Zazwyczaj szefowie banków centralnych są bardzo wstrzemięźliwi i ostrożni w swoich opiniach, dlatego ich wypowiedzi trzeba czytać bardzo uważnie. Jednak dzisiejsze sformułowanie o „znaczącym ryzyku spowolnienia wzrostu gospodarczego i równocześnie coraz poważniejszym ryzyku wzrostu inflacji” było wyjątkowo jednoznaczne. Tymczasem jeszcze na początku roku Bernanke zdecydowanie wykluczył powtórkę scenariusza z lat 70-tych XX wieku.
W związku z tym kolejne decyzje w polityce monetarnej Fed-u stają się coraz mniej przewidywalne. Dodatkowo pod uwagę trzeba brać kondycję sektora finansowego, która dla amerykańskiego banku centralnego staje się chyba głównym priorytetem.
„Pomaganie rynkom finansowym w powrocie do normalnego funkcjonowania nadal będzie jednym z głównych priorytetów Rezerwy Federalnej” – powiedział senatorom Ben Bernanke.
Szef Fed-u z coraz większym pesymizmem wypowiedział się o kondycji finansowej Amerykanów i przyznał, że ostatnie rabaty podatkowe były istotnym wsparciem dla wydatków konsumpcyjnych. Zdaniem Bernanke również przedsiębiorstwa będą bardziej ostrożne w wydawaniu pieniędzy na nowe inwestycje. Prezes Fed-u nie ma też złudzeń co do sytuacji na rynku mieszkaniowym: „spadające ceny domów zwiększają liczbę bankowych licytacji, a te z kolei prowadzą do jeszcze większych spadków cen nieruchomości w niektórych regionach”.
Mimo to zarząd Rezerwy Federalnej podwyższył tegoroczną prognozę wzrostu gospodarczego, który ma się znaleźć w granicach 1-1,6%, przy inflacji na poziomie 3,8-4,2%. Poprzednie szacunki mówiły o dynamice PKB rzędu 0,3-1,2% i wzroście cen o 3,1-3,4%.
Zdaniem Bernanke największy wpływ na sytuację gospodarczą będą miały rosnące ceny energii i innych surowców, co zmniejszy siłę nabywczą amerykańskich konsumentów, których wydatki i tak się obniżą ze względu na coraz niższe ceny domów.
K.K.


























































