Raport z rynku pracy rzeczywiście mógł podnieść morale giełdowych byków. W sierpniu zatrudnienie spadło o połowę mniej od prognoz (o 54 tysiące zamiast 100 tysięcy) i wyraźnie w górę zrewidowano wyniki za lipiec i czerwiec. Sektor prywatny utworzył 67 tysięcy miejsc pracy. To mniej niż 70 tysięcy odnotowanych w lipcu, ale też więcej od prognozowanych 40 tysięcy. W tym sensie dane te przebiły rynkowy konsensus.
Ale to wcale nie oznacza, że były dobre. Aż 26 milionów Amerykanów nie może znaleźć pracy w satysfakcjonującym wymiarze godzin. Oficjalna stopa bezrobocia wzrosła z 9,5% do 9,6%. Aż 47% osób wchodzących na rynek pracy zasila szeregi bezrobotnych. Tak nie zachowuje się gospodarka, która podobno znajduje się na ścieżce wzrostu.
Ale na otwarciu giełdowe indeksy wystrzeliły w górę, rosnąc po przeszło 1%. Radość optymistów szybko schłodziły jednak wieści z sektora usług. Indeks ISM spadł z 54,3 do 51,5 punktów, sygnalizując już tylko bardzo słaby wzrost tego kluczowego sektora amerykańskiej gospodarki (ok. 80% udziału w tworzeniu PKB). Analitycy liczyli się ze spadkiem ISM tylko do 53,5 punktów. Tak słaby odczyt był prognozowany tylko przez nieliczne grono pesymistów.
Indeksy w kilkadziesiąt minut oddały dwie trzecie wzrostów z otwarcia. Lecz obóz byków nie dał za wygraną i postanowił zrobić dobrą minę do złej gry. Rozpoczęło się mozolne odrabianie strat, które zakończyło się pełnym sukcesem. Indeks S&P500 wzrósł o 1,3%, na zamknięciu osiągając wartość 1.105 punktów, idealnie wyrównując maksimum z początku sesji.
Interesujące, że równie optymistycznie zareagował rynek długu, gdzie rentowność obligacji 10-letnich wzrosła o 7,5 punktów bazowych. Dolar osłabił się względem euro, które odnotowało najwyższy kurs od dwóch tygodni. Rozdarty był sektor surowcowy: podrożała miedź, a ropa i złoto nieznacznie straciły. Konkurencję odstawiło srebro, zwyżkując o 0,9% i zbliżając się do pułapu 20$ za uncję.
Krzysztof Kolany
Bankier.pl
































































