Wystarczyła szczypta pozytywnych plotek z frontu wojny handlowej, aby nowojorskie giełdy poszły mocno w górę. W sam raz docierając do kluczowych oporów technicznych.


Od kilku tygodni inwestorzy działają nieco po omacku. Wall Street reaguje chaotycznie w zależności od tego, kto i co powie na temat negocjacji handlowych między USA i Chinami. Czwartek był dniem „odprężenia” w stosunkach amerykańsko-chińskich. Z Pekinu nadeszły nic nieznaczące komunikaty o woli kontynuowania rozmów z Amerykanami we wrześniu. O jakiś negocjacjach „na innym poziomie” mówił też prezydent USA Donald Trump.
Czyli tak naprawdę jak zwykle nic nie wiadomo i trudno rozeznać się, co właściwie jest grane. Tymczasem twarde fakty są takie, że w środę rząd USA już oficjalnie wprowadził nowe cła (w wysokości 5%) na 300 mld USD chińskiego importu, które zaczną obowiązywać od 1 września i na część towarów od 15 grudnia. Te cła w sierpniu zapowiedział prezydent Trump.
Wall Street reagowało jednak w myśl zasady „kupuj plotki, sprzedawaj fakty”. Iskierka nadziei z frontu handlowego wykrzesała całkiem pokaźne wzrosty. S&P500 poszedł w górę o 1,27%, docierając na wysokość 2 924,58 pkt. Czyli niemal dokładnie do poziomu, na którym zatrzymywały się wszystkie sierpniowe próby odbicia. Zapewne nieprzypadkowo poziom ten jest wyznaczany przez 61,8% zniesienia spadkowej fali z początku sierpnia.
Zobaczmy, jak to wszystko wygląda w szerszej perspektywie. Pomimo niekiedy panicznych nagłówków w mediach S&P500 znajduje się ledwie 3,4% poniżej rekordu wszech czasów ustanowionego raptem… miesiąc temu. Rynek długu (inwersja krzywej terminowej) wysyła recesyjne sygnały, podobnie jak niektóre dane makro (np. spadające inwestycje przedsiębiorstw). Zyski spółek od początku roku zasadniczo stoją w miejscu, a wojna handlowa z Chinami raczej ich nie poprawi. Mimo to amerykańskie akcje wyceniane są bardzo wysoko, przy c/z dla indeksu S&P500 blisko 22.
Krzysztof Kolany





























































