2009-04-14 16:00 Źródło: Miesięcznik Bank
Wygrają „konserwy”
Jeżeli ktoś wyjdzie wzmocniony po obecnym kryzysie, to PKO BP, Bank Pocztowy, BGK, banki spółdzielcze, a także kasy SKOK. Instytucje uznawane kilka lat temu za zbyt konserwatywne nie wpadły w swoistą pułapkę, jaką zgotowała światowym gigantom nazbyt wyrafinowana inżynieria finansowa.
W ich przypadku nie porusza się możliwości ustawowej sterylizacji toksycznych aktywów, która mogłaby mieć miejsce tylko przy wsparciu finansowym i organizacyjnym państwa. Podczas kiedy „polskie” banki będące pod kontrolą zagranicznego kapitału zaczynają wdrażać dość zachowawczą politykę, która w większym stopniu jest wynikiem trudnej sytuacji spółek matek, PKO BP zastanawia się nad nowymi akwizycjami. Swoją szansę widzą także spółdzielcy, którzy mają szanse przyciągnąć do siebie tzw. drobną przedsiębiorczość, czyli wcale nie tak małą rzeszę klientów. Można powiedzieć, że niejako samoistnie spełniają się dawne postulaty niektórych prawicowych polityków.
Z pana w sługę
W artykule opublikowanym w jednym z lutowych wydań brytyjskiego „The Observer”, Gordon Brown stwierdził, że bankowcy powinni powrócić do roli „sług”, a nie być „panami” gospodarki. Szef brytyjskiego rządu przypomniał przy tym o starych wypracowanych wzorcach, opartych przede wszystkim na większej odpowiedzialności. Swoisty nawrót do konserwatywnych korzeni nie dziwi po tym, jak brytyjskie instytucje finansowe dotknęły największe w powojennej historii problemy. Zmusiły one władze do udzielenia nadzwyczajnej pomocy, którą będzie się liczyć w bilionach funtów. Wcześniejszy lapsus językowy Gordona Browna, odnotowany przez media 10 grudnia ub.r. podczas wystąpienia w Izbie Gmin, które otworzyło drogę do częściowej nacjonalizacji sektora, dobrze tłumaczy powagę sytuacji: „Nie tylko uratowaliśmy świat, to znaczy uratowaliśmy banki” – brytyjski premier wiedział, co mówi. Bo trudno wyobrazić sobie ekonomiczny ład bez globalnego obiegu pieniądza. Kiedy kryzys dotknął branżę finansową, jasne było, że mamy do czynienia z najpoważniejszym problemem w nowoczesnej historii. Alternatywą są tylko poważne zmiany i perturbacje na arenie politycznej lub – jak kto woli – gospodarczy chaos. Z drugiej strony swoisty „keynesizm” w działaniach wielu rządów spotkał się z ogniem krytyki wielu nie tylko liberalnych ekonomistów. Niektórzy z nich twierdzili wręcz, że rządy ratują swoistą finansową piramidę, która prędzej czy później musi upaść. A podejmowane działania niewiele w tym zmienią. Jednak, jeżeli nawet przyznać im rację, to jedno jest pewne – rządowe programy pozwolą złagodzić rozmiary możliwego kryzysu w wymiarze ekonomicznym i społecznym.
Niezaprzeczalną zmianą będzie jednak wprowadzenie nowych mechanizmów nadzoru i kontroli. W swoich założeniach ograniczą one nadmierną spekulację, zwłaszcza w wydaniu funduszy hedgingowych zarejestrowanych w rajach podatkowych. Szczegóły ustaleń w tej sprawie poznamy najpewniej już w kwietniu 2009 r., kiedy to dojdzie do spotkania państw grupy G20 (forum rozwiniętych gospodarek i krajów wschodzących). Zapowiedziano już ustalenie swoistego mechanizmu sankcji dla tych, którzy nie zechcą respektować nowych reguł. Mowa tutaj zwłaszcza o rajach podatkowych, które do tej pory skutecznie ignorowały pojawiające się co jakiś czas słowa krytyki. Jednak nigdy sytuacja nie była tak poważna jak teraz.
Konieczna równowaga depozytów z kredytami
Warto jednak zaznaczyć, że poważnemu przeglądowi powinno zostać poddane również funkcjonowanie banków w krajach rozwiniętych. Zapowiadana częściowa nacjonalizacja i wsparcie finansowe rządu dla części z nich powinny stać się ku temu dobrym pretekstem. A w dużym skrócie chodzi o zwykły stosunek kredytów do depozytów, który pod żadnym pretekstem nie powinien przekraczać poziomu 100 proc. Niedopuszczalna jest także taka ekspansja bazy kredytowej banków jak dotychczas, czyli poprzez pakowanie produktów w różnego rodzaju swapy, CDO i CDS i wprowadzanie ich do późniejszego globalnego obrotu bez zachowania podstawowych mechanizmów kontroli. Bo w pewnym momencie, w pogoni za zyskami, zapomniano o tym, że w niektórych wypadkach ryzyko zaczyna być pojęciem subiektywnym. A czemu o tym wszystkim piszę w kontekście krajowego rynku?
Nie od dzisiaj wiadomo, że w strukturze własnościowej banków w Europie Środkowo-Wschodniej dominuje kapitał zagraniczny. Taka była tendencja w końcu lat 90. XX i na początku XXI wieku. Uważano, że krajowe podmioty, których kadra nieraz pamiętała czasy gospodarki centralnie sterowanej, nie są przystosowane kapitałowo i logistycznie do funkcjonowania w warunkach wolnego rynku. Przyjęto swoisty model dokapitalizowania, do którego zobowiązali się zagraniczni giganci odkupujący państwowe udziały. W tych czasach mechanizm ten praktycznie był wolny od wad, może poza politycznymi sporami, co do wyceny sprzedawanego narodowego majątku.
Nowi udziałowcy wnosili niezbędne know-how w postaci oferty produktowej, modelu zarządzania i ogólnie rzecz biorąc, sposobu prowadzenia bankowego biznesu. W zasadzie nikt nie mógł przewidzieć sytuacji, w której światowy system finansowy dotknie tak poważne załamanie, jak w II połowie 2008 r., a z bankowej mapy znikną tuzy znajdujące się na niej od dziesiątków lat. Problemy dotknęły tych, którzy przejmowali, a nie byli przejmowanymi. Jednak to ci ostatni mogą zapłacić za to znacznie większą cenę, która wynikałaby z gospodarczych realiów. Odgórne decyzje o ograniczeniu akcji kredytowej, nieraz w postaci zmniejszenia dostępnych limitów inwestycyjnych dla przedsiębiorstw, w innych poprzez podwyższenie marż, co praktycznie niweluje efekt obniżek stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej, mogą w pewnym sensie przyczynić się do samoistnego pogorszenia się jakości portfela kredytowego.
Tym samym w pewnym sensie nieprzemyślane decyzje, co do unikania nadmiernego ryzyka, mogą w dłuższym okresie przynieść odwrotny efekt. Po części banki mogą mieć jednak rację, szykując się na trudniejsze czasy, które obrazują statystyczne słupki z ujemną dynamiką produkcji przemysłowej i malejącym tempem eksportu oraz sprzedaży detalicznej. Rynki zbytu dla przedsiębiorstw zaczynają się kurczyć, pogarszają się nastroje konsumentów, spada skłonność do zaciągania krótkoterminowych kredytów, rośnie stopa bezrobocia i społeczne niezadowolenie – to wszystko prawda i skłania do ostrożności.
Bez dyktanda zagranicy
Błędem jest jednak podejmowanie decyzji szablonowo. Nierzadko na podstawie wytycznych z zagranicznych central, bez dokładniejszego przyjrzenia się poszczególnym przypadkom. Z drugiej jednak strony trudno za bardzo liczyć na indywidualne podejście do klienta, biznes bankowy to w pewnym sensie produkt masowy, który musi być zarządzany na podstawie konkretnych kryteriów. Nie za bardzo może też być mowa o pewnym subiektywizmie i nierównym traktowaniu poszczególnych klientów. Na bardziej indywidualne podejście do mniejszych podmiotów mogą sobie pozwolić banki spółdzielcze, działające na określonych obszarach geograficznych, znających lokalną specyfikę. Ich minusem jest jednak brak możliwości sfinansowania większych przedsięwzięć, co wynika z jednej strony z małej i rozdrobnionej bazy depozytowej, a z drugiej z przestrzegania najzwyklejszej reguły ryzyka koncentracji na kilku dużych podmiotach.
Rozwiązaniem jest zrzeszanie się lokalnych instytucji w większe grupy, co już ma miejsce. Najlepszym tego przykładem jest Bank Polskiej Spółdzielczości, którego suma bilansowa na koniec 2007 r. sięgała 9,4 mld zł, a liczba placówek na terenie całej Polski przekraczała 80. Instytucją, która od lat jest w pierwszej dziesiątce banków w Polsce i ma, jak na obecne czasy dość stabilnego akcjonariusza, jest Bank Gospodarki Żywnościowej. To holenderski Rabobank, który jest europejskim liderem w obsłudze branży rolno-spożywczej. Umiejętnie prowadzona, nieco konserwatywna polityka sprawiła, że jest on uznawany za najbezpieczniejszy prywatny bank na świecie (według Global Finance) i najbardziej stabilny (według SiRi Company). Według raportów z 2008 r. bank miał minimalną ekspozycję na amerykańskim rynku ryzykownych instrumentów subprime.
Nastał czas BS-ów
Czy nastał zatem czas na zwiększoną aktywność banków spółdzielczych? Wydaje się, że tak, gdyż nieobarczone zbytnio skutkami kryzysu, będą mogły pozwolić sobie na politykę nastawioną bardziej na pozyskiwanie nowych klientów. Ich niezaprzeczalnym plusem jest dobra znajomość lokalnej specyfiki i zdobycia zaufania klientów, nawet kosztem dość ubogiej w porównaniu z bankami stricte komercyjnymi oferty produktowej. Systematyczny rozwój będących wciąż poza nadzorem systemu bankowego grupy kas oszczędnościowo-pożyczkowych SKOK pokazuje, że plasowanie „czysto polskiej” marki wśród potencjalnych klientów może przynieść zamierzony efekt. Zwłaszcza w obecnych czasach, kiedy to wizerunek zagranicznych instytucji m.in. poprzez sprawę opcji walutowych uległ pogorszeniu. Tym samym duże szanse stoją także przed instytucjami komercyjnymi z większościowym polskim kapitałem – Bankiem Pocztowym, PKO BP i Bankiem Gospodarstwa Krajowego.
Pierwszy zaczął tworzyć dość ciekawą ofertę produktów, chociaż do dopracowania pozostaje wciąż konserwatywna jakość obsługi w sporej sieci punktów Poczty Polskiej. Tym samym jest to duży plus, ale i też minus tej instytucji. Drugi ma szanse na dość ciekawe akwizycje. Aktywność zagraniczna na rynkach wschodnich, w wyniku rosnącej niepewności politycznej i gospodarczej tamtego regionu, zostanie najpewniej wstrzymana, gdyż znacznie lepsze biznesowe okazje będzie można znaleźć na rynku krajowym, który niesie niższe ryzyko. Tym samym wydaje się, że przejęcie dość zdrowego, jeśli chodzi o fundamenty, AIG Bank Polska nie będzie ostatnim posunięciem. W końcu lutego br. w prasie pojawiły się spekulacje, że zarząd banku otrzymuje coraz więcej ofert, co akurat nie dziwi.
Spółki matki zagranicznych banków raczej nie zdecydują się na przejęcie lokalnych konkurentów, gdyż same mają poważne problemy, a koszt finansowania takich projektów może okazać się dość wysoki. Warto jednak zastanowić się, czy dla PKO BP lepszym wyjściem nie okazałby się prezentowany niegdyś przez część polityków pomysł synergii z grupą PZU, co z czasem mogłoby stworzyć giganta na wzór niemieckiego Allianza. Dość ciekawa przyszłość rysuje się dla nieco zapomnianego w ostatnich latach Banku Gospodarstwa Krajowego. Jeżeli zostaną wdrożone rządowe plany dokapitalizowania tej instytucji, może ona stać się bardziej znaczącym graczem finansującym chociażby duże projekty infrastrukturalne, generowane w dużej mierze poprzez środki unijne. BGK mógłby stać się także bardziej wiarygodnym partnerem dla polskich przedsiębiorstw, którym zależy na długofalowym i stabilnym finansowaniu konkretnych inwestycji.
Jeszcze dwa lata temu wydawało się, że na zagospodarowanym przez zachodnie instytucje polskim rynku niewiele się zmieni. Kryzys stworzył szanse dla swoistych „konserw”, które powinny ją wykorzystać. Nie oznacza to jednak, że kariera nowego podmiotu, chociażby w postaci Alior Banku czy Meritum Banku (na bazie Banku Współpracy Europejskiej) będzie dość trudna. Warto jednak zauważyć, że sam marketing, nawet najlepiej prowadzony, i celowanie w zamożnego klienta mogą nie wystarczyć do zbudowania trwałej pozycji na rynku. Najbliższe lata będą sprzyjać bardziej uniwersalnym i działającym konserwatywnie podmiotom.
Marek Rogalski
Autor jest analitykiem niezależnym
Więcej w Miesięczniku Finansowym BANK
Zaprenumeruj BANK
W ich przypadku nie porusza się możliwości ustawowej sterylizacji toksycznych aktywów, która mogłaby mieć miejsce tylko przy wsparciu finansowym i organizacyjnym państwa. Podczas kiedy „polskie” banki będące pod kontrolą zagranicznego kapitału zaczynają wdrażać dość zachowawczą politykę, która w większym stopniu jest wynikiem trudnej sytuacji spółek matek, PKO BP zastanawia się nad nowymi akwizycjami. Swoją szansę widzą także spółdzielcy, którzy mają szanse przyciągnąć do siebie tzw. drobną przedsiębiorczość, czyli wcale nie tak małą rzeszę klientów. Można powiedzieć, że niejako samoistnie spełniają się dawne postulaty niektórych prawicowych polityków.
Z pana w sługę
W artykule opublikowanym w jednym z lutowych wydań brytyjskiego „The Observer”, Gordon Brown stwierdził, że bankowcy powinni powrócić do roli „sług”, a nie być „panami” gospodarki. Szef brytyjskiego rządu przypomniał przy tym o starych wypracowanych wzorcach, opartych przede wszystkim na większej odpowiedzialności. Swoisty nawrót do konserwatywnych korzeni nie dziwi po tym, jak brytyjskie instytucje finansowe dotknęły największe w powojennej historii problemy. Zmusiły one władze do udzielenia nadzwyczajnej pomocy, którą będzie się liczyć w bilionach funtów. Wcześniejszy lapsus językowy Gordona Browna, odnotowany przez media 10 grudnia ub.r. podczas wystąpienia w Izbie Gmin, które otworzyło drogę do częściowej nacjonalizacji sektora, dobrze tłumaczy powagę sytuacji: „Nie tylko uratowaliśmy świat, to znaczy uratowaliśmy banki” – brytyjski premier wiedział, co mówi. Bo trudno wyobrazić sobie ekonomiczny ład bez globalnego obiegu pieniądza. Kiedy kryzys dotknął branżę finansową, jasne było, że mamy do czynienia z najpoważniejszym problemem w nowoczesnej historii. Alternatywą są tylko poważne zmiany i perturbacje na arenie politycznej lub – jak kto woli – gospodarczy chaos. Z drugiej strony swoisty „keynesizm” w działaniach wielu rządów spotkał się z ogniem krytyki wielu nie tylko liberalnych ekonomistów. Niektórzy z nich twierdzili wręcz, że rządy ratują swoistą finansową piramidę, która prędzej czy później musi upaść. A podejmowane działania niewiele w tym zmienią. Jednak, jeżeli nawet przyznać im rację, to jedno jest pewne – rządowe programy pozwolą złagodzić rozmiary możliwego kryzysu w wymiarze ekonomicznym i społecznym.
Niezaprzeczalną zmianą będzie jednak wprowadzenie nowych mechanizmów nadzoru i kontroli. W swoich założeniach ograniczą one nadmierną spekulację, zwłaszcza w wydaniu funduszy hedgingowych zarejestrowanych w rajach podatkowych. Szczegóły ustaleń w tej sprawie poznamy najpewniej już w kwietniu 2009 r., kiedy to dojdzie do spotkania państw grupy G20 (forum rozwiniętych gospodarek i krajów wschodzących). Zapowiedziano już ustalenie swoistego mechanizmu sankcji dla tych, którzy nie zechcą respektować nowych reguł. Mowa tutaj zwłaszcza o rajach podatkowych, które do tej pory skutecznie ignorowały pojawiające się co jakiś czas słowa krytyki. Jednak nigdy sytuacja nie była tak poważna jak teraz.
Konieczna równowaga depozytów z kredytami
Warto jednak zaznaczyć, że poważnemu przeglądowi powinno zostać poddane również funkcjonowanie banków w krajach rozwiniętych. Zapowiadana częściowa nacjonalizacja i wsparcie finansowe rządu dla części z nich powinny stać się ku temu dobrym pretekstem. A w dużym skrócie chodzi o zwykły stosunek kredytów do depozytów, który pod żadnym pretekstem nie powinien przekraczać poziomu 100 proc. Niedopuszczalna jest także taka ekspansja bazy kredytowej banków jak dotychczas, czyli poprzez pakowanie produktów w różnego rodzaju swapy, CDO i CDS i wprowadzanie ich do późniejszego globalnego obrotu bez zachowania podstawowych mechanizmów kontroli. Bo w pewnym momencie, w pogoni za zyskami, zapomniano o tym, że w niektórych wypadkach ryzyko zaczyna być pojęciem subiektywnym. A czemu o tym wszystkim piszę w kontekście krajowego rynku?
Nie od dzisiaj wiadomo, że w strukturze własnościowej banków w Europie Środkowo-Wschodniej dominuje kapitał zagraniczny. Taka była tendencja w końcu lat 90. XX i na początku XXI wieku. Uważano, że krajowe podmioty, których kadra nieraz pamiętała czasy gospodarki centralnie sterowanej, nie są przystosowane kapitałowo i logistycznie do funkcjonowania w warunkach wolnego rynku. Przyjęto swoisty model dokapitalizowania, do którego zobowiązali się zagraniczni giganci odkupujący państwowe udziały. W tych czasach mechanizm ten praktycznie był wolny od wad, może poza politycznymi sporami, co do wyceny sprzedawanego narodowego majątku.
Nowi udziałowcy wnosili niezbędne know-how w postaci oferty produktowej, modelu zarządzania i ogólnie rzecz biorąc, sposobu prowadzenia bankowego biznesu. W zasadzie nikt nie mógł przewidzieć sytuacji, w której światowy system finansowy dotknie tak poważne załamanie, jak w II połowie 2008 r., a z bankowej mapy znikną tuzy znajdujące się na niej od dziesiątków lat. Problemy dotknęły tych, którzy przejmowali, a nie byli przejmowanymi. Jednak to ci ostatni mogą zapłacić za to znacznie większą cenę, która wynikałaby z gospodarczych realiów. Odgórne decyzje o ograniczeniu akcji kredytowej, nieraz w postaci zmniejszenia dostępnych limitów inwestycyjnych dla przedsiębiorstw, w innych poprzez podwyższenie marż, co praktycznie niweluje efekt obniżek stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej, mogą w pewnym sensie przyczynić się do samoistnego pogorszenia się jakości portfela kredytowego.
Tym samym w pewnym sensie nieprzemyślane decyzje, co do unikania nadmiernego ryzyka, mogą w dłuższym okresie przynieść odwrotny efekt. Po części banki mogą mieć jednak rację, szykując się na trudniejsze czasy, które obrazują statystyczne słupki z ujemną dynamiką produkcji przemysłowej i malejącym tempem eksportu oraz sprzedaży detalicznej. Rynki zbytu dla przedsiębiorstw zaczynają się kurczyć, pogarszają się nastroje konsumentów, spada skłonność do zaciągania krótkoterminowych kredytów, rośnie stopa bezrobocia i społeczne niezadowolenie – to wszystko prawda i skłania do ostrożności.
Bez dyktanda zagranicy
Błędem jest jednak podejmowanie decyzji szablonowo. Nierzadko na podstawie wytycznych z zagranicznych central, bez dokładniejszego przyjrzenia się poszczególnym przypadkom. Z drugiej jednak strony trudno za bardzo liczyć na indywidualne podejście do klienta, biznes bankowy to w pewnym sensie produkt masowy, który musi być zarządzany na podstawie konkretnych kryteriów. Nie za bardzo może też być mowa o pewnym subiektywizmie i nierównym traktowaniu poszczególnych klientów. Na bardziej indywidualne podejście do mniejszych podmiotów mogą sobie pozwolić banki spółdzielcze, działające na określonych obszarach geograficznych, znających lokalną specyfikę. Ich minusem jest jednak brak możliwości sfinansowania większych przedsięwzięć, co wynika z jednej strony z małej i rozdrobnionej bazy depozytowej, a z drugiej z przestrzegania najzwyklejszej reguły ryzyka koncentracji na kilku dużych podmiotach.
Rozwiązaniem jest zrzeszanie się lokalnych instytucji w większe grupy, co już ma miejsce. Najlepszym tego przykładem jest Bank Polskiej Spółdzielczości, którego suma bilansowa na koniec 2007 r. sięgała 9,4 mld zł, a liczba placówek na terenie całej Polski przekraczała 80. Instytucją, która od lat jest w pierwszej dziesiątce banków w Polsce i ma, jak na obecne czasy dość stabilnego akcjonariusza, jest Bank Gospodarki Żywnościowej. To holenderski Rabobank, który jest europejskim liderem w obsłudze branży rolno-spożywczej. Umiejętnie prowadzona, nieco konserwatywna polityka sprawiła, że jest on uznawany za najbezpieczniejszy prywatny bank na świecie (według Global Finance) i najbardziej stabilny (według SiRi Company). Według raportów z 2008 r. bank miał minimalną ekspozycję na amerykańskim rynku ryzykownych instrumentów subprime.
Nastał czas BS-ów
Czy nastał zatem czas na zwiększoną aktywność banków spółdzielczych? Wydaje się, że tak, gdyż nieobarczone zbytnio skutkami kryzysu, będą mogły pozwolić sobie na politykę nastawioną bardziej na pozyskiwanie nowych klientów. Ich niezaprzeczalnym plusem jest dobra znajomość lokalnej specyfiki i zdobycia zaufania klientów, nawet kosztem dość ubogiej w porównaniu z bankami stricte komercyjnymi oferty produktowej. Systematyczny rozwój będących wciąż poza nadzorem systemu bankowego grupy kas oszczędnościowo-pożyczkowych SKOK pokazuje, że plasowanie „czysto polskiej” marki wśród potencjalnych klientów może przynieść zamierzony efekt. Zwłaszcza w obecnych czasach, kiedy to wizerunek zagranicznych instytucji m.in. poprzez sprawę opcji walutowych uległ pogorszeniu. Tym samym duże szanse stoją także przed instytucjami komercyjnymi z większościowym polskim kapitałem – Bankiem Pocztowym, PKO BP i Bankiem Gospodarstwa Krajowego.
Pierwszy zaczął tworzyć dość ciekawą ofertę produktów, chociaż do dopracowania pozostaje wciąż konserwatywna jakość obsługi w sporej sieci punktów Poczty Polskiej. Tym samym jest to duży plus, ale i też minus tej instytucji. Drugi ma szanse na dość ciekawe akwizycje. Aktywność zagraniczna na rynkach wschodnich, w wyniku rosnącej niepewności politycznej i gospodarczej tamtego regionu, zostanie najpewniej wstrzymana, gdyż znacznie lepsze biznesowe okazje będzie można znaleźć na rynku krajowym, który niesie niższe ryzyko. Tym samym wydaje się, że przejęcie dość zdrowego, jeśli chodzi o fundamenty, AIG Bank Polska nie będzie ostatnim posunięciem. W końcu lutego br. w prasie pojawiły się spekulacje, że zarząd banku otrzymuje coraz więcej ofert, co akurat nie dziwi.
Spółki matki zagranicznych banków raczej nie zdecydują się na przejęcie lokalnych konkurentów, gdyż same mają poważne problemy, a koszt finansowania takich projektów może okazać się dość wysoki. Warto jednak zastanowić się, czy dla PKO BP lepszym wyjściem nie okazałby się prezentowany niegdyś przez część polityków pomysł synergii z grupą PZU, co z czasem mogłoby stworzyć giganta na wzór niemieckiego Allianza. Dość ciekawa przyszłość rysuje się dla nieco zapomnianego w ostatnich latach Banku Gospodarstwa Krajowego. Jeżeli zostaną wdrożone rządowe plany dokapitalizowania tej instytucji, może ona stać się bardziej znaczącym graczem finansującym chociażby duże projekty infrastrukturalne, generowane w dużej mierze poprzez środki unijne. BGK mógłby stać się także bardziej wiarygodnym partnerem dla polskich przedsiębiorstw, którym zależy na długofalowym i stabilnym finansowaniu konkretnych inwestycji.
Jeszcze dwa lata temu wydawało się, że na zagospodarowanym przez zachodnie instytucje polskim rynku niewiele się zmieni. Kryzys stworzył szanse dla swoistych „konserw”, które powinny ją wykorzystać. Nie oznacza to jednak, że kariera nowego podmiotu, chociażby w postaci Alior Banku czy Meritum Banku (na bazie Banku Współpracy Europejskiej) będzie dość trudna. Warto jednak zauważyć, że sam marketing, nawet najlepiej prowadzony, i celowanie w zamożnego klienta mogą nie wystarczyć do zbudowania trwałej pozycji na rynku. Najbliższe lata będą sprzyjać bardziej uniwersalnym i działającym konserwatywnie podmiotom.
Marek Rogalski
Autor jest analitykiem niezależnym
Więcej w Miesięczniku Finansowym BANK
Zaprenumeruj BANK
- Wygrają „konserwy” Autor: ~ar 2009-04-15 20:57
- Kto jest autorem Jaka inżynieria finansowa Niech liczygrosze nie pretendują do miana inżynierów choćby mieli i doktorat To po prostu obraza dla inżynierów a nawet techników wykonujących uczciwą robotę
- Wygrają „konserwy” Autor: ~ar 2009-04-15 20:53
- Jaka inżynieria finansowa TO STWIERDZENIE TO OBRAZA DLA INŻYNIERÓW
- Wygrają „konserwy” Autor: ~Kołodko 2009-04-14 18:20
- państwowe znowu dobre???
- Ja wolę ostrożniejsze banki... Autor: ~darek 2009-04-14 17:22
- ..a nie żeby przepultywały moja kasę:)). a prezesi i tak biorą nagrody.



Dodaj komentarz