej gospodarce. Pomogła także rządom, bo dzięki obniżkom spadło nieco tempo wzrostu długu publicznego, rozrastającego się i tak wskutek gigantycznych programów stymulacyjnych do monstrualnych rozmiarów. Jednak, zdaniem Krzysztofa Rybińskiego, byłego wiceprezesa NBP, dziś równie zgodne podejście banków centralnych zakładające utrzymanie taniego pieniądza mimo symptomów ożywienia to bardzo niebezpieczny konsensus. – Teraz, kiedy ryzyko powtórzenia recesji w stylu lat trzydziestych minęło, banki centralne powinny powrócić do swojej pierwotnej roli stróża dbającego o stabilność cen i stabilność finansową. Jednak ich ostatnie decyzje są skoncentrowane na wzroście gospodarczym za cenę tworzenia finansowej niestabilności. Pompowanie pieniędzy i tworzenie baniek na rynkach aktywów (widocznych na głównych rynkach giełdowych) wspiera wzrost w krótkim terminie, ale tworzy niestabilność w długiej perspektywie – tłumaczy Rybiński. Kryzys, a właściwie jego geneza na amerykańskim rynku nieruchomości, pokazał, że nawet największe banki centralne mogą się mylić. Dlaczego nie miałyby popełnić poważnego błędu jeszcze raz?
Andrzej Inglot
Więcej w miesięczniku finansowym BANK

Zaprenumeruj BANK


Źródło:
Przeczytaj w Pulsie Biznesu
Właściciel 7 Eleven chce wejść do Żabki. Kurs akcji mocno w górę
Tematy
Nie tylko 0 zł za konto. Sprawdź, które rachunki firmowe naprawdę się opłacają
Nie tylko 0 zł za konto. Sprawdź, które rachunki firmowe naprawdę się opłacają

Komentarze (0)

dodaj komentarz

Powiązane: Sektor bankowy

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki