Grzegorz Zalewski: Jeszcze nie tak dawno media żyły manipulacjami – fixingiem, złotym, kursem kontraktów terminowych. Nawet dziennikarze niefinansowi mieli swoje trzy grosze do powiedzenia. Po medialnej awanturze GPW w lutym zaczęła publikować informacje o tzw. koncentracji pozycji. I już od dłuższego czasu zastanawiam się, czy ktoś w ogóle na ten codzienny raport patrzy.
[...] Ale do rzeczy. Po sesji wczorajszej okazuje się, że jeden uczestnik rynku posiada od 30 000 do 34 000 otwartych pozycji we wrześniowej serii kontraktów na WIG20, czyli 35-40% rynku. Każdy łatwo może sobie policzyć wartość tej pozycji oraz kwotę depozytów potrzebnych do jej utrzymania. Co może taki gracz? Pewnie dużo. Zwłaszcza jeśli polski rynek jest dla niego jednym z wielu rynków, na którym działa.

Jak napisałem wyżej nie widzę jakoś specjalnie głosów o manipulacjach, cudofixingach itp., choć odnoszę wrażenie, że nasz rynek zachowuje się zupełnie inaczej niż dotychczas. Nie chodzi wyłącznie o same kontrakty, ale również spółki z WIG20. Liczba luk na otwarcie sesji w ostatnim czasie wydaje mi się subiektywnie, znacząco większa niż było to w przeszłości (nie chodzi wyłącznie o klasyczne luki w rozumieniu AT – czyli luki widoczne na wykresie, lecz sytuacje w których cena otwarcia znacząco różni się od ostatniego zamknięcia).
Podobna sytuacja ma miejsce podczas zamknięcia. Ceny spółek z WIG20 mają tendencję do tego, by podczas zamykającego fixingu robić ruch nierzadko większy niż w ciągu całego dnia. Jeśli to działanie jest celowe (a każde działanie dużego gracza na dowolnym rynku można uznać za celowe), to jest zrozumiałe. Łatwiej jest „ustawić” odpowiednio wysoko lub nisko cenę odniesienia, niż próbować utrzymywać lub zbijać kurs przez całą sesję.






























































