2009-01-05 06:00 Źródło: Gazeta Ubezpieczeniowa
Rynek póty dobry, póki wolny
Ludzie mówią, że wyjątek potwierdza regułę. Regułą było i niech dalej będzie pożyteczne działanie w gospodarce rynku wolnego, ze swobodą konkurencji na nim. Obce niech mu zaś będą wyjątki w rodzaju monopolu, biurokracji czy nacjonalizacji, bo te szkodzą wszystkim. Jak bardzo?
Trwający kryzys finansowo-gospodarczy zmusza władze państw do ratowania efektywności oraz stabilności swoich systemów finansowych. Funkcjonujące w ich ramach instytucje bywają wtedy także częściowo bądź całkowicie przejmowane przez rządy. Nabywane akcje i udziały są może nawet i dobrą inwestycją (po 5–10 latach ich odsprzedaż przynieść powinna niezłe zyski?), lecz w dłuższym okresie również kosztowną i szkodliwą (wyższe bieżące wydatki rządowe to zwykle wyższe późniejsze podatki, a te zostają często na dłużej i biznesom mocno przeszkadzają). Takie działanie to nieracjonalna nacjonalizacja. Mechanizm wolnorynkowy zacina się. Oby tylko chwilowo.
Lekcje anglosaskie i nie tylko
W kryzysowej dobie swoich udziałów na rzecz państwa pozbywają się także potentaci ubezpieczeniowi. Przykładem amerykańska grupa AIG, która w ostatnich latach stawiała bardziej na spekulacje finansowe, a nie na rzetelne prowadzenie biznesu prewencji i rekompensacji ubezpieczeniowej. Stawianie na ciągły wzrost zwrotu na kapitale ograniczyło racjonalne myślenie menedżerów, którzy chciwie i ślepo wpatrzeni w cyfry zatracili sens swojego powołania – dobro klienta. Efektem były pokaźne straty na działalności inwestycyjnej oraz tej bieżącej, technicznej, czysto ubezpieczeniowej.
W ubezpieczeniach trzeba być szczególnie cierpliwym. Franz Fuchs, prezes Vienna Insurance Group Polska, powiedział: – W ciągu tych lat AIG potrzebowało wciąż kapitału, ostatnio coraz częściej: 30, 50, 85 miliardów dolarów. I gdzie oni są teraz? To bankrut. AIG to był może dobry przykład, ale sześć lat temu. Ważne są teraz solidne wyniki ubezpieczeniowe. Zyski z inwestycji to śmietanka. Jeżeli są – to super. Spekulowanie pieniędzmi klientów działa, ale tylko czasami. Nic dodać, nic ująć.
Z kolei rząd brytyjski od niedawna nacjonalizuje największe banki, od lat silnie powiązane z tamtejszą branżą ubezpieczeniową. Okazuje się, że to jedyny sposób, aby uratować je przed bankructwem (nikt inny bowiem nie ma zamiaru dać im pieniędzy). Jest w tym ironia i dowód na to, że historia lubi żartować: nie tak znowu dawno temu brytyjski rząd (kierowany przez Margaret Thatcher) prywatyzował wszystko, co się dało, a ten ruch, krytykowany przez znaczną część opinii publicznej, stworzył podstawy do dynamicznego rozwoju gospodarki Wysp, gospodarki, której perłą był sektor finansowy. Obecnie premier Gordon Brown musi w patetycznych słowach przekonywać naród do nacjonalizacji. Ta ostatnia staje się możliwym rozwiązaniem kłopotów finansowych w odległej Argentynie, gdzie rządy myślą o zawłaszczeniu… funduszy emerytalnych społeczeństwa.
Państwowa własność, przyznajmy, jest solą w oku wszystkich zwolenników wolnego rynku. Trudno się z nimi sprzeczać, ponieważ nie jest to dobre rozwiązanie. Tylko czy w obecnej sytuacji jest inne? Jeżeli największe instytucje upadną, cały system finansowy legnie w gruzach. Oczywiście odbuduje się zdrowszy i silniejszy, lecz co w tym czasie będzie się działo z gospodarką, jej perspektywami? Co z pożytkami płynącymi z idei wolnego rynku?
Kto ma rację?
Wydawałoby się, że liczba zwolenników wolnego rynku generalnie powinna być niemała. Tymczasem bywa z tym różnie, bo co kraj, to obyczaj. W Polsce, kraju bądź co bądź coraz lepiej rozwijającym się gospodarczo, na pytanie, czy najlepsza dla naszego kraju jest gospodarka kapitalistyczna, oparta na swobodnej, prywatnej przedsiębiorczości, twierdząco przed dwoma laty odpowiedziało tylko 35% respondentów, 34% nie zgodziło się z tym, a 31% nie miało zdania na ten temat. Obecnie odsetki te kształtują się na podobnym poziomie. Zmierzamy jednak w kierunku bogatszego Zachodu, zatem warto już teraz razem z nim zastanowić się, dlaczego powinniśmy cenić wolny rynek.
Współczesna ekonomia jest nauką skoncentrowaną na rynku, a jego istotą (niezależnie pod tego, czy to osiedlowy bazar czy platforma internetowa) jest zetknięcie się popytu (zapotrzebowania) i podaży (oferty). Uzgodniona na nim, dobrowolnie zaakceptowana przez obie strony cena stanowi o wartości konkretnego dobra w danym miejscu i czasie dla kontrahentów. Rynek, na którym cena stanowi wypadkową wyłącznie gry popytu i podaży, określany jest jako wolny.
Tyle teraz teoria, albowiem życie kreśli swoje scenariusze. Zasadniczo każdy rynek ma charakter w mniejszym lub większym stopniu odbiegający od ideału, a to z uwagi na… organizacje państwowe, które zawsze dokonują na nim określonego rodzaju interwencji. Ingerencje te mogą polegać, dla przykładu, na ustalaniu cen minimalnych, cen maksymalnych, ograniczeń ilościowych produkcji lub obrotu, standardów jakościowych, wymogów fachowości, finansowych lub po prostu zezwoleń na wykonywanie określonej działalności.
Tymczasem fenomenem gospodarki wolnorynkowej jest działanie tzw. zasady niewidzialnej ręki rynku, sformułowanej przez klasyka ekonomii Adama Smitha. Zgodnie z tą zasadą, poszczególni uczestnicy gry rynkowej (przedsiębiorcy i konsumenci), dokonując w swoim interesie indywidualnych wyborów, przyczyniają się do stosunkowo najlepszej alokacji zasobów w skali całej gospodarki, a więc maksymalizacji dobrobytu społecznego.
Jakakolwiek forma interwencjonizmu państwowego jest wtedy niepotrzebna. Wnioski z tej prostej relacji są pokrzepiające, także w odniesieniu do rynków usług:
a) konsument ma zawsze rację
Chodzi tu o równoległe dążenie przedsiębiorców do maksymalizacji osiąganego zysku i konsumentów do maksymalizacji swojego zadowolenia w ramach posiadanych możliwości finansowych.
Zysk przedsiębiorcy w gospodarce rynkowej zależy od wielkości popytu na jego towary i kosztów, jakie musi on ponieść, aby wyprodukować. Wielkość zapotrzebowania na dany wyrób zależy zaś od tego, na ile producentowi udało się utrafić z ofertą w gusta i możliwości finansowe konsumentów. Jego własny zysk jest zatem uzależniony od tego, na ile „dogadza” nabywcy swoich produktów. Konsument na rynku posiada określoną siłę nabywczą związaną z posiadanymi środkami, które może wydać. Wydając swoje pieniądze, będzie kierował się zamiarem uzyskania maksimum korzyści za własne środki. Wyselekcjonuje te dobra, których konsumpcja da mu najwięcej zadowolenia.
Z punktu widzenia konsumenta, najlepszy rynek to taki, w którym indywidualny producent czy sprzedawca jest jedynie jednym z wielu podmiotów oferujących to samo dobro. W takich przypadkach producenci, którzy chcą utrzymać się na rynku, muszą nie tylko dbać o jakość swojego wyrobu, lecz również zwracać uwagę na poziom ceny w porównaniu z innymi dostawcami. Jeśli towar będzie zbyt drogi, nie znajdzie nabywcy. Konsument może więc poprzez dokonywane wybory decydować o tym, który przedsiębiorca osiągnie zysk i utrzyma się na rynku. Taką sytuację określamy jako rynek konkurencyjny, który wszystkim, także finansistom, zwykł zawsze wychodzić na dobre.
b) nie ma tzw. darmowych obiadów
Wolny rynek jest płaszczyzną nieskrępowanej konkurencji, która stawia konsumenta, jego prawa w centrum obrotu gospodarczego. Tym samym konsument ma prawo wyboru najkorzystniejszej dla niego oferty. Producent dzięki zapłacie może uregulować swoje rachunki, zapłacić należność swoim dostawcom i podmiotom, które udostępniają mu środki produkcji (a więc gospodarstwom domowym, do których należy kapitał ziemia i praca), a także państwu (tzw. daniny publiczne).
W ten sposób na rynku utrzymują się tylko ci spośród przedsiębiorców, którzy są wynagradzani przez nabywców ich dóbr i usług. Sprawnie działająca gospodarka wyklucza bowiem również możliwość długotrwałego funkcjonowania niezgodnie z trendami występującymi na rynku. Zgodnie z jednym z podstawowych powiedzeń ekonomistów: „nie ma obiadu za darmo”, w gospodarce rynkowej za wszystko, z czego korzystamy, trzeba płacić.
Kosztowny strażnik
Warto pamiętać, że organizacje państwowe, dysponując pieniądzem publicznym, zwykle kupują drogo, nie mają konkurencji, przez co nie działają na zasadach rynkowych, nie mają też motywacji do minimalizacji kosztów. W praktyce pojawić się wówczas może np. administracyjny system dystrybucji czy – o zgrozo! – niski standard. Wytwórcy są pewni, że ich usługi zostaną nabyte. Nie istnieje też żaden mechanizm rynkowy prowadzący do skutecznej eliminacji partacza.
Takie sytuacje wymagają bardzo szczegółowego przemyślenia każdorazowego podejmowania decyzji o zapewnianiu konkretnych usług przez organizację państwową i podejmowania działania wtedy i tylko wtedy, kiedy interes społeczny, jaki państwo chce chronić, ma szczególnie ważkie znaczenie.
W dobie cyklicznych zawirowań gospodarczych lepiej jest, gdy ów interwencjonizm państwowy, a zwłaszcza jego odbicie w mechanizmie podatkowym, nie zubaża ludzi. Potencjał nabywczy przeciętnego człowieka powinien się nieustannie zwiększać, zaś jego możliwości decydowania o tym, u kogo nabędzie konkretną usługę, znacznie rosnąć. Ważne są również działania ukierunkowane na zwiększanie przejrzystości rynku (dostępności do informacji o produkcie czy kontrahencie) czy również zwiększanie zaufania uczestników rynku do samego rynku. Ta sfera zadań sprzyja pogłębianiu zaufania uczestników do rynku w ogóle, do rynku jako szerokiej platformy wymiany. Jest to szczególnie pożądane w dziedzinie pośrednictwa finansowego.
dr Marek Śliperski
Trwający kryzys finansowo-gospodarczy zmusza władze państw do ratowania efektywności oraz stabilności swoich systemów finansowych. Funkcjonujące w ich ramach instytucje bywają wtedy także częściowo bądź całkowicie przejmowane przez rządy. Nabywane akcje i udziały są może nawet i dobrą inwestycją (po 5–10 latach ich odsprzedaż przynieść powinna niezłe zyski?), lecz w dłuższym okresie również kosztowną i szkodliwą (wyższe bieżące wydatki rządowe to zwykle wyższe późniejsze podatki, a te zostają często na dłużej i biznesom mocno przeszkadzają). Takie działanie to nieracjonalna nacjonalizacja. Mechanizm wolnorynkowy zacina się. Oby tylko chwilowo.
Lekcje anglosaskie i nie tylko
W kryzysowej dobie swoich udziałów na rzecz państwa pozbywają się także potentaci ubezpieczeniowi. Przykładem amerykańska grupa AIG, która w ostatnich latach stawiała bardziej na spekulacje finansowe, a nie na rzetelne prowadzenie biznesu prewencji i rekompensacji ubezpieczeniowej. Stawianie na ciągły wzrost zwrotu na kapitale ograniczyło racjonalne myślenie menedżerów, którzy chciwie i ślepo wpatrzeni w cyfry zatracili sens swojego powołania – dobro klienta. Efektem były pokaźne straty na działalności inwestycyjnej oraz tej bieżącej, technicznej, czysto ubezpieczeniowej.
W ubezpieczeniach trzeba być szczególnie cierpliwym. Franz Fuchs, prezes Vienna Insurance Group Polska, powiedział: – W ciągu tych lat AIG potrzebowało wciąż kapitału, ostatnio coraz częściej: 30, 50, 85 miliardów dolarów. I gdzie oni są teraz? To bankrut. AIG to był może dobry przykład, ale sześć lat temu. Ważne są teraz solidne wyniki ubezpieczeniowe. Zyski z inwestycji to śmietanka. Jeżeli są – to super. Spekulowanie pieniędzmi klientów działa, ale tylko czasami. Nic dodać, nic ująć.
Z kolei rząd brytyjski od niedawna nacjonalizuje największe banki, od lat silnie powiązane z tamtejszą branżą ubezpieczeniową. Okazuje się, że to jedyny sposób, aby uratować je przed bankructwem (nikt inny bowiem nie ma zamiaru dać im pieniędzy). Jest w tym ironia i dowód na to, że historia lubi żartować: nie tak znowu dawno temu brytyjski rząd (kierowany przez Margaret Thatcher) prywatyzował wszystko, co się dało, a ten ruch, krytykowany przez znaczną część opinii publicznej, stworzył podstawy do dynamicznego rozwoju gospodarki Wysp, gospodarki, której perłą był sektor finansowy. Obecnie premier Gordon Brown musi w patetycznych słowach przekonywać naród do nacjonalizacji. Ta ostatnia staje się możliwym rozwiązaniem kłopotów finansowych w odległej Argentynie, gdzie rządy myślą o zawłaszczeniu… funduszy emerytalnych społeczeństwa.
Państwowa własność, przyznajmy, jest solą w oku wszystkich zwolenników wolnego rynku. Trudno się z nimi sprzeczać, ponieważ nie jest to dobre rozwiązanie. Tylko czy w obecnej sytuacji jest inne? Jeżeli największe instytucje upadną, cały system finansowy legnie w gruzach. Oczywiście odbuduje się zdrowszy i silniejszy, lecz co w tym czasie będzie się działo z gospodarką, jej perspektywami? Co z pożytkami płynącymi z idei wolnego rynku?
Kto ma rację?
Wydawałoby się, że liczba zwolenników wolnego rynku generalnie powinna być niemała. Tymczasem bywa z tym różnie, bo co kraj, to obyczaj. W Polsce, kraju bądź co bądź coraz lepiej rozwijającym się gospodarczo, na pytanie, czy najlepsza dla naszego kraju jest gospodarka kapitalistyczna, oparta na swobodnej, prywatnej przedsiębiorczości, twierdząco przed dwoma laty odpowiedziało tylko 35% respondentów, 34% nie zgodziło się z tym, a 31% nie miało zdania na ten temat. Obecnie odsetki te kształtują się na podobnym poziomie. Zmierzamy jednak w kierunku bogatszego Zachodu, zatem warto już teraz razem z nim zastanowić się, dlaczego powinniśmy cenić wolny rynek.
Współczesna ekonomia jest nauką skoncentrowaną na rynku, a jego istotą (niezależnie pod tego, czy to osiedlowy bazar czy platforma internetowa) jest zetknięcie się popytu (zapotrzebowania) i podaży (oferty). Uzgodniona na nim, dobrowolnie zaakceptowana przez obie strony cena stanowi o wartości konkretnego dobra w danym miejscu i czasie dla kontrahentów. Rynek, na którym cena stanowi wypadkową wyłącznie gry popytu i podaży, określany jest jako wolny.
Tyle teraz teoria, albowiem życie kreśli swoje scenariusze. Zasadniczo każdy rynek ma charakter w mniejszym lub większym stopniu odbiegający od ideału, a to z uwagi na… organizacje państwowe, które zawsze dokonują na nim określonego rodzaju interwencji. Ingerencje te mogą polegać, dla przykładu, na ustalaniu cen minimalnych, cen maksymalnych, ograniczeń ilościowych produkcji lub obrotu, standardów jakościowych, wymogów fachowości, finansowych lub po prostu zezwoleń na wykonywanie określonej działalności.
Tymczasem fenomenem gospodarki wolnorynkowej jest działanie tzw. zasady niewidzialnej ręki rynku, sformułowanej przez klasyka ekonomii Adama Smitha. Zgodnie z tą zasadą, poszczególni uczestnicy gry rynkowej (przedsiębiorcy i konsumenci), dokonując w swoim interesie indywidualnych wyborów, przyczyniają się do stosunkowo najlepszej alokacji zasobów w skali całej gospodarki, a więc maksymalizacji dobrobytu społecznego.
Jakakolwiek forma interwencjonizmu państwowego jest wtedy niepotrzebna. Wnioski z tej prostej relacji są pokrzepiające, także w odniesieniu do rynków usług:
a) konsument ma zawsze rację
Chodzi tu o równoległe dążenie przedsiębiorców do maksymalizacji osiąganego zysku i konsumentów do maksymalizacji swojego zadowolenia w ramach posiadanych możliwości finansowych.
Zysk przedsiębiorcy w gospodarce rynkowej zależy od wielkości popytu na jego towary i kosztów, jakie musi on ponieść, aby wyprodukować. Wielkość zapotrzebowania na dany wyrób zależy zaś od tego, na ile producentowi udało się utrafić z ofertą w gusta i możliwości finansowe konsumentów. Jego własny zysk jest zatem uzależniony od tego, na ile „dogadza” nabywcy swoich produktów. Konsument na rynku posiada określoną siłę nabywczą związaną z posiadanymi środkami, które może wydać. Wydając swoje pieniądze, będzie kierował się zamiarem uzyskania maksimum korzyści za własne środki. Wyselekcjonuje te dobra, których konsumpcja da mu najwięcej zadowolenia.
Z punktu widzenia konsumenta, najlepszy rynek to taki, w którym indywidualny producent czy sprzedawca jest jedynie jednym z wielu podmiotów oferujących to samo dobro. W takich przypadkach producenci, którzy chcą utrzymać się na rynku, muszą nie tylko dbać o jakość swojego wyrobu, lecz również zwracać uwagę na poziom ceny w porównaniu z innymi dostawcami. Jeśli towar będzie zbyt drogi, nie znajdzie nabywcy. Konsument może więc poprzez dokonywane wybory decydować o tym, który przedsiębiorca osiągnie zysk i utrzyma się na rynku. Taką sytuację określamy jako rynek konkurencyjny, który wszystkim, także finansistom, zwykł zawsze wychodzić na dobre.
b) nie ma tzw. darmowych obiadów
Wolny rynek jest płaszczyzną nieskrępowanej konkurencji, która stawia konsumenta, jego prawa w centrum obrotu gospodarczego. Tym samym konsument ma prawo wyboru najkorzystniejszej dla niego oferty. Producent dzięki zapłacie może uregulować swoje rachunki, zapłacić należność swoim dostawcom i podmiotom, które udostępniają mu środki produkcji (a więc gospodarstwom domowym, do których należy kapitał ziemia i praca), a także państwu (tzw. daniny publiczne).
W ten sposób na rynku utrzymują się tylko ci spośród przedsiębiorców, którzy są wynagradzani przez nabywców ich dóbr i usług. Sprawnie działająca gospodarka wyklucza bowiem również możliwość długotrwałego funkcjonowania niezgodnie z trendami występującymi na rynku. Zgodnie z jednym z podstawowych powiedzeń ekonomistów: „nie ma obiadu za darmo”, w gospodarce rynkowej za wszystko, z czego korzystamy, trzeba płacić.
Kosztowny strażnik
Warto pamiętać, że organizacje państwowe, dysponując pieniądzem publicznym, zwykle kupują drogo, nie mają konkurencji, przez co nie działają na zasadach rynkowych, nie mają też motywacji do minimalizacji kosztów. W praktyce pojawić się wówczas może np. administracyjny system dystrybucji czy – o zgrozo! – niski standard. Wytwórcy są pewni, że ich usługi zostaną nabyte. Nie istnieje też żaden mechanizm rynkowy prowadzący do skutecznej eliminacji partacza.
Takie sytuacje wymagają bardzo szczegółowego przemyślenia każdorazowego podejmowania decyzji o zapewnianiu konkretnych usług przez organizację państwową i podejmowania działania wtedy i tylko wtedy, kiedy interes społeczny, jaki państwo chce chronić, ma szczególnie ważkie znaczenie.
W dobie cyklicznych zawirowań gospodarczych lepiej jest, gdy ów interwencjonizm państwowy, a zwłaszcza jego odbicie w mechanizmie podatkowym, nie zubaża ludzi. Potencjał nabywczy przeciętnego człowieka powinien się nieustannie zwiększać, zaś jego możliwości decydowania o tym, u kogo nabędzie konkretną usługę, znacznie rosnąć. Ważne są również działania ukierunkowane na zwiększanie przejrzystości rynku (dostępności do informacji o produkcie czy kontrahencie) czy również zwiększanie zaufania uczestników rynku do samego rynku. Ta sfera zadań sprzyja pogłębianiu zaufania uczestników do rynku w ogóle, do rynku jako szerokiej platformy wymiany. Jest to szczególnie pożądane w dziedzinie pośrednictwa finansowego.
dr Marek Śliperski
- Rynek póty dobry, póki wolny Autor: ~Tantaloc 2009-01-05 07:07
- Terefere... takie rzeczy to tylko w erze, ludzie sa zbyt strachliwi zeby zaufac wolnemu rynkowi. Pozatym za duzo jest cwaniakow ktorzy zawsze wykorzystaja naiwnych. A ludzie sa naiwni. Ale dazyc do wo (..)


Dodaj komentarz