Wszak huragany w Zatoce - to sprawa normalna. Dlaczego więc zagrożenie niektórych złóż i terminali w Ameryce, która produkuje 3 (słownie trzy) procent światowego wydobycia ropy wywołuje takie szaleńcze ruchy cen tego surowca na całym świecie? Fakt, iż USA, produkując owe 3 proc., zużywają około 25 proc. światowej produkcji ropy. Jeśli skojarzymy to z faktem, iż Irak ma około 22 proc. znanych zasobów światowych ropy, to wyjaśnimy sobie przy okazji, dlaczego prezydent Bush zdecydował się "budować demokrację" w Iraku.
Oczywiście przy napiętym światowym bilansie paliwowym każdy milion baryłek mniej może spowodować zachwianie rynku, ale - na Boga - nie aż takie. Nawet biorąc pod uwagę, iż na rynki światowe weszły Chiny ze swym ogromnym zapotrzebowaniem na paliwa. Ktoś obliczył, iż gdyby Chińczycy zrealizowali swój program "samochód dla każdego", światowe zasoby ropy wyczerpałyby się w ciągu kilku lat. Czy to jednak jest warunkiem wystarczającym dla skokowych zmian?
Oto czytam wypowiedź przedstawiciela Indonezji w OPEC Maizara Rahmana. Jego zdaniem ceny ropy naftowej na światowych giełdach paliw pozostaną na wysokim poziomie przez następne dwa - trzy lata, dopóki nie będzie dodatkowych mocy przerobowych w związku ze spodziewanym dalszym wzrostem zapotrzebowania na paliwa. No właśnie. A gdzie są te inwestycje? Jakoś o nich nie słychać. Dlaczego? Odpowiedź prosta, jak drut z Huty Katowice: bo koncernom naftowym bardziej opłaca się windować ceny, niż ponosić ogromne koszty inwestycji. Gdybym więc dochodził przyczyn wzrostu cen paliw, to raczej szukałbym ich w zmowie wielkich koncernów, niż w huraganach i innych klęskach żywiołowych.
Gazeta Krakowska
JERZY PAŁOSZ




























































