Wczoraj do wielu inwestorów po raz pierwszy dotarło, jakie mogą być koszty rządowego stymulowania gospodarki. Agencja Standard & Poor’s z powodu ogromnego deficytu budżetowego (12,4% PKB) zagroziła obniżeniem ratingu Wielkiej Brytanii. Rynki od razu zdały sobie sprawę, że w równie złej kondycji jest budżet federalny (13% PKB deficytu) i że również Stany Zjednoczone mogą stracić swój elitarny rating AAA. Dodatkowo Departament Skarbu poinformował, że tylko w następnym tygodniu zaoferuje papiery dłużne za 101 mld $. Analitycy oceniają tegoroczne potrzeby pożyczkowe USA na 3,25 biliona dolarów.
Efektem była wyprzedaż amerykańskich obligacji skarbowych – ceny papierów 2-letnich spadły aż o 5%. Inwestorzy w lekkim popłochu uciekali z rynku, który przez ostatnie miesiące był postrzegany jako „bezpieczna przystań” na wzburzonym morzu rynków finansowych. Teraz okazało się, że wyśrubowane ceny amerykańskich obligacji może czekać bolesna korekta.
Skutkiem takiego stanu rzeczy jest też deprecjacja dolara wobec euro oraz jena. W piątek kurs EUR/USD zbliżył się do poziomu 1,40$, odrabiając całe tegoroczne straty. Tylko w tym tygodniu euro zyskało wobec „zielonego” 3,6%. Słabszy dolar sprawia, że złoto staje się tańsze dla inwestorów spoza USA, co zwiększa popyt na złote kontrakty.
Ale wczorajsze wydarzenia na rynku obligacji mogą też sugerować bardziej długoterminową zmianę nastawienia inwestorów. Być może papiery dłużne emitowane przez rząd USA stracą swoją magię jedynej „bezpiecznej przystani”, a określenie to zostanie na trwałe przypisane do metali szlachetnych, w tym zwłaszcza do złota. W czwartek była to jedyna drożejąca klasa aktywów na nowojorskich giełdach.
Tymczasem o godzinie 14:10 za uncję złotego kruszcu płacono 956,62$ ,czyli o 0,3% więcej niż na zamknięciu wczorajszych notowań. Uncję srebra wyceniano na 14,76$, czyli o 1,6% wyżej niż w czwartek.
Krzysztof Kolany
Bankier.pl



























































