REKLAMA
WAKACJE NA GIEŁDZIE

Rynki wschodzące: W którym kraju inwestować pieniądze?

2004-01-22 06:28
publikacja
2004-01-22 06:28
Dodaj Bankier.pl w Google
Większość amerykańskich specjalistów inwestycyjnych uważa, że najlepszym miejscem do lokowania pieniędzy w 2004 r. będą rynki wschodzące, głównie azjatyckie.

Wiele wskazuje na to, że trwająca od marca 2003 r. hossa na Wall Street nie potrwa zbyt długo. Pomogły jej niskie stopy procentowe, rosnące ceny nieruchomości, a także stymulujące efekty obniżki podatków dochodowych i wzrostu wydatków na obronę narodową. I chociaż ekonomiści oczekują, że produkt krajowy brutto w USA wzrośnie w 2004 r. o 3,6 proc. - czyli więcej niż w Unii Europejskiej czy w Japonii - mało kto spodziewa się wysokich wzrostów cen akcji na amerykańskich giełdach.

Rok wyborczy w USA

Z drugiej strony, trzeba wziąć pod uwagę wpływ prezydenckiego cyklu wyborczego na wartości giełdowych indeksów. Od 1932 r., kiedy Franklin Delano Roosevelt usłyszał od Keynesa o możliwości odgórnego stymulowania gospodarki, ubiegający się o reelekcję amerykańscy prezydenci robią wszystko, żeby w roku wyborczym stworzyć sobie warunki do zwycięstwa. W rezultacie, w roku przedwyborczym i wyborczym wskaźniki gospodarcze w USA z reguły poprawiają się, a giełda idzie w górę (w pierwszym i drugim roku powyborczym sytuacja często się odwraca).

Powyższy fakt sprawia, że niektórzy eksperci uważają, iż hossa giełdowa z roku przedwyborczego (2003), przedłuży się na rok wyborczy (2004), jak to często w przeszłości bywało. Wydaje się to logiczne, tym bardziej że anemiczna przez ostatnie dwa lata ekspansja gospodarcza w USA wydaje się przyspieszać, co stwarza nadzieję na pierwszy znaczący wzrost liczby miejsc pracy za prezydentury młodszego Busha. Problem w tym, że tak jak poprzedzająca ją recesja, tak i obecna ekspansja, jest bardzo nietypowa. Przedsiębiorstwa i konsumenci, którzy zwykle podczas ekspansji spłacają swoje długi, w tym przypadku coraz bardziej się zadłużają. Podobnie z amerykańskim rządem, którego deficyt budżetowy już w połowie przyszłego roku może osiągnąć rekordową wysokość 500 mld USD. Nie wróży to dobrze amerykańskim indeksom giełdowym. Ekonomista Jeremy Grantham uważa, że hossa z 2003 r. to typowy krótkotrwały wzlot w ramach długoterminowej bessy, która potrwa w USA przez następnych kilkanaście lat. Jak zawsze w takich przypadkach, najwyższe wzrosty cen odnotowują największe „gwiazdy” poprzedniej hossy (czyli firmy technologiczne i telekomunikacyjne) oraz małe firmy (tzw. small caps). Tak właśnie się stało w ciągu 2003 r. w USA. Ten krótkotrwały wzrost wystarczył, żeby średni wskaźnik cena/zysk w USA osiągnął wysokość 24. Oznacza to poważne przewartościowanie amerykańskiej giełdy, dla której długoterminowa średnia wynosi 16.

Wschód słońca nad Japonią

Wielu amerykańskich menedżerów funduszy zbiorowych uważa, że Japonia będzie w 2004 r. lepszym miejscem do pomnażania pieniędzy niż USA. Wiele wskazuje na to, że japońska giełda wychodzi z 13-letniego okresu spadku i zastoju, a japońska gospodarka - po trzech falstartach w ciągu ostatniej dekady - zaczyna wreszcie nabierać tempa. Faktem jest jednak, że podobne oczekiwania pojawiały się nieraz w przeszłości i zawsze kończyły się rozczarowaniem.

Tym razem ma być inaczej, tak przynajmniej twierdzi Kathy Matsui z tokijskiego oddziału banku inwestycyjnego Goldman Sachs. Według niej, w japońskiej gospodarce nastąpił długo oczekiwany przełom strukturalny, który pozwoli indeksom giełdowym rozwinąć skrzydła. Liczba nieściągalnych długów jako procent bankowych aktywów nareszcie zaczęła maleć, co pozwoli na zwiększenie dostępności kredytu. Redukcja kosztów i restrukturyzacja przedsiębiorstw pozwoli na stabilny wzrost ich zysków. Znacznie poprawiła się przejrzystość zarządzania spółkami giełdowymi. Trwająca od kilku lat wyprzedaż przez banki i firmy będących w ich posiadaniu akcji - która miała na celu likwidację tradycyjnych w Japonii wzajemnych powiązań własnościowych między spółkami giełdowymi - zaczęła osiągać swój cel.

Niektórzy przewidują, że wzrost PKB w Japonii osiągnie w przyszłym roku aż 2 proc. Co więcej, ma on być wynikiem rosnącego wewnętrznego popytu, a nie - jak przy poprzednich krótkotrwałych wzrostach w ostatniej dekadzie - efektem rosnącego eksportu, wydatków rządowych czy stymulacji fiskalnej. Ceny długoterminowych obligacji japońskiego rządu załamały się w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Paradoksalnie, jest to bardzo dobra wiadomość: oznacza tyle, że inwestorzy spodziewają się powrotu inflacji, i dlatego wyprzedają 30-letnie papiery, płacące zaledwie 1,1 proc. rocznie. Oczekiwane zakończenie długoletniej deflacji może tylko przyspieszyć japoński wzrost. Ludzie przestaną wreszcie ograniczać wydatki, w oczekiwaniu na niezmiennie spadające ceny, co powinno wydatnie przyspieszyć aktywność gospodarczą w Kraju Wschodzącego Słońca.

Według sondażu, przeprowadzonego wśród amerykańskich ekspertów inwestycyjnych przez prestiżowy tygodnik „Barron’s”, Japonia ma być drugim najlepszym miejscem do lokowania pieniędzy w przyszłym roku. Na pierwszym miejscu znalazły sie wschodzące rynki (emerging markets) - przede wszystkim azjatyckie. Chociaż rynki te zanotowały bardzo dobre wyniki w bieżącym roku, wielu oczekuje przedłużenia hossy na rok następny. Wskażniki cena/zysk są dla większości z nich relatywnie niskie, w porównaniu z innymi regionami świata, a tempo wzrostu gospodarczego znacznie szybsze. Poza tym, tak firmy, jak i rządy azjatyckich wschodzących rynków zrestrukturyzowały zadłużenie i „wyczyściły” swoje aktywa po kryzysie 1998 r., poprawiły zarządzanie, i są dziś w znacznie lepszej sytuacji finansowej niż w roku 1993 - kiedy po raz ostatni zanotowano podobnie wysoki wzrost indeksów giełdowych w tych krajach.

Lokomotywą wzrostu azjatyckich gospodarek był zawsze eksport. W dobie anemicznego rozwoju gospodarczego USA - tradycyjnie największego importera z tego regionu - rolę tę przejęły Chiny, które mają ujemny bilans handlowy ze swymi azjatyckimi sąsiadami. Jednocześnie eksplozja kredytu konsumpcyjnego sprawiła, że w niektórych z nich gwałtownie wzrósł popyt wewnętrzny. Po roku takiej eksplozji wielu koreańskich konsumentów przestało spłacać swoje długi, co zaczęło studzić zapały niektórych zagranicznych inwestorów. W podobnej sytuacji może za kilka miesięcy znaleźć się Tajlandia.

Niektórzy ostrzegają, że giełdy Tajwanu, Korei, Singapuru, Hongkongu i Tajlandii największe wzrosty mają już poza sobą, i że lepiej inwestować pieniądze w indeksy państw mniej skorelowanych z cyklami światowej gospodarki, jak Filipiny czy Indonezja - kraj bogaty w surowce, których ceny ostatnio rosną dzięki nienasyconemu popytowi z Chin. Z drugiej strony, Filipiny i Indonezja to potencjalnie najbardziej politycznie niestabilne państwa regionu, a rosnący eksport do Chin może podtrzymać hossę w Korei czy na Tajwanie nie tylko przez najbliższy rok, ale znacznie dłużej. Jak na razie, ceny akcji w Azji są tak niskie, że wszyscy chcą tam inwestować i prawie nikt nie widzi rosnącego ryzyka.

Chiński syndrom

Rosnąca w szybkim tempie potęga chińskiej gospodarki to jeden z najważniejszych czynników, brany pod uwagę w prognozach amerykańskich menedżerów inwestycyjnych. Według Goldman Sachsa, już w 2007 r. Chiny wyprzedzą Niemcy, w 2015 r. - Japonię, a w 2041 r. - Stany Zjednoczone, stając się największą potęgą gospodarczą świata. 40 proc. całego wzrostu światowego importu w bieżącym roku przypadło na wzrost importu z Chin. Rosnący w szybkim tempie chiński handel zagraniczny wywołał gwałtowny wzrost opłat za przewozy morskie, a już niedługo może zapoczątkować nowy boom w światowych stoczniach.

Chiński apetyt na surowce sprawia, że ceny metali po raz pierwszy od wielu lat idą wyraźnie w górę, a cena ropy naftowej nie spada, mimo stabilizacji sytuacji w Wenezueli i powolnego powrotu na światowe rynki ropy irackiej. Chińska lokomotywa ciągnie za sobą nie tylko azjatyckich sąsiadów, ale też takie państwa jak Australia czy nawet odległe Chile. Dzięki temu, ceny akcji w eksportującym miedź Chile, dla którego Chiny są ważnym partnerem handlowym, wystrzeliły w bieżącym roku o kilkadziesiąt procent w górę. Dla porównania: ceny akcji w Meksyku - kraju nastawionym na eksport do USA, dla którego Chiny są głównym konkurentem w tej dziedzinie - rosły znacznie wolniej.

Paradoksalnie, chiński sukces gospodarczy nie oznacza hossy na chińskiej giełdzie. Problem w tym, że na giełdzie w Szanghaju w obrocie pozostaje tylko 32 proc. wyemitowanych przez spółki akcji. Reszta, będąca w posiadaniu spółek i państwa, jest wyłączona z obrotu. Ta masa akcji ciąży szanghajskiej giełdzie jak kula u nogi, nie pozwalając na żaden wzrost w tym roku. Inwestorzy przewidują, że akcje te kiedyś będą sprzedane, co może wywołać drastyczny spadek cen.

Aby więc zarobić na chińskim wzroście, eksperci radzą inwestować w akcje eksportujących do Chin i budujących tam fabryki firm z Japonii, Korei, Tajwanu czy Malezji. Inni uważają, że jeszcze lepszym pomysłem jest kupowanie akcji chińskich przedsiębiorstw produkujących towary konsumpcyjne, notowanych na giełdzie w Hongkongu. Prawie wszystkie najważniejsze chińskie spółki emitują teraz swoje akcje w Hongkongu, gdzie nie ma takiej sytuacji jak w Szanghaju. W tym roku akcje chińskich firm w Hongkongu rosły jak na drożdżach i przewiduje się, że następny rok nie będzie gorszy.

Sam Hongkong oferuje dobrą możliwość zarobku na chińskim wzroście. Podpisany niedawno układ o wolnym handlu między Chinami a Hongkongiem (określanym przez Pekin jako Specjalny Region Administracyjny - SAR), pozwoli firmom z Hongkongu oferować wiele rodzajów usług (w tym finansowych) w Chinach, bez żadnych ograniczeń. Hongkong korzysta też na coraz bardziej masowej turystyce z Chin. Dzięki temu już wkrótce wyjdzie z długotrwałej spirali deflacyjnej, a pozostający w stagnacji rynek nieruchomości w tym kraju odbije się od dna.

Indie wychodzą z cienia

Nieco w cieniu rosnącej fascynacji Zachodu potencjałem gospodarczym Chin pozostają Indie. Tymczasem, według Goldman Sachsa, Indie w 2032 r. wyprzedzą Japonię i staną się trzecią największą gospodarką świata, po USA i Chinach. Indie mają wiele problemów, które mogą stanąć na drodze do szybkiego rozwoju: od konfliktu z Pakistanem o Kaszmir, po bardzo kiepską infrastrukturę i legendarną wręcz biurokrację. Jednak przynajmniej w perspektywie najbliższych kilku lat indyjska gospodarka i giełda wyglądają bardzo dobrze. Po ubiegłorocznej suszy, tegoroczny sezon monsunowy okazał się dobry, co napełniło kieszenie setkom milionów indyjskich rolników. Konsumpcja wzrasta wśród 250-milionowej klasy średniej: tylko w tym roku banki zanotowały ponad 30-procentowy wzrost wartości udzielanych kredytów hipotecznych i konsumenckich. W rezultacie, nastroje wśród indyjskich biznesmenów są najlepsze od połowy lat 90. Restrukturyzacja indyjskich przedsiębiorstw zaczyna wreszcie przynosić efekty. Tempo wzrostu gospodarczego niemal dorównuje chińskiemu i powinno w tym roku przekroczyć 7 proc. Dostrzegają to zagraniczni inwestorzy, którzy w 2003 r. wpompowali w indyjską giełdę pięć razy więcej pieniędzy niż w roku poprzednim. Kilkakrotnie wzrosły też inwestycje bezpośrednie typu venture capital. Niektórzy twierdzą, że to dopiero początek i że przez najbliższych kilka lat najlepszym miejscem do pomnażania pieniędzy w Azji będą właśnie Indie.

W istocie, wśród dużych firm, spółki indyjskie mają w tej chwili większą renomę w świecie i lepsze perspektywy niż spółki chińskie. Firmy konsultingowe Infosys i Wipro czy giganci farmaceutyczni Ranbaxy i Cipla są lepiej znani w świecie niż jakakolwiek firma z Chin. Ich sukces to także efekt nacisku indyjskiego systemu edukacyjnego na nauki ścisłe i inżynieryjne, oraz fakt, że językiem wykładowym w Indiach jest angielski. Pozwala to programistom i innym usługodawcom z indyjskiego Bangalore przechwytywać coraz więcej kontraktów z USA. Dla wierzących w indyjski potencjał ekspertów kilkudziesięcioprocentowy wzrost cen akcji na giełdzie w Bombaju w 2003 r. to tylko początek wielkiej hossy.

Latynoskie przyspieszenie


Chociaż giełdy Ameryki Łacińskiej nie wywołują tak wielkiego entuzjazmu, jak rynki azjatyckie, one również mają swoich zwolenników. Według Banku Światowego, wzrost gospodarczy tego regionu świata wyniesie w 2004 r. aż 3,7 proc., wobec 1,8 proc. w roku bieżącym. Rosnące ceny surowców naturalnych i produktów rolnych dobrze wróżą eksportowi takich krajów jak: Chile, Peru, Boliwia, Argentyna, Brazylia i Wenezuela.

Wielu inwestorów liczy na Argentynę, która dopiero zaczyna odbijać się od dna, tak więc ma przed sobą rok lub dwa lata bardzo szybkiego wzrostu. Swoich zwolenników ma Brazylia, która jednak boryka się z wysokim zadłużeniem i jeszcze niezakończoną recesją. Z drugiej strony, wzrost eksportu z tego kraju przekracza wszelkie oczekiwania, a nadwyżka handlowa Brazylii za pierwsze osiem miesięcy 2003 r. wyniosła 20 mld USD i była o 2 mld USD wyższa niż nadwyżka handlowa Chin. Stopy procentowe spadają, produkcja przemysłowa rośnie, a długoterminowy potencjał tego ogromnego kraju w niektórych dziedzinach jest bliski potencjałowi Indii i Chin.

Giełda chilijska, która odnotowała najwyższy wzrost w Ameryce Łacińskiej w 2003 r., wydaje się niektórym przewartościowana (wskaźnik cena/zysk przekroczył tam 18). Dlatego też wielu inwestorów z nadzieją patrzy na Meksyk, gdzie akcje są znacznie tańsze (wskaźnik cena/zysk równy 13). W istocie meksykańska giełda radziła sobie zupełnie nieźle przez większość 2003 r., ale spadająca wartość meksykańskiego peso sprawiła, że zagraniczni inwestorzy niewiele mogli na niej zarobić. W październiku peso odbiło się od dna, a w listopadzie Meksyk - jako pierwszy kraj latynoamerykański w historii - wyemitował 20-letnie obligacje o stałym oprocentowaniu w swojej własnej walucie.

Szybszy wzrost gospodarczy w USA powinien pomóc meksykańskiej giełdzie. Eksport jest odpowiedzialny za 25 proc. meksykańskiego PKB, a 85 proc. tego eksportu wędruje do USA. Biorąc pod uwagę niekorzystny długoterminowy trend i przewartościowanie nowojorskiej giełdy, w 2004 r. łatwiej będzie zarobić na przyspieszeniu wzrostu gospodarczego w USA, inwestując na giełdzie w Mexico City zamiast na Wall Street.

Jedynym krajem europejskim, który wzbudza prawdziwy entuzjazm u amerykańskich ekspertów inwestycyjnych, jest Rosja. Tempo wzrostu rosyjskiej gospodarki w pierwszej połowie 2003 r. wyniosło 7,2 proc. i było najszybsze na świecie (w tym okresie Rosja nieznacznie wyprzedziła nawet Chiny!). Od początku tego roku rosyjska giełda zanotowała najwyższy wzrost cen akcji w Europie. Mimo to wskaźnik cena/zysk wynosi tam zaledwie 8 (na początku roku był tylko 6,5), dlatego wielu spodziewa się kontynuacji obecnej hossy w przyszłym roku i w latach następnych.

Rosja wyprzedza Europę

Od czasu kryzysu finansowego z 1998 r. Rosja zrobiła ogromne postępy. Wzrost gospodarczy przez ostatnie pięć lat wynosił w tym kraju średnio 6 proc. rocznie. Zadłużenie Rosji spadło z 93 proc. PKB w 1999 r. do 33 proc. PKB obecnie, a rezerwy walutowe wzrosły z 8 do 65 mld USD. Na początku listopada Moody’s Investors Service podniósł rating rosyjskich obligacji rządowych do zarezerwowanego dla stabilnych i wypłacalnych krajów poziomu Baa-3.

Prawdą jest, że dobre wyniki gospodarcze Rosji są w znacznym stopniu rezultatem wysokich cen jej głównych surowców eksportowych, czyli ropy naftowej i gazu ziemnego. Ich ceny powinny utrzymać się na stosunkowo wysokim poziomie przez następnych kilka lat. Jednocześnie warto pamiętać, że chociaż koncerny naftowe to 65 proc. kapitalizacji rosyjskiej giełdy, to w istocie sektor ten stanowi tylko 15 proc. rosyjskiej gospodarki. Sytuacja w Rosji poprawia się w wielu dziedzinach. W ubiegłym roku, po raz pierwszy od roku 1913, Rosja zaczęła eksportować zboże, a tegoroczne zbiory były jeszcze lepsze. Popyt konsumpcyjny rośnie lawinowo, co widać w powstających jak grzyby po deszczu domach towarowych i salonach sprzedaży zachodnich firm. Chociaż średnie zarobki w Rosji wynoszą tylko 144 USD miesięcznie, rosną one w ostatnich latach w tempie 20 proc. rocznie.

Według firmy konsultingowej A.T. Kearney, Rosja jest w tej chwili ósmym najbardziej atrakcyjnym krajem dla inwestycji zagranicznych na świecie (zaraz po Wielkiej Brytanii). Goldman Sachs przewiduje, że za niecałe 40 lat gospodarka rosyjska stanie się największą w Europie.

Między Turcją a Niemcami

Z dużych gospodarek europejskich największe nadzieje amerykańskich inwestorów budzą Niemcy. Najnowsze wskaźniki sugerują, że wzrost niemieckiego PKB w 2004 r. może przekroczyć 2 proc. Oznaczałoby to, że Niemcy nie tylko przestałyby być „chorym człowiekiem Europy”, ale wysunęłyby się na czoło wśród dużych państw Unii. W przypadku wysoko uprzemysłowionych państw Europy Zachodniej, inwestorzy z USA coraz rzadziej różnicują swoje inwestycje w zależności od kraju. Traktują oni obecną Unię Europejską (jeszcze bez Polski i innych nowych członków) jako jedną całość, i starają się raczej znaleźć w niej sektory, w których akcje firm będą rosły najszybciej. Jeśli na przykład komuś spodoba się sektor telekomunikacyjny, może kupić akcje Deutsche Telekom, Vodafone, France Telecom i Telecom Italia, zwracając większą uwagę na wzrost zysku i dochodu brutto tych firm, a nie na kraj, z którego pochodzą.

Polska wciąż jest traktowana jako środkowoeuropejski „wschodzący rynek”, podobnie jak Czechy, Węgry czy Rumunia. Trudno powiedzieć, jak szybko po wejściu Polski do Unii klasyfikacja ta się zmieni, a nowi członkowie zaczną być traktowani jako pełnoprawni Europejczycy również z punktu widzenia amerykańskiego inwestora. Eksperci finansowi z USA nie widzą w tej chwili Polski w gronie krajów, które przyniosą w przyszłym roku jakieś nadzwyczajne zyski inwestorom. Jeśli wspominają o Europie Środkowej, bardziej podobają im się Czechy, węgierski koncern telekomunikacyjny Matav czy rumuńska firma naftowa Petrom.

Bardzo dobre perspektywy ma Turcja, gdzie dokonano ostatnio postępów na drodze do restrukturyzacji gospodarki, a spodziewana stabilizacja sytuacji w Iraku powinna pomóc tureckiej gospodarce, mocno powiązanej handlowo z Irakiem. Jeśli - jak się oczekuje -Turcja zostanie w październiku 2004 r. oficjalnie uznana jako nowy kandydat do przyjęcia do Unii, jej indeksy giełdowe mogą podskoczyć nawet o 70 proc. W tej chwili jest to bardzo tani rynek, o niskim wskaźniku cena/zysk.

Sylwester Walczak
Autor jest analitykiem finansowym (Chartered Financial Analyst) z Nowego Jorku
Źródło:
Tematy

Komentarze (0)

dodaj komentarz

Powiązane: Chiny

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki