Jak milionerzy tracą miliony

Lista najbogatszych - prawie każdy chciałby kiedyś znaleźć na niej swoje nazwisko. Lecz gdy już na nią trafi, niekoniecznie się z tego cieszy. Na przykład, gdy po kilku latach zamiast iść w górę – spada. A dotyczy to większości.

Mowa o rankingu najbogatszych Polaków przygotowywanym przez tygodnik Wprost*, którego notowania z ostatnich 10 lat starannie dla państwa prześledziliśmy. Trudno bowiem o bardziej namacalny dowód na potwierdzenie przysłowia „Fortuna kołem się toczy”. Od 1994 r. na liście najbogatszych Polaków pojawiły się nazwiska 306 osób, a tylko 23. udało się utrzymać na niej przez okrągłe dziesięć lat. Zmiany zachodzące w rankingu odzwierciedlają losy całej polskiej gospodarki i polityki. To ich splot kształtował w tym czasie kariery i upadki wielu przedsiębiorców. Rzecz jasna, sama giełda czy wybory parlamentarne nie pracują na majątek polskich milionerów, ale doprawdy, zdumiewająco wiele właśnie od tych dwóch spraw zależy. Polskie rankingi – całkiem odwrotnie niż w Europie czy USA – wskazują na ulotność rodzinnych fortun, potwierdzając, że do stabilności bardziej dojrzałych gospodarek wciąż nam jeszcze daleko. Może to i lepiej, bo dzięki temu w Polsce wciąż można się szybko dorobić.

Weźmy choćby Romana Karkosika, który w ubiegłorocznym zestawieniu dopiero zadebiutował na liście najbogatszych, za to od razu z numerem 9 i majątkiem wartym 1,15 mld zł (dziś same jego udziały w Boryszewie i Impexmetalu są warte właśnie tyle, a przecież to tylko część jego fortuny). Wartość rynkowa Boryszewa wzrosła przez ostatnich osiem lat o 8 000 (tak, tak: osiem tys.) procent i choć z pewnością spółka wiele zawdzięcza działaniom swojego właściciela, to równie dużo trwającej wciąż giełdowej hossie. Zaledwie rok wcześniej Roman Karkosik nie mieścił się na liście najbogatszych, choć ostatni w notowaniach z roku 2003 – Cezariusz Szlachcic – podliczony został „zaledwie” na 85 mln złotych. Można oczywiście mówić o błędzie osób sporządzających ranking, ale zamiast roztrząsać szczegóły, lepiej zdać sobie sprawę, że kluczem do znalezienia się w gronie najbogatszych Polaków jest w dużej mierze właśnie giełda, która w ostatnich latach mnożyła fortuny. A znacznie mniej, niż się ogólnie sądzi, zależy od układów politycznych.

Obecność Jana Kulczyka na pierwszym miejscu tegorocznych zestawień zdaje się przeczyć tej tezie. Kulczyk wszak już po raz szósty z rzędu otrzymuje etykietkę „najbogatszy Polak”. Ale chyba i po raz ostatni. Trzeba sobie przecież zdawać sprawę, że największe pieniądze Kulczyk zarobił na interesach z państwem. A po spektakularnym spadku jego wpływów w sferach rządowych, zostaje mu w ręku niewiele atutów. Znamienny jest fakt, że najbogatszy Polak zdecydował się na sprzedaż posiadanych akcji PKN Orlen na kilka miesięcy przed ogłoszeniem przez koncern rekordowych zysków za 2004 rok. I na kilka miesięcy przed osiągnięciem przez nie ceny 46 zł za akcję (doktor Jan sprzedał je po ok. 36 zł za akcję). I teraz pytanie: czy w ten sposób postępuje prący do przodu rasowy biznesmen, czy człowiek, który zwija żagle? Oczywiście, ktoś z jego majątkiem może machnąć ręką na 200 mln zł (różnica w wartości pakietu akcji PKN, który był w posiadaniu Kulczyk Holding, między listopadem i lutym). Ale instynkt do robienia złotych interesów najwyraźniej też przestał być atutem Kulczyka. Co mu w tej sytuacji zostaje? To, co zarobił do tej pory. Jego fortuna nie pozwoli mu zniknąć z pierwszej dziesiątki jeszcze przez wiele lat, ale osiągnięty przez niego poziom naprawdę może zostać przeskoczony przez innych.

Choćby przez Ryszarda Krauze, którego nie opuszcza instynkt biznesmena. Drugi na liście najbogatszych Polaków powoli wycofuje się z Prokom Software, którego potęgę budował od końca lat 90., a który zdobył i zdobywa wszystkie najważniejsze kontrakty informatyczne w kraju. Ale wycofuje się po to, aby budować fortunę w innej branży. Deweloperka jest – ale dopiero od półtora roku – prawdziwą żyłą złota, a Krauze siedzi na niej okrakiem i dopuszcza do interesu w warszawskim Wilanowie tylko bogatych wspólników. Minie kilka lat i Prokom Investment może się okazać jedną z najpotężniejszych firm w kraju, a Krauze, trzymający i Investment, i Software, jest na najlepszej drodze, by stać się najbogatszym Polakiem. A zaczynał z pozycji 53...

Naturalnie, nie jest to jedyna kariera, której przebieg można obserwować, przeglądając coroczne rankingi. Ogromne sukcesy osiągnęli biznesmeni skupiający się nie tyle na rozwoju podstawowej działalności jednej firmy, co budujący całe grupy kapitałowe, czasem konsolidując spółki niemające ze sobą zbyt wiele wspólnego. Przykładem może być Zygmunt Solorz-Żak, postać wzbudzająca kontrowersje głównie dlatego, że wciąż nie wiadomo, czy jest on obdarzony talentem do robienia, czy do tracenia pieniędzy. Oczywiście, zbudowanie od podstaw pierwszej prywatnej ogólnokrajowej telewizji musi budzić szacunek, ale przecież Polsat oddaje udziały w rynku na rzecz TVN. Finansowe próby Solorza, jak Invest-Bank, OFE Polsat, nie są wcale przykładami genialnych posunięć, a przejęcie Elektrimu wciąż może się równie dobrze okazać życiowym osiągnięciem, jak i największą porażką telewizyjnego magnata. Zdaje się, że jego pozycja w rankingu zależy wprost od tego, z którego dnia weźmie się notowania giełdowe warszawskiego holdingu. Obecnie w ciągu kilku tygodni może on równie dobrze podrożeć o kilkaset procent, co solidnie potanieć. Mimo swej nieodgadnionej natury, Zygmunt Solorz wspiął się w ciągu dziesięciu lat z 34. na 3. miejsce w zestawieniu, co jest argumentem za tym, że talentu do interesów może mu jednak nie brakuje.

Z pewnością nie brakuje go Leszkowi Czarneckiemu, który dzięki EFL (najpierw jego budowie, potem sprzedaży) awansował z 42. miejsca do pierwszej dziesiątki najbogatszych Polaków. Wskoczyć do pierwszej piątki też może mu się udać, pod warunkiem jednak, że budowany Getin Holding osiągnie równie duży sukces co EFL.

Zresztą, z wyjątkiem Kulczyka i Aleksandra Gudzowatego, cała pierwsza dziesiątka najbogatszych Polaków to postacie rozwojowe, które jak najbardziej zasługują na zajmowane miejsca. Michał Sołowow, który zarabia dzięki firmom budowlanym i okołobudowlanym, wciąż może patrzeć z zazdrością na Marka Mikuśkiewicza, który dorobił się na handlu (sieć MarcPol), a który właśnie z Sołowowem konkuruje o miejsce w pierwszej piątce. Jan Wejchert, jako jeden z trzech współwłaścicieli ITI, wciąż mówi – i pewnie nie bez racji – że multimedialność internetu nie jest jeszcze właściwie doceniana, a przecież ITI kontroluje największy polski portal – Onet.pl. Roman Karkosik buduje grupę „metalową” na bazie chemicznego Boryszewa, zaś kable Bogusława Cupiała podbiły już całą Europę. Trudno odgadnąć, któremu z nich fortuna będzie sprzyjać bardziej w najbliższych latach, ale ci panowie zapewne najmniej się przejmują tym, który z nich będzie wyżej w rankingu. Ważne jest, że ich majątki pochodzą z rzeczywistej działalności biznesowej, a w mniejszym stopniu z układów politycznych. Oznacza to, że układy polityczne przestają odgrywać taką rolę, jaką pełniły jeszcze przed rokiem.

Jeszcze pięć, sześć lat temu były główną drogą do bogactwa. Ale i pierwsza dziesiątka wyglądała wtedy inaczej...

W 1994 r. za najbogatszego Polaka uznany został Marek Profus, właściciel Profus Management. Firma handlowała sprzętem RTV w czasach, gdy w Polsce go brakowało. Od 1993 r. oczkiem w głowie Profusa jest Międzynarodowa Giełda Towarowa, która pośredniczy m.in. w handlu bronią, czym zajmuje się zresztą także Profus Management. Bez układów politycznych taka firma nie mogłaby istnieć, ale do handlu bronią potrzebne są koneksje międzynarodowe. To właśnie im Profus zawdzięcza, że w 2004 r. sklasyfikowano go na 15. miejscu wśród najbogatszych Polaków (885 mln zł), a nie dużo niżej.

Jak choćby Piotra Büchnera, który jeszcze w 2001 r. zajmował na liście Wprost miejsce szóste. Później jednak Centrum Leasingu i Finansów (CLiF) ogłosiło upadłość. W efekcie Büchner, który jest także właścicielem Metalexportu, wylądował na 55. miejscu.

Cóż ma jednak powiedzieć Kazimierz Grabek, który do czasu słynnej afery żelatynowej zajmował miejsca w czołowej dziesiątce najbogatszych? Od 2000 r. jego nazwisko po prostu zniknęło z rankingów i już. Kolejny dowód na to, że fortuna budowana wyłącznie na układach politycznych szybko się odwraca. Mniej więcej co cztery lata...

Przekonał się o tym także Dariusz Przywieczerski, który jeszcze w 1998 r. zajmował na liście 64. miejsce (najwyższe w roku 1994 – 32.). Można konkludować, że jego majątek rósł (i spadał) wraz z notowaniami poparcia dla SLD. W 1998 r. pewien etap się skończył – Komisja Papierów Wartościowych i Giełd (kierowana przez Jacka Sochę – obecnego ministra skarbu państwa) po prostu wyrzuciła Universal (Przywieczerski był jego prezesem) z obrotu publicznego i kariera tego – przyznajmy szczerze – średnio utalentowanego biznesmena legła w gruzach. Przedsiębiorcy, którzy kariery wiążą z polityką, ponoszą pewnego rodzaju ryzyko zawodowe, związane ze zmieniającymi się co cztery lata preferencjami wyborców. Jednak jeszcze większe ryzyko ponoszą biznesmeni działający na granicy prawa lub nawet poza nią. Krzysztof Habich zajmował w 1995 r. czwarte miejsce na liście najbogatszych Polaków, by w 1997 r. znaleźć się już poza „złotą pięćdziesiątką”. Podejrzewany o przestępstwa paliwowe i związki z łódzką „ośmiornicą”, za poniesione ryzyko zapłacił rzeczywiście wysoką cenę.

Podobnie jak Piotr Bykowski, który jeszcze w 1994 r. zajmował w rankingu najbogatszych wysoką, trzynastą lokatę. Sposób, w jaki prowadził Bank Staropolski, tworząc wokół niego zamknięty łańcuszek „samofinansujących” się firm, urągał wszelkim regułom bankowości. Nic więc dziwnego, że w 2001 r. znalazł się poza ringiem. I notowaniami najbogatszych.

Przypadek Aleksandra Gawronika, najbardziej może spektakularny upadek głośnego biznesmena, także uczy szacunku do kodeksu karnego.

W tym samym roku co Bykowski, przestał być klasyfikowany Andrzej Rybkowski, prezes i założyciel Apeximu, który przecież wygrywał ważne kontrakty informatyczne. Ale z Apeximu wyprowadzono takie pieniądze, że absolutnie nic nie mogło uchronić spółki przed bankructwem, a Rybkowskiego przed okryciem się niesławą.
A jeszcze w 1998 r. zajmował wśród polskich nababów 30. miejsce.

Ten sam los podzielił również Wiesław Malinowski, prezes i główny akcjonariusz giełdowego Oceanu. Malinowski został postawiony w stan oskarżenia i zanim jeszcze Ocean ogłosił upadłość (w 2000 r.), jego prezes wylądował w areszcie. A swego czasu wśród najbogatszych był na 23. miejscu.

Nawiasem mówiąc, rok millenijny zabrał ze sobą bezpowrotnie sporo rodzimych fortun, a wiąże się to nie tylko z aktywnością służb skarbowych i prokuratury, ale z koniunkturą giełdową. Na ten właśnie okres przypadł szczyt wielkiej hossy internetowej, która pomnożyła niejedną fortunę. Kto nie zdążył jednak na czas sprzedać akcji, rok później milionerem już nie był. Przykładem mogą być Piotr Łuniewski i Piotr Robełek. Obaj sięgnęli po szczęście kupując akcje Szeptela, operatora telefonii stacjonarnej w gminie Szepietów. Firma miała 13 tys. abonentów, ale jej niesłychanie ambitne plany internetowe wystarczyły, aby wywindować kurs akcji z 10 do 40 zł w ciągu miesiąca, a dwóch wspomnianych powyżej inwestorów na 80. miejsce wśród najbogatszych. To co dobre, szybko się kończy, Szeptel otarł się później nawet o bankructwo. Piotr Łuniewski, o ile nam wiadomo, nie przymiera głodem, ale o inwestycjach giełdowych wypowiada się niechętnie.

Cierpliwość bywa jednak cnotą. Również majątek Tomasza Czechowicza wyceniany był wysoko (32. w rankingu z 2000 r.), ale kolejne etapy bessy nadwerężyły zaufanie inwestorów do MCI – funduszu, w którym Czechowicz miał większość udziałów. Wprawdzie w zestawieniu z 2004 r. jego nazwisko się nie pojawia, ale sądząc po wynikach firm internetowych, w które MCI inwestował, jego powrót na listę najbogatszych jest tylko kwestią czasu.

Internetowa bessa, która zastąpiła hossę, uszczupliła także fortuny powszechnie poważanych biznesmenów, takich jak Janusz Filipiak, Aleksander Lesz czy Roman Kluska, który jako jedyny z dużych graczy wiedział, czym musi się skończyć to giełdowe szaleństwo. I zawczasu sprzedał Optimusa grupie BRE. Cóż jednak z tego, skoro jego późniejsze perypetie, związane z posiadaniem olbrzymiego majątku, wszyscy dobrze znamy. Stara znana prawda: w Polsce, jeśli jesteś bogaczem, lepiej się nie wychylaj...

Zestawienia najbogatszych Polaków, przygotowywane w oparciu o majątek zgromadzony w 2004 r., przyniosą wielkie zmiany poza pierwszą dziesiątką.

A to dlatego, że na giełdzie znów mamy hossę i to nie byle jaką – trwa już od dwóch lat. Na jej początku w górę szły akcje spółek-eksporterów, często należących do międzynarodowych koncernów, a przez to jej wpływ na majątek polskich biznesmenów nie był tak bardzo dostrzegalny. Ale już w zeszłym roku na giełdzie pojawiło się sporo nowych firm rodzinnych, a majątek wielu osób stał się dostrzegalny i wycenialny.

Pierwszym zwiastunem zmian było wejście na giełdę Zakładów Mięsnych Duda, należących do rodziny Dudów, bu- dującej na ich bazie polski koncern mięsny. Po raz pierwszy Dudowie pojawili się na liście w 2004 r., i to od razu na 56. pozycji. Wartość ich udziałów podliczono na 250 mln złotych. Również należący do Grzegorza Dzika Impel (firma ochroniarska i sprzątająca), debiutując na giełdzie pozwolił mu znaleźć się na liście milionerów (w zeszłym roku Dzik był na 74. miejscu). Krzysztof Oleksowicz (InterCars), Jerzy Grabowiecki (JC Auto), Jan Kolański (Jutrzenka, Ziołopex), Stanisław Rosnowski (Elstar Oils), to tylko niektóre nazwiska giełdowych, świeżo upieczonych bogaczy, które głęboko wbiły się w rankingi już w tegorocznych zestawieniach.

Ilu takich „nowobogackich” wyprodukuje jeszcze obecna hossa? Oby jak najwięcej. Owszem, koniunktura na giełdzie nie będzie trwała wiecznie i pewnie w przyszłorocznych zestawieniach zobaczymy wiele spadających gwiazd, ale za to spółki notowane na GPW mają tę zaletę, że są przejrzyste. Od razu można ocenić, kto na swój majątek zapracował, a kto wychodził go w sejmowych korytarzach i wysiedział w hotelowych barach.

Emil Szweda * Ranking przygotowywany jest co roku przez tygodnik Wprost. Można mieć uwagi krytyczne dotyczące związanej z nim metodologii, ale nie ulega przecież wątpliwości, że jest on jedynym tego typu wiarygodnym i powtarzalnym zestawieniem w Polsce. Weterani

1. Piotr Büchner
2. Aleksander Gudzowaty
3. Zbigniew Jakubas
4. Roman Kluska
5. Ryszard Krauze
6. Jan Kulczyk
7. Marek Mikuśkiewicz
8. Maciej Nawrocki
9. Zbigniew Niemczycki
10. Krzysztof Niezgoda
11. Janusz Palikot
12. Anna Podniesińska
13. Marek Profus
14. Wojciech Pluta Plutowski
15. Paweł Rojek
16. Rudolf Skowroński
17. Zygmunt Solorz
18. Wojciech Soszyński
19. Jerzy Starak
20. Henryk Stokłosa
21. Mariusz Świtalski
22. Jan Wejchert
23. Sobiesław Zasada

Kariery na liście

1. Tadeusz Chmiel (od 1999 r. awans z 26. na 16.)
2. Bogdan Cupiał (od 1999 r. z 40. na 8.)
3. Leszek Czarnecki (od 1996 r. z 42. na 10.)
4. Zbigniew Drzymała (od 1997 r. z 59. na 22.)
5. Bogna Duda-Jankowiak (od 2004 r. na 56.)
6. Ryszard Krauze (od 1994 r. z 53. na 2.)
7. Marek Mikuśkiewicz (od 1994 r. z 23. na 5.)
8. Tadeusz Likus (od 1999 r. z 22. na 17.)
9. Andrzej i Zyta Olszewscy (od 1999 r. z 28. na 14.)
10. Sławomir Smołokowski (od 2003 r. z 16. na 13.)
11. Zygmunt Solorz (od 1994 r. z 34. na 3.)
12. Michał Sołowow (od 1997 r. z 10. na 6.)
13. Jan Wejchert (od 2004 r. z 10. na 7.)
14. Grzegorz Jankilewicz (debiut w 2003 r. na 15.)
15. Roman Karkorsik (debiut w 2004 r. na 9. miejscu)
16. Adam Krzanowski (od 1998 r. z 40. do 19.)
17. Marian Kwiecień (od 2003 r. debiut na 26.)

Raz na wozie, raz pod wozem

Witold Bieniek (od 1994 r. do 2000 r. z 16. na 57.)
Marian Błędniak (od 1994 r. do 1998 r. z 6. na 67.)
Piotr Bykowski (od 1994 r. do 2000 r. z 13. na 75.)
Arkadiusz Fenicki (od 1994 r. do 1999 r. z 54. na 33.)
Wojciech Fibak (od 1994 r. do 1996 r. z 19. na 32.)
Kazimierz Grabek (od 1994 r. do 1999 r. z 8. na 6.; potem zniknął z listy)
Jerzy Krzystyniak (od 1994 r. do 2001 r. z 15. na 47.)
Aleksander Lesz (z 28. w 1998 r. na 75. w 2002 r.; od 2003 r. poza listą)
Wiesław Malinowski (na liście od 1997 r. do 2000 r.; najwyższe miejsce – 23.)
Sergiusz Martyniuk (z najwyższego 11. w 1997 r. poza listę w 2000 r.)
Andrzej Pawelec (od 1994 r. do 2001 r.; najwyższe miejsce – 22.)
Dariusz Przywieczerski (od 1994 r. do 1998 r. z 32. na 63.)
Andrzej Rybkowski (od 1998 r. do 2000 r.; najwyższe miejsce – 32.)
Krzysztof Szyszkiewicz (od 1994 do 1997 r.; najwyższe miejsce – 12.)

Wyboista droga w dół

Piotr Büchner (5. w 1994 r., w 2000 r. już 55.)
Janusz Filipiak (23. w 2000 r., w 2004 r. już tylko 63.)
Roman Kluska (na liście od 1994 r.; w 1997 r. był 8., w 2004 r. 57.)
Zbigniew Niemczycki (z 4. w 1994 r., na 25. w 2004 r.)
Krzysztof Niezgoda (na liście od 1994 r., spadek z 9. na 20.)
Marek Profus (z 1. miejsca w 1994 r., na 15. w 2004 r.)
Paweł Rojek (był 16. w 1998 r., w 2004 r. tylko 86.)
Jacek Rutkowski (15. w 1999 r., pięć lat później 62.)
Rudolf Skowroński (był 21. w 1994 r., po 10 latach 82.)
Sobiesław Zasada (spadł z 5. miejsca na 35. w 2004 r.)
Krótki błysk

Marek Borzestowski (32. w 2000 r.)
Waldemar Dąbrowski (57. w latach 94 – 95)
Józef Hubert Gierowski (w latach 1999 – 2001 w okolicach 40. miejsca)
Koussan Ismat (35. w 1996 r.)
Piotr Łuniewski (80. w 2000 r.)
Edmund Mzyk (77. w 1999 r.)
Lech i Andrzej Piaseccy (2000 r. – 2001 r.)
Piotr Smólski (76. w 2000 r. i 82. w 2001 r.)
Jacek Studencki (33. w 2001 r.)
Grzegorz Tuderek (100. w 1997 r.)
Źródło:

Newsletter Bankier.pl

Dodałeś komentarz Twój komentarz został zapisany i pojawi się na stronie za kilka minut.

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.

Nowy komentarz

Anuluj
Polecane
Najnowsze
Popularne