Fundamenty polskiej gospodarki nie są wcale takie mocne. Skala zadłużenia Polski, polskich przedsiębiorstw, Polaków z tytułu kredytów zagranicznych, to dziś już kwota zbliżająca się do blisko 190 mld euro. Z tytułu kredytów hipotecznych to około 200 mld zł, z czego ponad 150 mld zaciągnięto w walutach zagranicznych głównie we franku szwajcarskim. Tu o polskich kredytobiorców dba jedynie szwajcarski rząd i szwajcarski bank centralny a nie nasz polski rząd czy NBP. Dług publiczny Skarbu Państwa liczony po kursie 4,40zł za euro to już kwota około 840 mld zł.
Tylko gorzej
Ilość wniosków o upadłość polskich przedsiębiorstw, tylko w I kw. 2009 r. wzrosła o 30 proc., a fala ta dopiero do nas nadchodzi, skoro też zamierają inwestycje, a banki same mają gigantyczne straty i próbują się ratować kosztem swych klientów, to katastrofa budżetowa jest niewątpliwie coraz bliżej. Jakaś pomoc finansowa prędzej czy później będzie konieczna, w tym pomoc międzynarodowych instytucji finansowych. Jak widać spekulanci znali prawdę o naszych fundamentach gospodarczych. Wpływy podatkowe z VAT pod koniec 2009 r. mogą być niższe od planowanych nawet o 20 mld zł.
Małe wpływy
Niższe będą wpływy z PIT, CIT, czy z tytułu prywatyzacji, z której planowano 12 mld zł. Pamiętajmy, że polski budżet i jego wpływy zaprojektowano przy założeniu wzrostu PKB na poziomie 3,7 proc. a może być minus 1,5 proc. Potrzeby pożyczkowe państwa polskiego w 2009 r. sięgną astronomicznej kwoty 150 mld zł, w tym potrzeby zagranicznego finansowania brutto sięgają 115 mld USD. Tyle długu w walutach obcych musimy zrolować, czyli zaciągnąć nowych zobowiązań, by spłacić stare. Tylko pod koniec maja rząd musi zdobyć 17 mld zł, na wykup obligacji. A do końca lipca nawet 23 mld.
Nie ma powodów do dumy
Znaleźliśmy się pod bardzo poważną presją z powodu błędów popełnionych w ciągu ostatnich 20 lat transformacji zwłaszcza z powodu bezmyślnej sprzedaży sektora finansowego i w związku ze spóźnioną i nieadekwatną reakcją na kryzys. Pamiętajmy, że MFW pomaga krajom udzielając kredytów, a nie rozdając prezenty, czy darowizny. Pożycza krajom w poważnych tarapatach gospodarczych i finansowych. Ukraina, Serbia, Rumunia, Łotwa, ostatnio Meksyk to nie są potęgi gospodarcze. Gdy na szczycie w Brukseli kilka tygodni temu Węgrzy zaproponowali, by to UE wyasygnowała kwotę 160 mld euro na pomoc krajom Europy Środkowo-Wschodniej to właśnie my zablokowaliśmy ten zastrzyk pomocy unijnych środków, rzekomo z powodu stabilnych i dobrych fundamentów polskiej gospodarki, w odróżnieniu od sytuacji Węgier. Wbiliśmy przysłowiowy nóż w plecy naszym węgierskim przyjaciołom.
Sukces?
Była to, co najmniej bezmyślność i arogancja, albo megalomania, która będzie nas bardzo drogo kosztować, a właściwie już kosztuje. Nie minęło przecież więcej niż 3-4 tygodnie, gdy triumfalnie i dość niespodziewanie polski rząd i minister finansów ogłosili kolejny sukces gospodarczy tego rządu, że oto skorzystamy z 20 mld zł pożyczki MFW w ramach elastycznej linii kredytowej. Ministerstwo Finansów, które brzydzi się pożyczaniem, podczas, gdy minister jest poważnie zadłużony w brytyjskich bankach, zawnioskowało do MFW o przystąpienie do elastycznej linii kredytowej (FLC), co w razie potrzeby pozwoli na zwiększenie rezerw NBP o 20 mld USD. Ma to rzekomo pozytywnie wpłynąć zarówno na złotego i co najważniejsze uchronić polską walutę przed potencjalnymi atakami spekulantów.
Idee fixe
Otóż niestety minister finansów Rostowski jak zwykle się myli. A najbliższe miesiące dobitnie to potwierdzą. Międzynarodowi spekulanci giełdowi słusznie widzą zbyt wiele pęknięć w naszych silnych i stabilnych fundamentach gospodarczych. I nie przejmują się kwotą 20 mld USD. Po co pożyczamy od MFW skoro NBP dysponuje rezerwami wielkości 45 mld euro i na razie z nich nie skorzystaliśmy? A sytuacja jest naprawdę poważna. A może przyczyny sięgnięcia po linie kredytowe MFW są tak naprawdę inne? A polska opinia publiczna znowu jest zwyczajnie oszukiwana. Może idee fixe tego rządu i marzenia o szybkim przyjęciu euro w 2012 r. nie zostały zupełnie pogrzebane? Może przedstawiciele rządu stwierdzili, że sama informacja o pożyczce z MFW wystarczy, by ustabilizować złotego w dłuższej perspektywie, co jest warunkiem koniecznym do wejścia do systemu ERM2, że będzie to wręcz broń atomowa.
Próżne nadzieje
Po pierwszych wypowiedziach niektórych skompromitowanych analityków bankowych, że euro będzie kosztowało poniżej 4 zł i że będziemy mieli do czynienia ze stałą tendencją wzmacniania się polskiej waluty, te pomysły okazały się jak na razi pobożnym życzeniem. Kurs euro wzrósł po kilku dniach do poziomu 4,40 zł, bo przecież siła naszej waluty zależy nie tylko od działań spekulacyjnych.
Więcej w grze
Paradoksalnie może się zdarzyć coś całkiem odwrotnego w niedługiej perspektywie. Zapowiedź, że polski rząd chce pożyczyć dodatkowe 20 mld USD może zachęcić międzynarodowych spekulantów do działań na naszym rynku, bo to wyraźnie powiększa pulę w grze. Im większa pula i gra o wyższe stawki, tym wyższe wygrane mogą być bardzo kuszące. Kwota 20 mld z MFW nie odstraszy dużych międzynarodowych graczy spekulujących na rynku walutowym. Tym bardziej, że na polskiej scenie są oni od dłuższego czasu bardzo aktywni i mają mocne wtyczki w postaci byłych premierów i ministrów. Rola jaką odegrały Goldman Sachs i JP Morgan w ostatnich miesiącach w Polsce do dziś nie została wyjaśniona.
To wyzwanie rzucone przez polski rząd międzynarodowym spekulantom może się okazać nieprzemyślane i bardzo kosztowne. Skoro jesteśmy tacy mocni, a nasze stabilne finanse są jednymi z najlepszych w Europie, to po co ta pożyczka? Jeżeli jednak jest inaczej, to kwota 20 mld USD nie wystarczy w tej rozgrywce. Duże banki inwestycyjne mają dużo większe możliwości finansowe. Ich ruch to tylko kwestia czasu. Ich atak może się okazać zabójczy dla polskiego rynku dewizowego. Spekulanci tylko pociągają za sznurki.
To koniec?
Zdaniem premiera Pawlaka era spekulantów giełdowych dobiega końca, a to co było do zarobienia na rynku walutowym już zarobiono i w tej chwili mamy odwilż, twierdzi wicepremier. To prawda, ale jedynie w odniesieniu do opcji walutowych polskich przedsiębiorstw. Ale dziś wbrew pozorom można jeszcze sporo ugrać, a atak spekulacyjny na polską walutę jest bardziej realny niż wcześniej.
Janusz Szewczak
Autor jest niezależnym analitykiem gospodarczym



























































