S&P500 zaliczył najsilniejszy spadek od września po tym, jak szef Europejskiego Banku Centralnego nie przyspieszył dodruku pieniędzy (QE). Inwestorzy okopali się przed piątkowym raportem z rynku pracy.
S&P500 spadł w czwartek o 1,42% i zakończył sesję na najniższym poziomie od dwóch tygodni.
To i tak niewiele w porównaniu do przeszło 3,5-procentowego zjazdu w wykonaniu DAX-a i CAC40.
Zobacz także
Ale wystarczyło, by była to najgorsza sesję od 28 września i to przy obrotach o 20% wyższych od średniej z ostatnich 20 sesji.
Większość obserwatorów winę za taki stan rzeczy zrzuciło na Mario Draghiego. Prezes EBC „tylko” obniżył stopę depozytową z -0,20% (!) do -0,30%, przedłużył program skupu obligacji (QE) o pół roku i rozszerzył o dług władz lokalnych. Tyle że inwestorzy przyzwyczajeni do ekscesów Rezerwy Federalnej, która na każdy kaprys rynku ordynowała nowe QE, byli rozczarowani, że EBC pozostawił skalę dodruku pieniądza na poziomie 60 mld euro miesięcznie.

Po Draghim na scenę wkroczyła Janet Yellen. Szefowa Rezerwy Federalnej zeznając przed Kongresem powiedziała, że wystarczy wzrost liczby miejsc pracy o mniej niż 100 tys. miesięcznie, aby zaabsorbować przyrost siły roboczej. Dla rynku to sugestia, że nawet wzrost zatrudnienia słabszy od oczekiwanych 200 tys. może nie wystarczyć, aby odwieść Fed od pierwszej od prawie dekady podwyżki stóp procentowych.
Niemniej jednak piątkowy raport z amerykańskiego rynku pracy wciąż wydaje się kluczowy dla krótkoterminowych perspektyw dolara i rynków akcji. Ekonomiści szacują, że w listopadzie gospodarka USA utworzyła 200 tys. nowych miejsc pracy w sektorach pozarolniczych. Wynik powyżej tej bariery najprawdopodobniej przesądzi o podwyżce stopy funduszy federalnych o 25 pb. na grudniowym posiedzeniu FOMC.






























































